Bronię Arcybiskupa Hosera

Kiedy dziś rano spojrzałem na pewne stoisko z prasą polskojęzyczną, zauważyłem na niektórych gazetach tytuły groźnie sprzeciwiające się twierdzeniu ks. Arcybiskupa Hosera – i poniekąd całego Episkopatu, że zwolennicy metody „in vitro” sami wykluczają się z Kościoła. Podobnie w wiadomościach „Polskiego Radia” padły słowa pełne złośliwej ironii pod adresem abpa Hosera, że jakoby nie ma w nim miłości, bo nie chce pomagać ludziom, którzy w posiadaniu dziecka widzą sedno swojego szczęścia. Także w wiadomościach „Onetu”, (który pławi się zwykle w pornografii), pojawiły się mocne oskarżenia i groźby pod adresem Kościoła, tego typu, że „Kościół tę walkę przegra” itd. Nie chciałbym wchodzić bezpośrednio w polemikę z głosami, które są wyrazem negatywnych nastrojów emocjonalnych, przede wszystkim, wobec Kościoła, są na ogół smutną pozostałością czasów okupacji komunistycznej. Mogą nawet świadczyć o tym, że nadal dialektyczna walka z „agentami Watykanu” jest podstawą ideologiczną obecnych władz zwerbowanych z kręgów liberalno-laicko-masońskich. Odnosi się wrażenie, że pod względem ideologicznym wszystkie oficjalne media opiniotwórcze są utajnioną kontynuacją nieboszczki PRL.

Po tych wstępnych uwagach czas na refleksję ściśle merytoryczną. Najpierw pragnę wyjaśnić, że ekskomunika wcale nie polega na tym, że jakiś biskup lub grono biskupów „wyrzuca kogoś z Kościoła”. Ekskomunika jest faktem, którego źródło i przyczyna tkwi w samym człowieku, który przestaje być członkiem Kościoła z chwilą, gdy odrzuca jego naukę pochodzącą od Boga oraz zasady moralne zintegrowane z treścią Ewangelii, nawet jeśli te zasady moralne są dostępne na gruncie rozumowej refleksji prowadzonej czyli na gruncie prawa naturalnego. Deklaracja ekskomuniki ma znaczenie wyjaśniające i dzięki temu pomaga prawowitym wiernym orientować się na temat statusu pewnych jednostek czy grup społecznych, czyli na temat tego, „kto-jest-kto”. Jest rzeczą niezmiernie cenną, ze Księża Biskupi postanowili jasno postawić tę sprawę, aby ostrzec wiernych przed uleganiem fałszywym hasłom i pokusom pochodzącym ostatecznie od złego ducha. Poważni pisarze, analizujący stan Kościoła po Soborze Watykańskim II (Romano Amerio, Malachi Martin i inni) biadają nad faktem, że po tym soborze nie zastosowano tego narzędzia kanonicznego, wskutek czego namnożyło się takich teologów, także dygnitarzy duchownych, którzy stworzyli wewnątrz Kościoła frakcję opozycyjną, ale zamaskowaną i udając nadal katolików, niszczą Kościół od wewnątrz, szczególnie fałszując naukę moralną dotyczącą powołania małżeńskiego. Mówią o tym, że tacy opozycjoniści są obciążeni „syndromem Judasza”, który właśnie upierał się, by trwać w grupie „dwunastu”, ale miał swój „prywatny pogląd” na sprawy Królestwa Bożego.

Wiadomo już nie od dziś, że Kodeks Prawa Kanonicznego przewiduje karę ekskomuniki za przestępstwo polegające na pozbawieniu życia dziecka poczętego (kan 1398). Prawda o godności życia poczętego (dziecka poczętego) należy do zespołu prawd naturalnych (dostępnych rozumowi) i tylko dodatkowo zostaje oświetlona przez Objawienie. Poszanowanie dla godności poczętego życia, obowiązek czci i obowiązek ochrony prawnej w stosunku do życia poczętego dotyczy wszystkich ludzi na zasadzie wspólnego uczestnictwa w naturze ludzkiej. Nie jest czymś, co obowiązuje jedynie wierzących, jak to niektórzy błędnie myślą, jednak wierzący powinni czuć się szczególnie odpowiedzialni za obronę praw osoby ludzkiej, zwłaszcza w sytuacji jej wyjątkowej bezbronności. Dlatego wierzący podlegają dodatkowo przepisom dyscyplinarnym, koniecznym ze względu na ochronę autentycznego oblicza kultury chrześcijańskiej, będącej widzialnym promieniowaniem Ewangelii. Jednak także poganie (nieochrzczeni) również w takim przypadku ściągają na siebie karę na zasadzie sankcji naturalnej, wynikającej z samej istoty zła, jakie popełniają. Zamach na życie bezbronnego dziecka jest zawsze czymś potwornym i nigdy nie przemija bez echa.

Przepis Prawa Kanonicznego dotyczący kary ekskomuniki za zabójstwo dziecka poczętego, nie jest jedynie przepisem formalno-dyscyplinarnym, lecz opiera się na rozpoznaniu moralnej oceny czynu, który w zmienionych okolicznościach może przyjąć odmienną postać zewnętrzną. Dlatego oprócz klasycznej formy „przerywania ciąży”, do tej kategorii przestępstwa zalicza się każdą formę manipulacji płodnością, która niesie z sobą zagrożenie dla życia nowo poczętej istoty ludzkiej, co szczególnie ma miejsce przy wszystkich technikach sztucznego zapłodnienia, a zwłaszcza przy zapłodnieniu pozaustrojowym, technologią „in vitro”. Człowiek, który wie, że tego rodzaju działanie prowadzi do śmierci embrionów i świadomie podejmuje tego rodzaju działanie, popełnia to samo przestępstwo, co aborcjonista dokonujący zabicia płodu w łonie kobiety.

Ponadto technologia zapłodnienia „in vitro” posiada dodatkowe aspekty przestępcze, ukrywające się nadto poza perfidną zasłoną hipokryzji. Próba „wyprodukowania” dziecka przy pomocy technologii „in vitro” jest przede wszystkim ciężkim przestępstwem przeciw Bogu jako Stwórcy, jest bowiem zuchwałą próbą przywłaszczenia sobie władzy Boga nad życiem ludzkim, dosłownie nad początkiem życia ludzkiego. Tym samym jest to zbrodnia przeciwko godności życia ludzkiego: zamiast przyjmować życie ludzkie jako dar przyjmowany z rąk Stwórcy na mocy misterium sakramentu, lokuje się życie w przestrzeni kosmosu, w centrum determinacji bio-technologicznej, umieszcza w kontekście ohydnych manipulacji ciałem, zniżających męskość i kobiecość do rzędu współczynników hodowli zrozumiałej na poziomie zoologii i weterynarii. Trudno zaprzeczyć, że mamy tu do czynienia z nowoczesną postacią magii, przy czym to, co nie jest wcale nowoczesne, to fakt, ze ten przemysł „reprodukcyjny” przynosi wysokie dochody laborantom, magikom i szarlatanom zatrudnionym w tym przemyśle.

A czy kobieta, która otrzyma taki prezent skąpany w krwi wielu, wielu zamordowanych embrionów, czy będzie się czuła szczęśliwa, mając na sumieniu profanację własnego ciała i ciała męża, mając świadomość, że dziecko nie jest dla niej darem, lecz produktem, przedmiotem, który koniecznie chciała posiadać i czy będzie miała odwagę spojrzeć w oczy tego dziecka, w którego spojrzeniu dostrzeże bezlitosny wyrok wypowiedziany w oparciu o słowo Stwórcy wpisane w istotę każdego bytu powołanego do istnienia? Cały przemysł odbywający się pod hasłem „in vitro” jest wielkim kłamstwem, ponieważ nie jest medycyną, nie leczy niepłodności i oszukując kobietę, poniża ją samą i jej „dziecko”, sprzedając jej ten „towar” za wysoką cenę. Czy ks. Arcybiskup działa przeciwko miłości, kiedy pragnie w swej pastoralnej trosce uchronić kobiety i w ogóle małżeństwa przez taką ohydą i zbrodnią przeciw Bogu i przeciw człowiekowi?

A jeżeli ktoś powie, że nie wierzy w Boga i Stworzenie, czy jego te prawdy nie dotyczą? Już historia była świadkiem realizacji programów „uszczęśliwienia ludzkości” przez ludzi, którzy w szatańskim obłędzie wyrzekli się Boga i chcieli zbudować świat pod władzą mniej lub więcej „naukowego” światopoglądu. W rezultacie usłali powierzchnię globu setkami milionów ofiar, wylali morze krwi i łez i dotąd ludzkość nie może uleczyć tych ran, jakie jej zadała bezbożna ideologia. W gruncie rzeczy forsowanie „per fas et nefas” projektów ustaw legalizujących technologię „in vitro” jest jedynie dalszym pokłosiem tych ideologii, które dały początek najstraszniejszym formom totalitaryzmu w historii. Należy w związku z tym pamiętać, że ciało ludzkie nie jest obiektem przyrodniczym, którym można manipulować przy pomocy metod „naukowych”. Ciało ludzkie jest siedzibą ducha, a w ogóle jest znakiem i symbolem tajemnicy osoby, która istnieje w relacji transcendentnej do Stwórcy, czy się to komuś podoba, czy nie podoba. Ta relacja jest niezastąpiona i dlatego, jeśli ktoś odrzuca relację do Boa – Stwórcy, tym samym poddaje człowieka pod władzę samozwańczych i uzurpatorskich „bogów”, to jest bożków czyli – jak dawni Polacy mówili – bałwanów. Z tego powodu godność ludzkiego ciała wyklucza moralnie wszelkie odniesienie empiryczno-instrumentalne. W ogóle każde odniesienie do ciała jest określoną interpretacją ludzkiego bytu i implikuje w sobie określoną filozofię czy ideologię, usiłującą ustanowić miejsce człowieka w rozpoznawanym tak czy inaczej „uniwersum”. Mówię o tym, ponieważ ks. Arcybiskup Hoser słusznie zwrócił uwagę na obecność w projekcie „produkowania” jednostek ludzkich elementów starej (względnie starej) ideologii eugenizmu. To właśnie ta ideologia stała się głównym dynamizmem ideologii hitlerowskiej, która usiłowała administrować rozwojem „rasy ludzkiej”. Nie tak dawno (2004) ukazał się w LifeSiteNews cenny dokument ukazujący rozwój tej ideologii, która usiłowała opracować naukowe metody ulepszenia rasy ludzkiej a skończyła planowym ludobójstwem. W historii tej nieludzkiej ideologii widnieją takie nazwiska jak Thomas Mathus, Francis Galton, Charles Darwin, Herbert Spencer. W całej tej ideologii ludzkość przedstawia się jedynie jako „rasa biologiczna” podlegająca dowolnym modyfikacjom z punktu widzenia idei postępu naukowego. Jest interesujące, że ta ideologia najpierw przyjęła się w Stanach Zjednoczonych, a następnie w hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy. Po Drugiej Wojnie światowej mówiono o eugenice jedynie przyciszonym głosem, ale faktem jest, że eugenika jest nadal stosowana, szczególnie w likwidowaniu dzieci poczętych, oskarżanych, że zagrożą „jakości życia” uprzywilejowanej rasy. Jest także widoczna ta metoda w stosunku do czarnej ludności USA, w stosunku do tych obszarów globu, na których panoszy się wciąż nędza, gdzie oferuje się „pomoc” pod warunkiem zgody na zastosowanie ludobójczych metod „kontroli płodności” w postaci antykoncepcji, sterylizacji i aborcji. Mentalność eugenistyczna zatruła głęboko umysły świata medycznego, naukowego i politycznego. Tego rodzaju ideologia niszczy same podstawy kultury i zatruwa naród tak zwaną kulturą śmierci, od której już jest tylko krok do unicestwienia narodu. Najpierw zabija się poczucie człowieczeństwa, poddając życie kategorii utylitaryzmu i pragmatyzmu, a stąd już blisko do grobu narodu. Dlatego Kościół uważa, ze ma obowiązek podnosić głos w obronie człowieka, kiedy państwo, które w pierwszej linii powinno bronić podstaw społecznego bytu, zdradza swoje posłannictwo i współpracuje z agentami wrogich ideologii. Dotychczas nasze państwo nie uczyniło nic, by wprowadzić w życie jakąś autentyczną politykę pro-rodzinną, natomiast bezkrytycznie opowiada się za projektami wrogimi dla rodziny, wrogimi dla człowieczeństwa i dla samego istnienia narodu. To musi się zmienić. Dlatego bronię Arcybiskupa Hosera.

A czy grozi Kościołowi to, że „przegra tę walkę”, jak straszą jacyś postkomuniści? Przede wszystkim to nie jest walka polityczna, w której jedna partia wygrywa a druga przegrywa. Kościół pełni służbę wobec Boga i ludzkości. Ani Pan Bóg ani Kościół nigdy nie przegrywa. Chrystus na Krzyżu też nie przegrał, lecz przyciągnął do Siebie wszystkich, którzy są zdolni do miłości. Przegrać może jedynie człowiek, jeśli w swojej pysze wzgardzi tą pomocą, jaką sam Bóg chce mu wyświadczyć za pośrednictwem Kościoła. Nie pozwólmy, by Polska przegrała.

Ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj