fot. pixabay.com

Białoruś: Demonstrant został zastrzelony, ale sprawy karnej nie będzie

Alaksandr Tarajkouski podczas powyborczych protestów 10 sierpnia ub.r. został zastrzelony na skutek „zbiegu wielu tragicznych okoliczności”, ale funkcjonariusze działali w ramach przepisów, a demonstrant ich „prowokował” – poinformował w piątek Komitet Śledczy. Sprawy karnej nie będzie.

Komitet Śledczy potwierdził, że Alaksandr Tarajkouski, pierwsza ofiara śmiertelna powyborczych protestów na Białorusi, które wybuchły w zeszłym roku, zginął na miejscu od postrzału kulą gumową przez funkcjonariuszy.

Wcześniej MSW twierdziło, że w rękach mężczyzny wybuchł „nieustalony materiał wybuchowy”, którym zamierzał rzucić w stronę milicji. Wersję tę od początku podawano w wątpliwość na podstawie relacji świadków i nagrań wideo z miejsca zdarzenia.

Na nagraniach wideo, które jeszcze w sierpniu trafiły do internetu, widać, że mężczyzna stoi z podniesionymi rękami naprzeciw szpalerów uzbrojonych funkcjonariuszy. W pewnym momencie na jego białej koszulce pojawia się plama krwi i mężczyzna upada.

„Funkcjonariusze działali wyłącznie w ramach instrukcji i zastosowali broń nieśmiercionośną, której celem jest nie zabicie, a unieszkodliwienie osoby, z bezpiecznej odległości wykluczającej spowodowanie śmierci. Jednak na skutek zbiegu wielu tragicznych okoliczności jedno zranienie było przenikające i Tarajkouski zmarł na miejscu” – oświadczył szef Komitetu Śledczego Iwan Naskiewicz.

Komitet Śledczy odmówił wszczęcia postępowania karnego w związku ze śmiercią mężczyzny.

Doszło do niej 10 sierpnia, w drugim dniu protestów po białoruskich wyborach prezydenckich w ub.r. Przy stacji metra Puszkińska doszło do brutalnego rozpędzenia protestujących przez milicyjny specnaz m.in. z użyciem granatów szumowych i gazu łzawiącego.

PAP

drukuj