Wałęsa z brzytwą

W ocenie Jarosława Kaczyńskiego, zeznającego w procesie pułkownika Lesiaka, były prezydent Lech Wałęsa ponosi odpowiedzialność za tzw. inwigilację prawicy w latach 90., kiedy liderów partii opozycyjnych wobec Belwederu i rządu Suchockiej usiłowano skompromitować, skłócić albo wręcz majstrowaniem przy ich samochodach fizycznie wyeliminować. Lech Wałęsa w charakterystyczny dla siebie sposób zaprzecza, by z inwigilacją prawicy miał cokolwiek wspólnego, i zeznania Jarosława Kaczyńskiego ocenia jako „tak chore, jak chorzy są Kaczyńscy”, przez których przemawia „nienawiść, małość i mania prześladowcza”.
Reakcja Wałęsy na zeznania Jarosława Kaczyńskiego specjalnie nie dziwi, zawsze bowiem ilekroć ktoś próbował odbrązowić pomnik „legendy „Solidarności””, były prezydent nie podawał argumentów, tylko dostawał, jak to się mówi, szału. Tak było po audycji w Radiu Maryja z udziałem Krzysztofa Wyszkowskiego na temat lustracji, kiedy Wałęsa z furią obraził („psychole od Rydzyka”) rzesze słuchaczy katolickiej rozgłośni; podobnie „uprzejmie” wyraził się później o samym Krzysztofie Wyszkowskim: „Wyszkowski to wariat. Zabierzcie mu brzytwę, to jest małpa z brzytwą”; nie inaczej zachował się na planie filmu Grzegorza Brauna poświęconego sprawie „Bolka”, gdy z szewską pasją podarł kopie papierów z IPN. Identycznie jest teraz, gdy po raz kolejny kompromitujące fakty zrzucają mocno i bez tego sfatygowaną częstymi upadkami aureolę z głowy „bohatera” polskiego Sierpnia.

Prezydent z szafą
Odtajnione prz ez Sąd Okręgowy w Warszawie protokoły, do których dotarła Polska Agencja Prasowa, zawierające m.in. zeznania pokrzywdzonych w sprawie inwigilacji prawicy, wskazują, że jednym z mocodawców pułkownika Lesiaka był właśnie Lech Wałęsa. Jarosław Kaczyński zeznał 2 października przed sądem, że jest głęboko przekonany, iż „inspiracja, albo przynajmniej zgoda na propozycję, wyszła ze strony Lecha Wałęsy, a Mieczysław Wachowski był na pewno tym, który to popierał, być może taką propozycję przedstawił i można sądzić, że nadawał dynamikę tym działaniom, przy czym chcę podkreślić, że w materiałach potwierdzenia tego nie ma.(…)Jest to wynik mojej znajomości sytuacji panującej w Belwederze”.
Chodzi zatem o sprawy kompromitujące, tym bardziej dla laureata Pokojowej Nagrody Nobla i do niedawna jeszcze postaci symbolicznej i wizytówki Polski za granicą, jak przebijanie opon w samochodach polityków opozycji prawicowej, rozpuszczanie plotek, że jeden ma skłonności homoseksualne, a inny leczy się psychiatrycznie. Ale przynajmniej sprawa nie utknęła w miejscu i powoli zaczyna się wyjaśniać, w czyjej szafie stała szafa Lesiaka.

Lech, czyli „Bolek”?

Zeznania Jarosława Kaczyńskiego dopełniają zresztą logicznie całości dossier Wałęsy jako domniemanego agenta „Bolka”. Komu bowiem bardziej może zależeć na zwalczaniu lustracji aniżeli agentom? A tzw. inwigilacja prawicy to przecież nie było nic innego jak niszczenie tych sił politycznych i ich liderów: Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza, Jarosława i Lecha Kaczyńskich, Jana Parysa, którzy chcieli Polskę zdekomunizować i oczyścić z agentury. Mówienie o tym dzisiaj trąci wyważaniem otwartych drzwi, jednak dawna SB ma, zdaje się, ciągle długie ręce, skoro prawda o „Bolku” przebija się w takim tempie, choć wszystko wiadomo.

„Półkownicy” TVP
Telewizja publiczna nie pokazała jak dotąd filmu Grzegorza Brauna „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, z którego jasno wynika, że Wałęsa to działający na Wybrzeżu agent „Bolek”. Przemilczano też „Nocną zmianę” (film Jacka Kurskiego o zamachu stanu z 1992 r. można było zobaczyć w telewizji tylko raz, i to w wersji okrojonej), choć aż się prosiło przypomnieć film 4 czerwca br., w rocznicę obalenia rządu premiera Jana Olszewskiego; w ten symboliczny sposób prezes TVP Bronisław Wildstein mógłby pokazać, że media publiczne są dziś w innym miejscu.
Ciągle wygląda jednak na to, że Wałęsa jest pod ochroną, skoro w zeszłym roku ocenzurowano nawet krakowskie „Arcana” i nie ukazały się w nich raporty TW „Bolka” z Gdańska z lat 1971-1972, których naukowe opracowanie przygotował historyk gdańskiego IPN dr Sławomir Cenckiewicz. Dokumenty te – jak podkreślił prof. Andrzej Nowak, redaktor naczelny „Arcanów” – nie mogły się ukazać, gdyż „dotyczyły jednej z najważniejszych postaci polskiej historii współczesnej(…)wymuszony został faktyczny zakaz ogłoszenia historycznego dokumentu w naukowym opracowaniu – w imię racji innych niż merytoryczne”. „Jakiekolwiek są te racje, służą odcięciu Polaków od prawdy o ich przeszłości. Wiem(…)z setek publikacji „Gazety Wyborczej”, tygodnika „Nie” i „Tygodnika Powszechnego”, że obrońcy „trudnej prawdy” o Jedwabnem chcą nas obronić przed prawdą o uwikłanej w układy z SB części elit dawnej „Solidarności”(…)W 25. rocznicę Sierpnia nie braknie nam bohaterów.(…)Dobrze by było, żeby ich listy nie ustalali na kolejnym przyjacielskim spotkaniu redaktorzy Michnik i Urban, i chronieni przez nich mocodawcy agentury PRL, generałowie Kiszczak i Jaruzelski” – pisał wiosną ubiegłego roku w „Arcanach” Andrzej Nowak.

Teczka odchudzona
Nie po to jednak Wałęsa wyczyścił swoją teczkę, by dzisiaj zajmować się agentem „Bolkiem” działającym w latach 70. na Wybrzeżu, tylko by ukręcić sprawie łeb. Jeszcze jako urzędujący prezydent w latach 1990-1995, za zgodą ówczesnych szefów UOP Jerzego Koniecznego i Gromosława Czempińskiego oraz ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego, kilkakrotnie sięgał po swoją teczkę, po czym po zakończeniu kadencji jego kancelaria zwróciła do UOP przetrzymywane dokumenty, ale już mocno przerzedzone. W grudniu 1996 r. UOP złożył do prokuratury doniesienie „o domniemanym przetrzymywaniu dokumentów przez Lecha Wałęsę”, nie wiadomo jednak, dlaczego przygotowywanie tego doniesienia trwało aż rok. Śledztwo zostało wszczęte ostatecznie tylko w sprawie „przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy MSW i UOP przy przekazywaniu tajnych dokumentów do Urzędu Prezydenta RP, w następstwie czego doszło do utraty części tych dokumentów”. Zarzuty postawiono dwóm kolejnym szefom UOP (którzy przekazali dokumenty Wałęsie) oraz szefowi MSW, który wyraził na to zgodę, ale była to już musztarda po obiedzie, skoro zniknęła część zawartości teczki, w tym m.in. zobowiązania do zachowania tajemnicy z rozmów z oficerami prowadzącymi „Bolka” i pokwitowania odbioru pieniędzy za donoszenie bezpiece.

„Podpisałem 3 albo 4 dokumenty”
Wałęsa, który dziś się zarzeka, że nigdy nie był agentem, i oskarża Krzysztofa Wyszkowskiego o pomawianie go o agenturalność, sam się do tego przyznał w czerwcu 1992 roku: „Aresztowano mnie wiele razy. Za pierwszym razem, w grudniu 1970 roku, podpisałem 3 albo 4 dokumenty. Podpisałbym prawdopodobnie wtedy wszystko, oprócz zgody na zdradę Boga i Ojczyzny, by wyjść i móc walczyć. Nigdy mnie nie złamano i nigdy nie zdradziłem ideałów ani kolegów”. Takiej treści komunikat poszedł do PAP 4 czerwca 1992 roku, tuż po ogłoszeniu tzw. listy Macierewicza, ale też bardzo szybko wiadomość została przez Kancelarię Prezydenta wycofana i tej samej nocy „koalicji strachu” przed teczkami udało się obalić rząd Olszewskiego. Po czym wszystko wróciło do „normy”, a następcą Antoniego Macierewicza w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych został zaufany człowiek Wałęsy, Andrzej Milczanowski.

Dobrowolnie zwerbowany
SB zwerbowała „Bolka” w celu rozpoznania środowiska wrogów ustroju działających w Stoczni Gdańskiej w czasie tragedii Grudnia „70 i po niej. Z dokumentów wynika, że został on zwerbowany 29 grudnia 1970 roku przez starszego inspektora Wydziału II KWMO w Olsztynie kpt. E. Graczyka. Dokumenty mają potwierdzać, że „Bolek” donosił m.in. na pracowników Stoczni Gdańskiej, którzy podburzali załogę do podjęcia akcji strajkowej wobec narastającego protestu stoczniowców szczecińskich. W notatkach służbowych inspektora SB analizującego akta „Bolka” znalazły się zapisy o pozyskaniu agenta na „zasadzie dobrowolności” i że dał się on poznać jako „osobnik zdyscyplinowany” i skory do współpracy, a za przekazane informacje „wynagrodzenie pobierał bardzo chętnie”.
Tożsamość „Bolka” i jego sumienność potwierdził Jarosław Kaczyński, zeznając w 1998 roku w procesie Lesiaka: „Była to teczka dotycząca agenta o pseudonimie „Bolek”, chodziło o Lecha Wałęsę, był to właściwie jeden dokument. Był to opis wydarzeń, jakie miały miejsce w Stoczni Gdańskiej już po głównej fali strajków – albo przy końcu grudnia 1970, albo w styczniu 1971 r. Był to opis dość przejrzysty, wielostronicowy, z wymienianiem nazwisk. Chodziło o jakieś zamieszanie w stoczni, kilkusetosobowe wiece. Na moje stwierdzenie, że tego Wałęsa nie mógł napisać, bo by nie potrafił, jako że tekst był dość spójny, w miarę gramatyczny, a w każdym razie zrozumiały, Milczanowski odpowiedział mi: Co ty, nie wiesz, jak było – on najpierw opowiedział to temu ubekowi, a później tamten mu to podyktował. I dlatego ten tekst jest taki”.

Kwity w Moskwie
Ostatecznie na pytanie, kim był „Bolek”, powinien odpowiedzieć Instytut Pamięci Narodowej, zwłaszcza że Wałęsa odbierający doktoraty honoris causa i jeżdżący z odczytami po świecie, za które inkasuje honoraria, cały czas zdaje się odcinać kupony od tamtego flirtu z esbecją. Bo czy w przeciwnym razie nie byłby nieznanym szerzej elektrykiem? Sprawy nie da się zagłuszyć, niezależnie od odchudzenia teczki przez Wałęsę, ponieważ o jego domniemanej współpracy z SB wiedziały KGB i Stasi, a to znaczy, że kwity na Wałęsę są dzisiaj zarówno w Moskwie, jak i w archiwach byłej NRD.
W archiwum Mitrochina, dokumentującym działania KGB na Zachodzie od lat 30. do 80., znajdują się materiały, z których wynika, że SB próbowała zastraszyć Wałęsę po internowaniu przez „przypominanie mu, iż płacili mu oni pieniądze i otrzymywali od niego informacje”. Jak wynika z książki „Archiwum Mitrochina. KGB w Europie i na Zachodzie”, gen. Czesław Kiszczak powiedział KGB, że Lech Wałęsa był skonfrontowany z jednym z jego rzekomych oficerów prowadzących z SB, a rozmowę pomiędzy nimi nagrano na taśmie magnetofonowej. Po zwolnieniu Wałęsy z internowania, w dzień po śmierci Breżniewa, Kiszczak zapewniał gen. Pawłowa, rezydenta KGB w Polsce, że ciągle dysponuje materiałami mogącymi skompromitować Wałęsę.

Mit nie do utrzymania
Anna Walentynowicz, prawdziwa, nie medialna bohaterka Sierpnia, za co została uhonorowana najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego, w obronie której wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej i od której wszystko się zaczęło, nie doczekała się do dzisiaj odpowiedzi na 17 pytań, które postawiła ubiegającemu się o reelekcję Wałęsie w 1995 roku.
„Czy pamiętasz, jak w styczniu 1971 roku przyznałeś, że na żądanie SB dokonywałeś identyfikacji uczestników zajść grudniowych z fotografii i filmu?”, „Czy teraz możesz podać powody tych działań?”, „Czy w 1981 roku byłeś informowany przez Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, że Mieczysław Wachowski jest kapitanem SB?”, „Dlaczego okłamałeś wszystkich, mówiąc o przeskoczeniu płotu, podczas gdy na strajku 14.08.1980 r. zostałeś dowieziony motorówką z Dowództwa Marynarki Wojennej w Gdyni?”, „W jakiej kwocie Bagsik i inni biznesmeni finansowali Twoją pierwszą kampanię wyborczą?”, „Czy uważasz za właściwe, że głowa państwa lokuje pieniądze w bankach zagranicznych, wbrew polskiemu prawu?”, „Za jakie zasługi w obozie w Arłamowie przyznano Ci prawo polowania z Kiszczakiem i 5-tygodniowy pobyt z całą rodziną, gdy innym odmawiano zwykłych widzeń?”, „Czy pamiętasz swoją wypowiedź w Kongresie USA: „Lokujcie swoje kapitały w Polsce, bo na nędzy i głupocie można najlepiej zarobić”? Czy nadal tak sądzisz?” – zapytała wtedy m.in. Anna Walentynowicz i jak dotąd zamiast odpowiedzi doczekała się ze strony indagowanego inwektyw i straszenia sądem. Ten brak odpowiedzi jest jednak bardzo wymowną wypowiedzią.

Teatrzyk kukiełkowy
„Lech Wałęsa był w przeszłości tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa i nigdy nie uwolnił się od tej zależności. Do końca i do dzisiaj pozostaje więźniem swojej haniebnej przeszłości” – powiedział dziennikarzom Krzysztof Wyszkowski po ogłoszeniu przez sąd, że uchyla wyrok sądu niższej instancji nakazujący byłemu sekretarzowi „Tygodnika Solidarność” przeproszenie byłego prezydenta za swoją wypowiedź o jego agenturalnej przeszłości.
Wałęsa nie zachowuje się zatem dziwnie, bo w tym szaleństwie jest metoda: atakowanie wszystkich sił opowiadających się za deesbekizacją Polski: braci Kaczyńskich, Jana Olszewskiego, Radia Maryja, i w tej logice mieści się też jak najbardziej szafa Lesiaka. A teza Krzysztofa Wyszkowskiego o pozostawaniu „do końca” więźniem swojej haniebnej przeszłości nawet się uzupełnia z Wałęsowym bon motem: „Zmieniłem się o 360 stopni”. Bardziej zmienić się nie może, choćby nawet chciał, bo „nie chce, ale musi” – najprawdopodobniej na zasadzie zakładnika „kwitów” – do końca już wspierać lewą nogę.

Julia M. Jaskólska
drukuj