Niszczyciele


Wydawana przez niemiecki Axel Springer gazeta „Dziennik” początkowo odznaczała się in plus odejściem od lewicowo-liberalnej linii dominującej w większości mediów. Nie dołączała do chóru agresywnych napaści na rządy PiS, przeciwnie, zamieszczała dość obiektywne oceny PiS i PO, szeroko pisała o patologicznym „układzie” w III RP, o inwigilacji prawicy. Ostro polemizowała z „Gazetą Wyborczą”. Co więcej, naczelny „Dziennika” Robert Krasowski nazwał nawet „Wyborczą” brukowcem.


Miewał „Dziennik” swoje słabsze strony, np. niekiedy niezbyt wyważone teksty o sprawach Kościoła czy czasami wręcz żenujące felietony Pilcha, przejętego od postkomunistycznej „Polityki”. Zasadniczo wyglądało jednak na to, że „Dziennik” stara się zajmować pozycję centrową wśród mediów prasowych. Na łamach „Dziennika” nagłaśniano kilka autentycznych autorytetów intelektualnych, dalekich od kosmopolitycznej elitki, m.in. prof. Zdzisława Krasnodębskiego, prof. Andrzeja Nowaka, prof. Andrzeja Zybertowicza, prof. Ryszarda Legutkę, kompozytora Wojciecha Kilara. Z przyjemnością czytało się odbiegające od wzorca „poprawności politycznej” teksty Macieja Rybińskiego, Michała Karnowskiego, Piotra Skwiecińskiego, Rafała Matyi, naczelnego redaktora „Dziennika” Roberta Krasowskiego czy jego zastępcy Cezarego Michalskiego. Na tym tle tym bardziej szokujące i oburzające były pierwsze artykuły z rozpoczętego na łamach „Dziennika” cyklu „Czy Polska jest sexy?”. Pozycje te ohydnie zniesławiały Polskę i Polaków, wyrażały obrzydzenie do wszystkiego, co polskie, stanowiąc swoistą kwintesencję jadowitego antypolonizmu. Szczególnie szokował fakt, że tego typu atakujące Polskę i Polaków teksty były upowszechniane na łamach gazety wydawanej w Polsce przez niemieckiego właściciela. Każe to tym bardziej zastanowić się nad intencjami, które wpłynęły na publikowanie pierwszych skrajnie polonofobicznych pozycji wspomnianego cyklu.

Antypolskie fobie

Znamienny był fakt, że cykl w „Dzienniku” otwarto tekstem Wojciecha Kuczoka, autora osławionej książki „Gnój”. Książka ta przesycona była skrajnie uczernionymi obrazami Polski i Polaków, za co tym chętniej nagrodzono ją Nagrodą Nike, której jury związane jest z „Gazetą Wyborczą”. Sam Kuczok niejednokrotnie publicznie dawał upust poglądom w stylu najskrajniejszego nihilizmu narodowego. Na przykład w wypowiedzi dla postkomunistycznego „Przeglądu” z 18 lipca 2004 r. stwierdzał z emfazą: „(…) Coraz bardziej obecna Polska przestaje być moim krajem (…) w tej chwili nasz kraj przypomina bardziej dom wariatów”. Publikowany w „Dzienniku” z 14 listopada 2006 r. tekst Kuczoka to wierne odzwierciedlenie jego zajadłych antynarodowych uprzedzeń. Kuczok postarał się o danie maksymalnego wyrazu swym fobiom względem Polski, Kościoła i rządów PiS. Negatywnym bohaterem swego tekstu uczynił Mariana Polskę. Jego ulubioną lekturą jest poczet królów polskich, ulubionymi daniami bigos i schabowy, a za największą zniewagę uznałby nazwanie go gejem. Kuczok z werwą atakuje ideę IV Rzeczypospolitej, pisząc: „Jeśli III RP spolaryzowała się na Polskę A (obóz tych, którzy skorzystali) i Polskę B (obóz tych, których wykorzystano), to obecna miesza wszystkich z tym samym błotem, dając w efekcie Polskę be. Czyli kraj w złym guście. Kraj zniesmaczony. Kraj resentymentu. Wyobraźmy sobie, że naprzeciw naszych drzwi zamieszkał nagle jakiś chamowaty awanturnik i zaczął się panoszyć (…). Tak mniej więcej wygląda teraz życie publiczne i polityka w Polsce (…). W każdym razie nadzieja, że go spokojnie przeczekamy, jest płonna; awanturnik uzna tylko prawo pięści silniejszej niż własna. Takoż i ludzie z Polski wyjeżdżają, bo pojęli, że przeczekanie IV RP mogłoby trwać zbyt długo; wolą przeczekiwać ją w oddali”.

Chyba aż nadto wymowne są te stwierdzenia. Dla pana Kuczoka rządy PiS to rządy „chamowatego awanturnika”, którego trudno przeczekać, i dlatego trzeba wynosić się z tego kraju. Dalej widzimy u Kuczoka kolejne napaści na polityków PiS, oskarżenia, że politycy ci oszołomieni swą misją anektują kolejne przestrzenie życia publicznego. Kuczok twierdzi: „Misjonarze polskiej prawicy, odkąd sprawują rządy, stali się terrorystami ducha”. Nieco dalej zaś pisze: „Szczególnie paskudne jest to, że szlachetne uczucie patriotyzmu i dumy narodowej zawłaszczyli ludzie ‚odrażający, brudni, źli'”. I dalej: „Jarmarczność, czy lepiej, odpustowość tej wersji miłości do ojczyzny, zbiegła się z nieszczęśliwą aparycją i warunkami głosowymi naszych Pierwszych Oratorów – w efekcie powrócił w dwójnasób gomułkowski ‚efekt gnoma’ (…)”. Piętnując „sobowtórów na czele państwa”, Kuczok użala się, że: „Za nimi stoją przecież armie podobnych indywiduuów”. Stąd – akcentuje Kuczok: „Ucieka więc lud, emigruje. Może i zgodziłby się na zarobki mniejsze, byle z domu nie musieć wyjeżdżać, no, ale skoro w domu zdzierżyć nie można, bo jeno kłótnie i plwanie, za to krucyfiks na każdej ścianie (…) A dajcież wy mi spokój z tym Polską”.

Szkalowanie narodowej historii

15 listopada żałosną diagnozę Kuczoka wsparł na łamach „Dziennika” inny pisarz Stefan Chwin w tekście „Pogardzani, ponurzy, obrażeni”. Swój atak na współczesną Polskę i Polaków Chwin poparł niegodnymi, wręcz podłymi brechtami na temat polskiej historii. O armii polskiej, która heroicznie broniła w 1939 roku II Rzeczypospolitej, osamotniona, zdradzona przez sojuszników, napisał: „(…) niby-armia, którą rozbito w dwa tygodnie”. Użył więc zwrotu godnego osławionych propagandystów z kręgu Mołotowa i Ribbentropa. Ze wzgardą pisał o warszawskich powstańcach – „chłopcach z ‚Parasola’, którzy w pamiętne sierpniowe dni ściągnęli na Warszawę krwawą łaźnię”.

Trudno w tym kontekście dziwić się oburzeniu wyrażonemu w publikowanym 17 listopada w „Dzienniku” liście Wojciecha Wielgoszewskiego z Torunia pt. „Pogarda nie na miejscu”. Wielgoszewski stwierdził m.in.: „Słowa o ‚niby-armii, którą rozbito w dwa tygodnie’, są krzywdzące dla jej dowódców i żołnierzy, a w dodatku powielają stereotyp ugruntowany przez hitlerowską i stalinowską propagandę. Uwaga o ‚chłopcach z ‚Parasola’, którzy w pamiętne sierpniowe dni ściągnęli na Warszawę krwawą łaźnię’, świadczy o nonszalanckim podejściu do naszej historii (…) i obraża pamięć jej bohaterów. To nie tylko kwestia prawdy historycznej, to także kwestia smaku”.

Powróćmy jednak do samego tekstu Stefana Chwina. Czytamy tam m.in.: „Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, serial ‚M jak miłość’ czy Polski Papież w każdym domu (…). Estetyczna aura polskiego życia codziennego (…) naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści – ta aura w odczuciu wielu ludzi prawdziwie jest odpychająca”. Dalej Chwin przypuszcza atak na „Polskę wiecznie szerzącego się patriotycznego gniewu, polowania na złodziei, agentów, aferzystów. Polskę rozdrażnioną, napiętą, obrażoną, ściśniętą krawatem, sutanną, mundurem (…)”.

Jak widzimy, Chwinowi bardzo przeszkadzają berety i sutanny, demaskowanie aferzystów, którzy tak długo przez kilkanaście lat byli bezkarni dzięki tolerancji ludzi z takich łże-elit jak panowie Kuczok i Chwin. Na ich nieszczęście dziś widać wyraźnie, że dążące do IV Rzeczypospolitej siły nie chcą zatrzymać się na swej drodze. Dowodem tego jest chociażby świeże ujawnienie w „Misji specjalnej” agenturalnej przeszłości Solorza, szefa Polsatu, stacji telewizyjnej tak mocno obok TVN zaangażowanej w przeciwdziałanie głębokim dekomunizacyjnym i lustracyjnym zmianom.

Rzecz znamienna, Chwin, publikujący na łamach wydawanego przez Niemców „Dziennika”, oburza się na wycofanie przez Polaków eksponatów z wystawy o wysiedleniach, zainicjowanej przez osławioną polakofobkę Erikę Steinbach. Chwin pisze o „okropnej Polsce”, „w której panicznie wycofuje się polskie eksponaty z niemieckiej wystawy po tym, jak władza tupnęła nogą”. Polski pisarz w obronie antypolskiej składanki Steinbach?! Bezwstyd!

Nadzieje na wymarcie „polskiej prowincji”

Kuczokowi i Chwinowi z werwą wtóruje inny pisarz Andrzej Stasiuk. Ten już parę lat temu „wsławił się” ohydnym „donosem na Polskę”, antypolskim paszkwilem drukowanym w szczególnie odpowiednim miejscu – w Niemczech. Teraz na łamach wydawanego przez Niemców springerowskiego „Dziennika” wydrukował 16 listopada tekst ziejący pogardą dla Polski, kraju, w którym żyje, pod wymownym tytułem: „Nic tu nie zrobisz, nic się nie uda”. Stasiuk pisze tam m.in. zdania, które na pewno bardzo przypadną do gustu niektórym szowinistycznym środowiskom niemieckim, marzącym o całkowitym wyludnieniu i odprzemysłowieniu Polski, a potem zamienieniu jej w wielkie turystyczne tereny odpoczynku dla übermenschów z Niemiec. Stasiuk pisze wprost bez żenady: „Żyję na polskiej prowincji dwadzieścia lat, i widzę jedno: polska prowincja mogłaby w całości wsiąść na czarodziejski dywan i poszybować sobie we wszechświatową przestrzeń, i nareszcie problem zostałby rozwiązany. Zostałaby Warszawa jako drugi po Paryżu pępek Europy oraz Kraków jako kulturalna stolica tejże. Reszty mogłoby nie być. Reszta nikogo nie obchodzi. Trzeba tylko spokojnie czekać, aż ludność wymrze, wyemigruje i założy się na wyludnionych ziemiach tereny rekreacyjne, trasy dla off-road i poligony do paintballu.

No więc niech jadą. Niech jadą najsprytniejsi, najcwansi, najobrotniejsi, ci obdarzeni wyobraźnią, siłą, bezczelnością i odwagą. Jestem za. Reszta będzie spokojnie wymierać. Najpierw wymrą wsie, potem miasta i miasteczka. Okna zabije się deskami jak na południu Albanii przy greckiej granicy”.

Antykościelne obsesje

Kolejny, czwarty odcinek z cyklu w „Dzienniku” z 17 listopada przyniósł artykuł filozof Agaty Bielik-Robson, prezentujący ponury obraz Polski jako kraju, w którym „tradycyjne republikańskie cnoty męskie znalazły się w niemal całkowitym zaniku, w kraju bardzo niemęskich mężczyzn i wyzutych z męstwa polityków”, „absolutnego punktu zero męskich cnót”. Towarzyszyć temu ma, według Bielik-Robson – przedstawiona przez nią, rzekomo rządząca Polską „koalicja matron i księży”. Koalicję tę nazywa „upiornym sojuszem” i wini ją już za wszystko, a w szczególności za „zmowę aseksualności”, wciąż atakując „księży i sekundujące im stare kobiety”. Trudno nie dziwić się kreślonym przez Bielik-Robson przedziwnym fantasmagoriom, mającym wyrazić jej skrajne uprzedzenia do Kościoła i kobiet starszych generacji.

Protesty czytelników

Na szczęście większość czytelników „Dziennika” wyraźnie nie podziela osądów autorów – pseudo-Europejczyków, pełnych pogardy dla Polski i Polaków. Świadczy o tym najwyraźniej wymowa zdecydowanej większości listów nadesłanych do „Dziennika” w związku z omawianą pseudodebatą. Cytowałem już jeden z nich w kontekście ataku Chwina na polską armię z 1939 r. i na powstańców warszawskich. Zacytuję teraz kilka innych listów. W numerze „Dziennika” z 17 listopada czytamy pełen oburzenia list historyk sztuki Beaty Makowskiej pt. „Kuczok czuje się w Polsce sterroryzowany, a ja nie”. Pani Makowska pisze wprost, że po tekście Kuczoka „poczułam się tak, jakby ktoś wylał na mnie kubeł gnoju”.

Piętnując wyraźne wybielanie przez Kuczoka III RP i jej architektów typu Jaruzelski, Kiszczak czy Kwaśniewski, Makowska pisze: „Ja nie przeczekuję IV RP. Ja na nią od kilkunastu lat czekałam (…). Oskarża Pan polityków PiS o wszelkie możliwe zbrodnie i uzurpacje, wśród których wskazuje Pan m.in. na ‚oszołomienie misją’, nawet ‚terroryzm ducha’.

Pisze Pan o ‚odrażających, złych’, wszędzie widzi Pan krucyfiksy, słyszy jeno ‚kłótnie i plwania’ (…). Czy to nie Pan właśnie ów terroryzm ducha próbuje uprawiać, wypisując takie – pardon – brednie?”.

Piętnuje przytłaczająco ponury obraz Polski, kreślony w „Dzienniku”, również autorka innego listu Anna Tocka, pytając, co sami autorzy tekstów zrobili, aby Polskę zmienić? Zdaniem autorki listu: „Z każdym pokoleniem Polska odradza się na nowo”. Przeciwstawiając się szerzeniu obrazu totalnej pustki i beznadziejności, Tocka pisze: „Podaję dłoń mojej Polsce”. Z kolei Karen w e-mailu do redakcji „Dziennika” zadaje pytanie do Kuczoka, czy „chodziło mu o to, by ośmieszyć polski katolicyzm?”. Ostro polemizował ze spotwarzającymi Polskę i Polaków tekstami w „Dzienniku” również Jacek Murenia, przypominając o odpowiedzialności tych, którzy wcześniej rządząc Polską, skazali ludzi na beznadziejne warunki bytowania. Murenia apeluje również, by przypomniano sobie o tym, że za tablicą „Warszawa” jest ciągle ten sam kraj.

17 listopada, po czwartym z kolei przyczerniającym obraz Polski tekście z cyklu „Dziennika”, poddałem ten cykl bardzo ostrej krytyce w audycji Aktualności dnia Radia Maryja. Przeważającą część użytych wówczas argumentów przytoczyłem teraz w „Naszym Dzienniku”. Poza krytyką tekstów Kuczoka, Chwina i Stasiuka odniosłem się krytycznie również do zapowiedzianego przez „Dziennik” tekstu Manueli Gretkowskiej. Z góry wyraziłem obawy co do treści, jakie mogą znaleźć się w artykule znanej ze skandalizowania pisarki. Wyraziłem również nadzieję, że kierujący „Dziennikiem” redaktorzy Krasowski i Michalski, znani skądinąd z wielu rzeczowych tekstów, zrozumieją w końcu, że ich gazeta popełniła coś niedopuszczalnego, zamieszczając taką porcję tekstów szkalujących Polskę i Polaków. Apelowałem: „Czas najwyższy, aby odcięli się od tego festiwalu zniesławień i pomówień wobec Polski i Polaków”. Rzecz ciekawa, że w kolejnym numerze „Dziennika”, i to tym ważniejszym, bo wydawanym na sobotę i niedzielę, nagle zabrakło jakiegokolwiek tekstu z omawianego cyklu, chociaż do tej pory ukazywał się on nieprzerwanie przez kolejne cztery dni. Czyżby w redakcji „Dziennika” ostatecznie uznano, że dotychczas publikowane artykuły przynoszą bardzo dużą szkodę wizerunkowi gazety, ustawiając ją na pozycjach antypolskich i antykatolickich? Przypuszczalnie do takiej rewaluacji doprowadziła redakcję lektura zdecydowanej większości listów od czytelników, ostro krytykujących wymowę cyklu. Być może swój wpływ miały również i argumenty z mego obszernego, bardzo krytycznego wystąpienia w Radiu Maryja. Dopiero po dwudniowej przerwie – 20 listopada znowu powrócono do cyklu, zamieszczając tym razem dwa teksty: infantylnie atakujący Polskę artykuł Gretkowskiej i pierwszy stanowczo występujący w obronie Polski szkic poety Wojciecha Wencla oraz dużą porcję listów, w przeważającej mierze krytykujących autorów szkalujących Polskę.

Jak przewidywałem, Gretkowska „zabłysnęła” kolejnym karykaturalnym obrazem Polski i Polaków w tekście pt. „Polska – atrakcyjność kartofla”. W ocenie Gretkowskiej rzekomo: „Młodzi duszą się w gorsecie katolicyzmu i przekonania, że ojczyzna to zbiorowy obowiązek”. Ze szczególną werwą Gretkowska piętnowała jako rzekomo dominujące cechy Polaków: niechęć do seksu i antysemityzm (!!!). Głównym postulowanym lekiem na te „polskie choroby” miałoby stać się, według niej, wyzwolenie seksualne, które doprowadzi do „cielesno-duchowej unii, erotycznego połączenia Wschodu i Zachodu”.

Przeciw „mędrcom” oczerniającym Polskę

Obok skrajnie infantylnych „przemyśleń” Gretkowskiej tym razem w „Dzienniku” ukazał się jednak pierwszy sensowniejszy tekst referowanego cyklu – szkic poety Wojciecha Wencla: „Polska – zjawiskowa piękność”. Autor od razu odciął się od dotychczasowego tonu debaty w „Dzienniku”, twierdząc, że portretuje ona Polaków jako wymyślony kraj „37 milionów barbarzyńców” i „1,5 miliona wysublimowanych intelektualistów”. Wencel wyszydzał kreślony przez „mędrców” obraz Polski, rzekomo zdominowanej przez „motłoch” i rządzonej przez ludzi „odrażających, brudnych, złych”. Ostro sprzeciwiał się intelektualistom, „obrażającym się na rzeczywistość dzisiejszej Polski” i wstydzącym się za miliony, kreślącym skrajnie karykaturalny obraz polskiej prowincji, ciągłemu pomniejszaniu Polski i Polaków, szerzeniu pełnych uprzedzeń sądów o rzekomym „polskim nacjonalizmie, antysemityzmie, ksenofobii, obskurantyzmie religijnym”. Akcentował, że właśnie na prowincji polskiej można znaleźć „życie piękne, pełne miłości i pracy, nadziei i siły, przywiązania do własnej małej ojczyzny i zdrowego patriotyzmu”. Podkreślał, że: „Na tle europejskich narodów Polacy jawią się jako nacja wyjątkowa, bo wciąż zdolna do heroizmu”. Sprzeciwiając się dalekim od prawdy negatywnym uogólnieniom, snutym przez różne „autorytety”, Wencel pisał: „Na szczęście dziś w dobie zmierzchu wielkich idei młodzi nie chcą już słuchać mędrców, bo mają własne doświadczenia”.

Jednoznacznie krytyczną wymowę wobec kolejnych antypatriotycznych wynurzeń w „Dzienniku” miała przeważająca część listów od czytelników, publikowanych w „Dzienniku” 20 listopada. Można by się było podpisać obiema rękami np. pod listem czytelniczki Ewy Zachary, która z ogromną pasją wystąpiła w obronie zniesławianych w „Dzienniku” Polaków i Polski. Jak pisała Ewa Zachara: „Zwykli Polacy, o których z taką pogardą piszą panowie Kuczok, Stasiuk i Chwin, zawsze byli na miejscu: i w kolejce po papier toaletowy, i w stoczni, kopalni, hucie, i przy łóżkach polowych po 1989 roku, i wreszcie na ulicach Polski i Rzymu, kiedy umierał Papież. Kiedy zwykli obywatele pracują i kombinują, nasze ‚elity’ chwalą prywatyzację, wolny rynek, tolerancję, każą zapominać krzywdy, nie dodają tylko, że prywatyzacja jest dla wybranych i ułożonych przy Okrągłym Stole sił przypadkowo związanych z dawnym totalnym aparatem i ich konfidentami, wolny rynek zaś oznacza ‚człowieku, radź sobie sam’, a tolerancja jest tylko dla gejów, bo ‚artysta’ może w tym ciemnym narodzie sprofanować krzyż, bo zaścianek ma religijne fobie (…). Polacy wyjeżdżają, bo za granicą mogą lepiej zarobić, ale także dlatego że przez ostatnie 17 lat nawarstwiały się wielkie problemy społeczne, gospodarcze i moralne. Jeśli uda się wreszcie przeprowadzić lustrację i dekomunizację, jeśli uda się choć trochę oczyścić państwo i usprawnić sądownictwo, to będzie to wielki sukces Polaków. Ja jestem dumna z Polski, to kraj, w którym żyją w przeważającej mierze dzielni i rozsądni ludzie, to kraj tolerancyjny, ale szanujący wiarę i wartości. Młodzi zarobią i wrócą, może nawet nauczymy Europę prawdziwej tolerancji nie tylko dla gejów, pokażemy, jak ważna jest wiara w Boga i wierność zasadom”. Bardzo podobny w wymowie był list innego czytelnika – Jacka Bryka z Katowic. Pisał on m.in.: „Przy czytaniu tekstów na temat ‚Czy Polska jest sexy?’ wnioski nasuwają się same: autorzy nie lubią Polski, przebywają tu z niewiadomego powodu. Nie zmienili klimatu mimo otwarcia granicy i dziejącej się im krzywdy. Polska jest niestety doskonałym azylem dla pasożytów, którzy lubią żyć na cudzy koszt i jeszcze sobie ponarzekać, że dzieje się im krzywda”. Inny czytelnik – Paweł Lech z Poznania pisał o radości, jaką odczuł, wracając do Ojczyzny po długim pobycie za granicą. Jak pisał, cieszył się, że wrócił do siebie, bo Polska to Matka, a „o Matce nie mówi się źle, jak głosi jedno z przykazań Związku Polaków w Niemczech”. Jakże wymowny był ten kontrast między pełnymi patriotyzmu i zdrowego rozsądku przemyśleniami zwykłych czytelników a antypolskimi fobiami „mędrców”, którzy z taką żółcią pisali teksty do „Dziennika”.

Trzeba polubić polskość!

Debata w „Dzienniku”, rozpoczęta od wściekłych ataków na „odrażających i złych” Polaków, i na samą Polskę, pod wyraźnym naciskiem czytelników zaczęła zmieniać ton. 21 listopada gazeta opublikowała tekst pisarza i dramaturga Wojciecha Tomczyka pt. „Dobrze obudzić się Polakiem”. Tomczyk jednoznacznie sprzeciwił się ciągłemu nagłaśnianiu atakujących Polaków zarzutów o naszym rzekomym nacjonalizmie i nietolerancji, nieudacznictwu, a tym bardziej sprzedawaniu takiego „Polaków Portretu Własnego” Europie. Pisał: „Polak może wyjechać z Polski, ale z Polaka wydostać się nie ma szans. Nie ucieknie, nie pozbędzie się genu polskości. Ale też z drugiej strony, po jakie licho miałby się go pozbywać? Czy Francuz chce nie być Francuzem? Jestem przekonany, że polskość jest dana nam raz na zawsze (…). Innego wyjścia po prostu nie mamy. Trzeba swoją polskość polubić i zaakceptować. Co nie wydaje się być zadaniem szczególnie trudnym. Ponieważ polskość jest fajna”.

„Dziennik” z 22 listopada obok nudnego i mętnego tekstu Jerzego Sosnowskiego zamieścił artykuł Macieja Rybińskiego, głoszący jednoznacznie już w tytule: „Warto być Polakiem w Polsce”. Rybiński zdecydowanie odciął się od wymowy tekstów w stylu Chwina, Kuczoka czy Gretkowskiej. Ironizował z uwag Chwina, utyskującego, że Polska jest ostatnio wciąż zajęta „polowaniem na złodziei, agentów i aferzystów”. Rybiński zapytywał, czy zdaniem Chwina byłoby lepiej, „gdyby – jak do tej pory – złodzieje, agenci i aferzyści polowali na Polskę”. Rybiński z pasją wyszydzał autorów „Dziennika”, kreślących obraz „odrażającej Polski”, kraju „ksenofobów, szowinistów, nacjonalistów, schizofreników, prymitywów i głupków”. Sugerował: „A może to elita powinna dać przykład prawidłowej kanalizacji odrazy i wyjechać pierwsza? (…) Spędziłem za granicą sporą część życia (…) i chętnie polskim intelektualistom, pognębionym otoczeniem, w jakim muszą żyć i utyskiwać, pomogę w rozpoczęciu nowej kariery. Zamiast nawoływać młodych Polaków do wyjazdu, będą mogli sami wyjechać. Tam świat czeka na nich, ich talenty i doświadczenia z otwartymi rękoma. Jakieś dozorcostwo, nalewanie piwa w barze, opróżnianie pojemników na chusteczki jednorazowe w kinie porno”. Rybiński ostro skrytykował ciągłe przeciwstawianie Polski Europie, sugerowanie rzekomej potrzeby rezygnacji z narodowych odrębności, tradycji, zapomnienia „historii i historycznych konfliktów, odrzucania religii”. Pisał: „Polska jest normalnym krajem (…). Nie podoba wam się dzisiejsza Polska, nie podobają Kaczory, nie podobają obszary biedy i zaniedbań, proszę bardzo. Weźcie się za zbudowanie lepszej. Twórzcie partie polityczne, piszcie programy, kandydujcie. To nie jest zakazane”. Z ironią stwierdzał: „Paru samozwańców próbuje propagować ideologię niemocy, której winni są wszyscy oprócz nich samych, diagnostyków społecznych. W ten sposób tworzą podatny grunt do rozszerzenia ich własnego nieudacznictwa w chorobę epidemiczną”. Odrzucając te utyskiwania jednoznacznie konkludował: „Warto być Polakiem (…)”.

23 listopada zabrał głos w omawianej debacie również zastępca naczelnego redaktora „Dziennika” Cezary Michalski. Niestety, tekst jego był ogromnie rozczarowujący, mdły i mętny, bo oparty na zasadzie „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Michalski wyraźnie próbował wyrażać zrozumienie dla różnych przeciwstawnych racji, wyrażanych dotąd w debacie, zamiast jednoznacznie potępić poglądy prymitywnych niszczycieli patriotyzmu typu Kuczok, Chwin czy Stasiuk. Nawet w tym wielce rozczarowującym tekście Michalskiego znalazło się jednak ciekawe przyznanie: „Oczywiście krytyka polskiej tradycji, jej mrocznej martyrologicznej strony i jeszcze mroczniejszej strony hipokryzji, nawet najokrutniejsza, powinna być wobec tej wspólnoty lojalna. Oczywiście, że w utyskiwaniach Wojciecha Kuczoka nie widzę ani wielkości, ani mądrości Stanisława Brzozowskiego, Kisiela, Józefa Mackiewicza, Giedroycia, ludzi, którzy zęby zjedli i nerwy stracili na próbach wyciągnięcia Polaków z estetycznej i intelektualnej katastrofy, która nas dotknęła. Oczywiście, że serce mi krwawi, kiedy widzę, z jaką lekkością ludzie obdarzeni zaufaniem czytelników i licznymi literackimi nagrodami walą na odlew pięścią w twarz polskiego motłochu. A przysyłający do nas dziesiątki listów i maili nauczyciele z prowincji z pensją 1000 zł miesięcznie, studenci, drobni przedsiębiorcy, próbują bronić przed nimi swojej ojczyzny średniej wielkości i średniej urody. Starają się udowodnić laureatom Nagrody Nike, Kuczokowi i Stasiukowi, że (…) może warto tutaj żyć. Oczywiście, że taki spór drobnej inteligencji zaściankowej z jej przedstawicielami o znanych nazwiskach jest największym osiągnięciem prowadzonej przez ‚Dziennik’ debaty”.

Moim skromnym zdaniem, zaściankowa nie jest wcale drobna inteligencja, lecz pozujące na „Europejczyków” dość żałosne pseudoautorytety w stylu Kuczoka, Stasiuka czy Chwina. Nie za bardzo chwaliłbym się na miejscu Michalskiego z „osiągnięć” debaty. Trzeba byłoby raczej wspomnieć o tym, jaką kompromitacją były pierwsze wypowiedzi w debacie „Dziennika” pełne niemądrych i zajadłych antypolskich fobii, którym przeciwstawiły się zdroworozsądkowe głosy czytelników w obronie Narodu i Kościoła.

Przy okazji warto wspomnieć, że już kilku podobnych do Kuczoka i Stasiuka pseudoautorytetów całkowicie się skompromitowało w oczach opinii publicznej. Pamiętam, jak kilka lat temu na łamach postkomunistycznej „Trybuny” perorował w ogromniastym tekście przeciwko Narodowi Polskiemu i Kościołowi katolickiemu pseudoautorytet, ulubiony guru lewicy, psychoterapeuta Andrzej Samson. I cóż, od ponad roku ten pseudoautorytet i moralista od siedmiu boleści siedzi w więzieniu za pedofilię. W 1998 roku w książce „Zagrożenia dla Polski i polskości” z oburzeniem pisałem o skrajnym antypolskim i antykościelnym wybryku piosenkarza Kazika Staszewskiego, który donośnie lżył „polską dumę narodową” i „kompleksy od stuleci”, polskich agresywnych „frustratów”, twierdził, że Polska to „pomieszanie katolika z mafią postkomunistyczną. Ci modlący się co rano i chodzący do kościoła, którzy chętnie by zabili ciebie tylko za kształt twego nosa”. I oto niedawno właśnie ten pseudoautorytet wśród młodzieży, „kultowy piosenkarz” Staszewski, musiał żałośnie przepraszać z powodu swej totalnej kompromitacji w czasie występu, gdy zapity w sztok wydał z siebie wielce bełkotliwe zaśpiewy. Inny pseudoautorytet Jerzy Owsiak parę tygodni temu w „Przekroju” nagle zaczął się odcinać od swego tak długo nagłaśnianego sztandarowego hasła „Róbta, co chceta”. Teraz nagle twierdzi, że on nigdy nie miał z tym hasłem nic wspólnego, że tylko mu niesłusznie to hasło przypisano. Mówi to teraz, kiedy po samobójstwie 14-letniej Ani całkowicie skompromitowała się metoda wychowawczego „luzu”, tak długo lansowanej w mediach Owsiakowej zasady „Róbta, co chceta”. Spóźnione „nawrócenie” Owsiaka warto powitać z ulgą. Szkoda tylko, że doszło do niego dopiero po wielu latach bezmyślnego antywychowawczego harcowania.

I jeszcze jeden przykład. Totalna kompromitacja Jana Tomasza Grossa, od pięciu lat lansowanego jako ulubiony „autorytet” przez środowiska „Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” czy TVN. Sam Michnik nazwał przecież Grossa „spadkobiercą Mickiewicza i Słowackiego” w przedmowie do niemieckiego wydania jego „Sąsiadów”. I cóż, w ostatnich miesiącach całkowicie obnażyłem w cyklu 21 tekstów w „Naszym Dzienniku”, a potem w wydanej kilka tygodni temu książce „Nowe kłamstwa Grossa” prawdziwe oblicze Grossa jako cynicznego hochsztaplera i fanatycznego wroga Polski i Polaków. I nagle absolutna cisza, ani mru-mru ze strony „Wyborczej” czy „Tygodnika Powszechnego” na temat ich idola – Grossa. Nie mogli sobie, biedacy, poradzić wobec siły argumentów demaskujących ich ulubiony „autorytet”. Dlaczego jednak dotąd nie zdobyli się na przeproszenie czytelników za poprzednio tak długo nagłaśniane progrossowe brechty?!

Skuteczna reakcja czytelników „Dziennika” na antypolskie kalumnie, wypisywane przez różnych intelektualnych mentorów, dowodzi, że warto protestować, warto bić się w obronie godności Polski!

prof. Jerzy Robert Nowak
drukuj