Toczymy niedokończone rozmowy
Z Witoldem Waszczykowskim, wiceministrem spraw zagranicznych i wiceszefem
Biura Bezpieczeństwa Narodowego w latach 2008-2010, rozmawia Marta Ziarnik
W jakich okolicznościach dowiedział się Pan o katastrofie samolotu, którym
prezydent Lech Kaczyński wraz z oficjalną delegacją udawał się do Katynia?
– W przeddzień uroczystości dostałem SMS od śp. Władysława Stasiaka, szefa
Kancelarii Prezydenta, który poprosił mnie o zastępstwo w audycji radiowej. Tego
ranka byłem więc w radiowej Trójce i właśnie około godz. 9.20 komentowałem
znaczenie wizyty premiera Władimira Putina w Katyniu. Argumentowałem wtedy, że
gest Putina był skierowany raczej do światowej opinii publicznej niż do Polaków.
Nagle redaktor Beata Michniewicz dała do zrozumienia, że coś się dzieje, a
następnie poinformowała o awaryjnym lądowaniu rządowego samolotu z Prezydentem
Lechem Kaczyńskim na pokładzie.
Jak Pan zareagował na tę wiadomość?
– Zakładałem, że jest to rzeczywiście jedynie jakiś kolejny pechowy incydent.
Zacząłem dzwonić do Aleksandra Szczygły z nadzieją, że potwierdzi jakieś
niefortunne zdarzenie. Jednak jego telefon milczał. Jednocześnie pracownicy
Biura Bezpieczeństwa Narodowego przekazywali coraz gorsze wieści od służb
państwowych. Przed godz. 10.00 otrzymałem wiadomość, że telefony funkcjonariuszy
BOR nie odpowiadają. To oznaczało najgorsze. Powiedziałem to na antenie, po czym
wybiegłem, nie reagując na pytania dziennikarzy. Wpadłem do auta i popędziłem do
Pałacu Prezydenckiego. Pamiętam, że ciągle dzwonił mój telefon i dochodziły
kolejne SMS-y, a ja płakałem.
W naszej ostatniej rozmowie przyznał Pan, że ta trauma po 10 kwietnia jeszcze
nie minęła…
– Pamiętam tak wielu, którzy zginęli tego dnia pod Smoleńskiem. Śnią mi się
często ich twarze, gesty, głosy. Toczymy dalej niedokończone rozmowy.
Przypominają się nasze wspólne plany na ten rok. Brakuje mi ich. Nagle straciłem
całe środowisko zawodowe i koleżeńskie, w którym żyłem.
Co, Pana zdaniem, mogło spowodować katastrofę?
– Zadręczam się tym pytaniem! Po sześciu miesiącach jest wiele przesłanek
świadczących o tym, że załoga Tu-154M została wprowadzona w błąd. Wydaje mi się,
że po stronie lotniska w Smoleńsku było wiele zaniedbań i chaosu. Ale można to
było przewidzieć.
Były przesłanki wskazujące n a to, że ta wizyta może źle się zakończyć?
– Tak. Jestem zbulwersowany faktem, że już sam wyjazd Prezydenta Lecha
Kaczyńskiego został potraktowany przez nasze służby jako nieoficjalny. Ale
przyczyn tego stanu rzeczy dopatrywałbym się wcześniej, w całej atmosferze
tworzonej wobec Prezydenta przez obecny rząd, który podjął bezpardonową walkę o
ograniczenie prerogatyw prezydenckich. Jestem przekonany, że zmasowane,
publiczne dyskredytowanie Prezydenta i odbieranie mu prawa do prowadzenia
polityki zagranicznej, a nawet prawa do podróży, tworzyło nieprzychylną
atmosferę i lekceważące podejście wobec niego i jego współpracowników
administracji rządowej.
Spotkał się Pan osobiście z przejawami takiego traktowania głowy państwa?
– Oczywiście. Znam liczne przykłady pokazujące wyraźnie, jak Lech Kaczyński był
odcinany od informacji czy też jak organizowano alternatywne wydarzenia wobec
tych, w których brał on udział. Pamiętam też przykłady otwartego bojkotu gali 11
listopada 2008 roku oraz innych wydarzeń z udziałem Prezydenta. Na 2010 rok rząd
planował urządzić alternatywne obchody prawie wszystkich uroczystości
państwowych, a zatem i Katyń, i Grunwald, rocznica Bitwy Warszawskiej, powstania
"Solidarności" itd. Takie podejście musiało wpływać na osłabienie dyscypliny
służb ochraniających Prezydenta.
W Pana ocenie śledztwo w sprawie katastrofy przybliża nas do wyjaśnienia jej
przyczyn i przebiegu?
– Nadal nie ma w nim bezspornych rezultatów. Im dalej od tragedii, tym bardziej
mnożą się pytania i wątpliwości. Brakuje mi w tym śledztwie woli oraz
determinacji rządu i prokuratury. Zamiast tego słyszeliśmy kolejne slogany, że
państwo się sprawdziło i że demokratyczne procedury państwa prawa działają. W
tle jakbym słyszał zaśpiew: "Polacy, nic się nie stało"; apele, aby nie grać
tragedią w polityce, i reprymendy wobec wszystkich, którzy stawiają pytania o
przyczyny katastrofy.
Dlaczego rząd pozwolił na to, by to Rosja przejęła śledztwo w tej sprawie, a
także by przejęła czarne skrzynki z Tu-154M, które są przecież własnością
Polski? Nawet Andriej Iłłarionow, były doradca Władimira Putina, twierdzi, że
tym samym zamknęliśmy sobie możliwość dowiedzenia prawdy o tym, co się stało.
– Podejrzewam, że na początku nie przygotowano się do śledztwa. Nie dokonano
pilnej i profesjonalnej analizy prawnej i przeglądu instrumentarium działania.
Ważniejszy okazał się wyścig do miejsca katastrofy, aby przejąć propagandową
"narrację". Później, w okresie kampanii wyborczej, okazało się to zupełnie
wygodne, aby zrzucać odpowiedzialność na czynniki zewnętrzne, rzekomo
obiektywne, oraz z uporem podkreślać, że śledztwo prowadzi niezależna
prokuratura i "wybrany" przez Prezydenta prokurator generalny.
Jednocześnie mieliśmy i mamy do czynienia ze zdejmowaniem odpowiedzialności
za katastrofę z Rosjan i bezpodstawnym obarczaniem winą naszych pilotów,
wojskowych, a także samego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego…
– To jest niepokojące zjawisko. Dziś wiemy, że już w pierwszych chwilach po
katastrofie Radosław Sikorski utrzymywał, iż winni są piloci, warunki
atmosferyczne i trudne lotnisko. Część mediów kierowała następnie uwagę na
domniemaną presję na pilotów ze strony Prezydenta i jego otoczenia. Całkowitym
immunitetem objęto zaś stronę rosyjską. Wyczuwało się nawet oczekiwanie, że nic
nie potwierdzi żadnego zaniedbania strony rosyjskiej, co mogłoby rzutować na
atmosferę empatii i ocieplenia relacji rosyjsko-polskich. Część mediów stała się
tu zakładnikiem bezzasadnych oczekiwań rządu, iż katastrofa dokonała trwałej
zmiany polityki rosyjskiej wobec Polski.
Do tej pory nie mamy pełnych stenogramów rozmów w kokpicie Tu-154M ani
informacji na temat danych z pozostałych czarnych skrzynek. Nie wiemy też, jak
wyglądała komunikacja smoleńskiej wieży z "dowodzącym" z Moskwy. Dlaczego?
– Zakładam, że z jednej strony mamy do czynienia ze skomplikowaną materią
wymagającą specjalistycznych badań. Z drugiej strony jednak jest też wiele
wątpliwości wskazujących na to, że mogło dojść do poważnych zaniedbań po stronie
rosyjskiej. Ostatnio dowiedzieliśmy się o dywagacjach, jak ten feralny lot był
kwalifikowany – jako cywilny czy wojskowy. Od tej kwalifikacji zależało nie
tylko prowadzenie tego lotu, ale i śledztwa po wypadku. Brak całości zapisów
daje ciągle podstawy do podejrzewania, że działo się coś niedobrego na łączach
wieża – kabina pilotów.
Iwan Chochłow z rosyjskich państwowych linii lotniczych Aerofłot powiedział
"Naszemu Dziennikowi", że największym błędem polskiego rządu było oddanie
śledztwa MAK. Zgadza się Pan z tą tezą?
– Śledztwo prowadzone przez MAK jest konsekwencją naszego "pierworodnego" błędu,
czyli przekazania śledztwa Rosji. Jeśli je oddaliśmy, to suwerennym prawem tego
państwa było zorganizowanie go zgodnie z własnym interesem. Nie dziwię się, że
Rosjanie skorzystali z tej okazji.
Jest jeszcze możliwe zminimalizowanie konsekwencji tego fatalnego błędu?
– W wyniku katastrofy nastąpiła faktyczna dekapitacja państwa polskiego. Zginął
Prezydent – zwierzchnik Sił Zbrojnych wraz z całym dowództwem. To jest strata
niewyobrażalna nawet w czasie działań wojennych. Taki wypadek rzutuje na stan
bezpieczeństwa państwa, które jest członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. Ta
strata odbija się negatywnie na naszych zobowiązaniach sojuszniczych. Śmierć tak
wielu czołowych polityków prowadzi do destabilizacji sceny politycznej. To
wszystko zaś prowadzi do demoralizacji i zdziczenia obyczajów politycznych.
Przykładem tego był ostatni wiec w Sali Kongresowej. Wydaje się, że to są
przesłanki do konsultacji z sojusznikami. Okazją do tego mogłoby być wspólne
przeanalizowanie raportu rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego.
Dostrzega Pan inne błędy w tym śledztwie?
– Nie będę oryginalny, gdyż odwołam się w tym pytaniu do uwag i wątpliwości
wskazanych przez rodziny ofiar, zespół parlamentarny Antoniego Macierewicza czy
też wspomnianą przez panią przejmującą wypowiedź Iłłarionowa, który dokonał
rozbioru logicznego śledztwa. Wiele ciekawych spostrzeżeń poczynił też ostatnio
amerykański ekspert ds. terroryzmu dr Harvey Kushner, który odwiedził Polskę w
związku z tą sprawą. Mam nadzieję, że są one brane pod uwagę przez polskie
władze.
A jak ocenia Pan sposób informowania opinii publicznej o śledztwie
smoleńskim?
– Już od dawna nie dostrzegam jakiejś strategii informowania. Przedstawiciele
rządu zwykle deklarują pełne zaufanie do strony rosyjskiej, prokuratura
przypomina w tym samym czasie, że nadal nie otrzymała oczekiwanych i zamawianych
materiałów, a akredytowany przy MAK Edmund Klich ciągle narzeka, że wszyscy go
ignorują. Zasadnicze informacje, i zwykle o wstrząsających zaniedbaniach,
systematycznie ujawniane są przez media. Na przykład nieścisłości o zachowaniu
Biura Ochrony Rządu czy o "zabezpieczeniu" wraku samolotu.
Akredytowany Edmund Klich chyba najbardziej koncentruje się obecnie na
promowaniu swojej książki…
– Może tak. Ale z jego kilku wypowiedzi wyłania się też niepokojący obraz.
Wielokrotnie wspominał bowiem, że był pozostawiony sam sobie i nie miał wsparcia
władz polskich. Wiele razy też narzekał na brak reakcji władz rosyjskich na
prośby o dokumenty. Klich ujawnił również, że i w naszym kraju toczy się gra o
kwalifikację lotu. Myślę, że po zakończeniu swojej pracy powinien złożyć
obszerne sprawozdanie i wytłumaczyć wszystkie wątpliwości i podejrzenia, jakimi
dzielił się publicznie.
Skoro wspomniał Pan o wraku Tu-154M – to o czym świadczy sposób traktowania
tego dowodu przez Rosjan?
– Nie tylko o tym, że go przez tyle czasu nie zabezpieczono, ale media pokazały
nawet filmy ilustrujące systematyczne i celowe niszczenie przez Rosjan wraku tuż
po katastrofie. Pół roku od katastrofy szczątki samolotu straciły już chyba w
dużym stopniu wartość dowodową. Jeszcze większe zdziwienie wywołuje u mnie
lekceważąca reakcja przedstawicieli rządu na zwracaną im uwagę w tej sprawie.
Podobnie jak wrak traktowane jest też miejsce wypadku. Nadal znajdowane są tam
przecież – przez odwiedzające to miejsce postronne osoby – pozostałości z
samolotu, a nawet szczątki ofiar. Wydaje mi się, że tak jak przed wypadkiem
władze lekceważyły Prezydenta, tak i po jego śmierci wyjaśnienie przyczyn
katastrofy jest dla władzy niewygodne.
Czy to dlatego wraz z archeologami nie udadzą się do Smoleńska kryminolodzy?
Przecież ich obecność byłaby kluczowa w momencie, gdyby ekspedycja odnalazła
kolejne szczątki.
– Myślę, że władze polskie mają tu kłopot, ponieważ wszyscy pamiętamy, jak
minister Ewa Kopacz twierdziła, iż teren katastrofy został przekopany i
przesiany na głębokość metra. Prace jakiejś grupy śledczo-archeologicznej
mogłyby więc jeszcze zaprzeczyć tym twierdzeniom.
Jaka jest Pana ocena samej organizacji wizyty prezydenckiej delegacji w
Katyniu?
– Wiele wskazuje na to, że zarówno przed wizytą Prezydenta w Katyniu, jak i po
katastrofie toczyła się jakaś nieczysta gra. Z ujawnionych ostatnio dokumentów
oraz z wypowiedzi wielu polityków i urzędników wynika, że spotkanie Putin – Tusk
w Katyniu mogło zostać wstępnie ustalone już w czasie pobytu Putina na
Westerplatte w ubiegłym roku. Upublicznione zostało jednak dopiero na początku
roku, kiedy okazało się, że Prezydent zamierza brać udział w uroczystościach
katyńskich, gdyż z oczywistych względów miały one mieć charakter
ogólnopaństwowy. Odtąd rozpoczęła się gra na rzecz zniechęcenia Lecha
Kaczyńskiego do udziału i rozdzielenia tych uroczystości. Jednocześnie
bezpardonowo urabiano społeczeństwo, że to Prezydent wpycha się znowu w
prerogatywy rządu. Mam nadzieję, że zespół parlamentarny posła Macierewicza
zdoła skompletować dokumentację i ujawnić te działania przeciwko Prezydentowi.
Jacek Sasin, wiceszef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ujawnił, że
to Rosjanie chcieli dwóch odrębnych wizyt w Katyniu.
– To mnie nie dziwi. Oni zawsze starali się ustawić sobie w Polsce wygodnego,
spolegliwego partnera. Dziwi natomiast fakt, iż strona rządowa podjęła tę grę.
Jak ujawnił niedawno doradca prezydenta – prof. Tomasz Nałęcz, uważano, że warto
zapłacić każdą cenę, aby tylko ściągnąć Putina do Katynia. No to zapłaciliśmy
ogromną cenę za spotkanie Tusk – Putin w celu wmurowania kamienia węgielnego pod
budowę cerkwi, bo tak głosi oficjalna tablica w Katyniu upamiętniająca to
spotkanie. Tylko mimochodem wówczas Putin napomknął, że była to jedna z licznych
zbrodni stalinowskich. Putin zamierzał wtedy zakończyć sprawę katyńską wobec
świata, nie wobec Polski. Nie zmierzał wtedy i nie zmierza dziś do poważnego
rozliczenia tej zbrodni. Miał doskonałe rozeznanie, że dla wizerunkowego sukcesu
polski rząd zadowoli się symbolicznym spotkaniem.
MSZ twierdzi, że obie wizyty – zarówno ta z 7, jak i 10 kwietnia – były
identycznie przygotowywane pod względem bezpieczeństwa. Jednak "Nasz Dziennik"
ujawnił, że w kancelarii tajnej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie
znajdują się dokumenty potwierdzające różnice w gradacji zagrożenia
bezpieczeństwa w przypadku wizyt premiera Donalda Tuska (stopień "niski") i
Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (stopień "średni").
– A zatem mamy pośredni dowód, że wizyty nie były jednakowo przygotowywane.
Niespójne wypowiedzi przedstawicieli BOR wskazują, że wizyty te były inaczej
kwalifikowane, a przez to i inaczej chronione. Tymczasem tak wielka delegacja
jak ta udająca się do Katynia 10 kwietnia powinna być chroniona szczególnie. Na
miejscu powinno być adekwatne zabezpieczenie funkcjonariuszy oraz alternatywne
środki transportu na zapasowych lotniskach. Jednak beztroskie podejście do
Prezydenta oraz doktryna taniego państwa zredukowały zabezpieczenie wizyty
prawie do zera.
Zastanawiają też doniesienia, jakoby to strona polska sama zrezygnowała z
obecności rosyjskiego nawigatora na pokładzie Tu-154M.
– To nadal niewyjaśniona zagadka. Należy o to dopytywać Ministerstwo Obrony
Narodowej.
Na pewno zna Pan słowa Bronisława Komorowskiego, który stwierdził w jednym z
wywiadów, że "niepotrzebnie tylu generałów leciało do Smoleńska", i użył w
stosunku do delegacji katyńskiej określenia "bizantyjski orszak". Jak Pan ocenia
tego typu tezy?
– To kolejne potwierdzenie moich wcześniejszych przypuszczeń, że rząd zakładał,
iż to wizyta premiera Donalda Tuska będzie wypełniała "narrację" o
uroczystościach katyńskich.
Jaki widzi Pan obecnie najlepszy sposób na wyniesienie śledztwa smoleńskiego
na możliwie najwyższy poziom międzynarodowy?
– Sugerowałem już publicznie, aby rozesłać rosyjski projekt raportu końcowego do
wielu instytucji międzynarodowych, z którymi współpracujemy. To są m.in.
wyspecjalizowane agencje międzynarodowe zajmujące się obsługą, koordynacją ruchu
lotniczego. Obawiam się jednak, że ze względu na udział i postawę Rosji w
śledztwie nie będą chciały włączyć się w sposób formalny. Powinniśmy zatem
zwrócić się bezpośrednio do ekspertów z tych instytucji oraz zaprzyjaźnionych
państw o swoistą recenzję raportu MAK, audyt etc. Prosić o sprawdzenie i
porównanie z poprzednimi katastrofami i śledztwami. Dziś rząd nie może zasłaniać
się wymówką, że popsuje to relacje z Rosją, bo przecież nic się nie poprawiło.
10 października odbędzie się pielgrzymka niektórych rodzin ofiar pod
patronatem prezydentowej Anny Komorowskiej. Większość rodzin nie chciała wziąć w
niej udziału z obawy przed upolitycznieniem tej inicjatywy…
– Wyjazdy rodzin do Smoleńska, na miejsce katastrofy, wydają się rzeczą
naturalną. Wiele rodzin odbyło już taką podróż. Nie mam jednak wątpliwości, że
ta pielgrzymka jest inspirowana politycznie. To się mieści w takich
nawoływaniach, abyśmy czcili i wspominali ofiary katastrofy na Powązkach, na
Wawelu, w odległym Smoleńsku, czyli wszędzie, tylko nie tu – w Warszawie, byśmy
nie przypominali temu słabemu państwu, jak nas zawiodło.
Jak ocenia Pan strategię Kancelarii Prezydenta dotyczącą pozbycia się krzyża
sprzed Pałacu Prezydenckiego, gdzie ustawiony został w pierwszych dniach po
katastrofie, łącząc setki tysięcy Polaków na modlitwie za tragicznie zmarłych?
– Nie tego oczekiwaliśmy. Liczyliśmy na empatię i wielkoduszność zgodnie z
lansowanym sloganem: "Zgoda buduje". W zamian otrzymaliśmy zapowiedź szybkiego
przeniesienia krzyża, a następnie powieszenie tabliczki-protezy. Z przykrością
odbierałem tę "strategię". Działania nosiły znamiona świadomego prowokowania
opozycyjnych środowisk, odzierania z żałoby i pamięci przyjaciół i
współpracowników tych, którzy zginęli, a nawet znamiona profanacji uczuć
religijnych i samego krzyża. Podzielam opinię wielu obserwatorów, że mogło to
być świadome działanie, aby kilkumiesięczną zadymą przykryć
gospodarczo-polityczną indolencję rządu na innych kierunkach.
Widzi Pan drogę wyjścia z tej patowej sytuacji?
– Nie dostrzegam chęci po stronie władzy do honorowego i godnego upamiętnienia
ofiar w otoczeniu Pałacu Prezydenckiego. Liczę, że dopiero po zmianie władzy,
czy to w Warszawie, czy – szerzej – w Polsce, dojdzie wreszcie do jakiegoś
pozytywnego rozwiązania.
Dziękuję za rozmowę.
