„Błazeństwa” zamiast rozumu?

Takiego natłoku wydarzeń już dawno u nas nie było. Pan płk Klich kręci
nosem na Rosjan, że nie dają mu rozmaitych dokumentów, ale po co tu jakieś
dokumenty, skoro "Moskowskij Komsomolec" drukuje wstrząsającą relację strażaka,
który jako pierwszy przybył na miejsce katastrofy pod Smoleńskiem i od jednego
rzutu okiem spenetrował prawdę, że nikt jej nie przeżył. Rewelacje moskiewskich
komsomolców z rewerencją przytaczają w "Gazecie Wyborczej" – podobnie jak
"Trybuna Ludu" za Stalina.

Na mnie największe wrażenie zrobiła nie tylko spostrzegawczość, ale przede
wszystkim muzyczne wyrobienie smoleńskich strażaków. Od razu rozpoznał, że
telefony komórkowe w kieszeniach ofiar grają a to "Ogińskiego", a to "skocznego
krakowiaka". Co tu dużo gadać, naszym strażakom daleko do strażaków rosyjskich.
Tamci nie tylko od razu spenetrują prawdę, nie tylko bezbłędnie rozpoznają, co
jest grane, ale i potrafią zeznać, jak się należy. Ale z tymi telefonami – czy
aby nie za dobrze? Przecież od początku wiedzieliśmy, że jak zwykle zawinił
"błąd pilota", więc po co tu gadać o jakichś telefonach. Lepsze jest wrogiem
dobrego i jeszcze jakaś Schwein zacznie dopytywać, czy Rosjanie oddali w końcu
te telefony i generalskie laptopy, czy nie i po co tak długo je trzymali. Jakby
tego było mało, to premier Tusk pokazał, iż chód ma lekki, ale rękę ciężką, i
"brutalnie", chociaż oczywiście "na granicy prawa" – jakże by inaczej – z dnia
na dzień pozamykał sklepy z dopalaczami, na które przedtem nie było rady.
Ciekawe, że prawo wcale się nie zmieniło, więc musiało zmienić się coś innego. A
co? W tej sprawie, podobnie jak w wielu innych, jesteśmy skazani na domysły, a
skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się! Ja na
przykład się domyślam, że jedna banda ustosunkowanych gangsterów postanowiła
zrobić kuku drugiej bandzie gangsterów i stąd nagły przypływ woli politycznej w
rządzie i "brutalności" organów naszego demokratycznego państwa prawnego –
oczywiście "na granicy prawa". Stąd dla żuka jest nauka, by tego całego
demokratycznego państwa prawnego nie traktować zbyt serio, a przede wszystkim
nie pchać palców między drzwi, to znaczy nie wchodzić z biznesem na tereny
zastrzeżone dla razwiedczyków. Bo wtedy w konstytucyjnych organach naszego
demokratycznego państwa prawnego budzi się lew i nie znają litości – niczym
czekiści podczas rozkułaczania albo nacjonalizowania za Stalina.
A skoro już o tym mowa, to i komsomolskie rewelacje, i nawet erupcja politycznej
woli wśród mężyków stanu to mały pikuś w porównaniu z kongresem wyznawców posła
Palikota, jaki odbył się w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa
Stalina. Poseł Palikot przedstawił program modernizacji Polski, polegający – po
pierwsze – na stworzeniu systemu zachęt, by wszyscy gzili się ze wszystkimi i to
nie tylko bez obawy o odpowiedzialność za następstwa tych rozrywek, ale i na
koszt podatników. Po drugie – na wyrugowaniu nie tylko Kościoła, ale również
religii z terenu publicznego, a po trzecie – na darmowym, czyli znowu na koszt
podatników – internecie oraz łapówce "na kulturę", czyli dla Salonu, zamiast na
armię, która – co niestety jest prawdą – Polski nie obroni. Bardzo się to
wszystko spodobało nie tylko sekretarzowi Ryszardowi Kaliszowi, reżyserowi
Kazimierzowi Kutzowi, nie tylko pani filozofowej Magdalenie Środzie, chociaż
potępiła "błazeństwa", ale również pani Manueli Gretkowskiej, która wysłuchawszy
tego wszystkiego, stwierdziła, że "rozum jest nam bardzo potrzebny". O, to to!
Nietrudno było dojść do takiego wniosku, zwłaszcza po wysłuchaniu wystąpień
zgromadzonych w Sali Kongresowej "młodych, wykształconych", a szczególnie pana
Dominika Tarasa, który teraz chyba już na pewno zostanie intelektualistą i
autorytetem moralnym. Autorytet potrzebny, a jakże – ale skąd go wziąć? Warto
też odnotować opinię pana red. Stasińskiego z "Gazety Wyborczej", któremu bardzo
spodobał się pomysł posła Palikota, by "brzuchatych biskupów" odsunąć od udziału
w uroczystościach państwowych. Uznał to za chwalebną kontynuację postulatów
oświecenia. Najwyraźniej musiał zapomnieć o faworytach swojej gazety, a przede
wszystkim o przedstawicielach niektórych wyznań niechrześcijańskich, których
nieobecność na uroczystościach mogłaby nasze tubylcze państwo – a właściwie jego
atrapę – już całkiem strącić w niebyt. Bo z jedną diagnozą posła Palikota –
powtarzaną zresztą przez wielu jego wyznawców – wypada się częściowo zgodzić: że
"państwo polskie nie istnieje". Oczywiście nie dlatego, że jest "okupowane przez
Kościół", tylko dlatego, że jest okupowane przez razwiedkę wysługującą się
rosyjskiemu czekiście Putinowi i Naszej Złotej Pani Anieli. Ale tego posłu
Palikotu już powiedzieć nie wolno.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj