Stracił pułk, stracił ludzi, będzie orłem
Z mjr. Andrzejem Rozwadowskim*, pilotem maszyn transportowych w
służbie czynnej, rozmawia Anna Ambroziak
Pułkownik Mirosław Jemielniak, szef rozformowanego 36. Specjalnego Pułku
Lotnictwa Transportowego, ubiega się o tytuł "Człowiek Roku" w kategorii
"Lotnictwo Wojskowe".
– To jakaś farsa. Jak można typować dowódcę, któremu rozwiązano pułk? Jak można
kogoś takiego typować na "Człowieka Roku"? To tak, jakbym ja wybrał się z jakimś
swoim oddziałem, wytracił żołnierzy i został bohaterem. To jakaś pomyłka. Za
długo jestem w armii, bym inaczej na taką wiadomość zareagował, jak tylko z
uśmiechem. Stracił pułk, stracił ludzi i będzie "Człowiekiem Roku" – to jakaś
pomyłka.
Jemielniaka wskazali internauci, kandydaci wyrazili zgodę.
– Każdy jest łasy na różne głaskania, pochlebne opinie itp. Jak widać,
internauci mają jak najbardziej szalone pomysły. Wystarczy przeczytać czasem
fora internetowe, na których porusza się różne tematy. Można się doprawdy
uśmiać! Najwidoczniej ktoś pozbawił młodych ludzi zdolności perspektywicznego
myślenia. Oni nie potrafią ocenić tego, co zgotuje im cała ta ekipa rządząca.
Czy ludzie ci dobrze czują się w państwie, nie mając pracy, nie mogąc wziąć
kredytu, pracując na umowę-zlecenie. To śmieszne, by "Człowieka Roku" typowali
internauci. Co innego, gdyby na kandydata głosowali ludzie z poszczególnych
kluczy lotniczych, którzy wybieraliby człowieka, który ma największy nalot,
wyszkolił kilku pilotów, latał na misje zagraniczne. To byłoby normalne. Ale
nie, typuje się dowódcę tylko dlatego, że jest dowódcą, że ma stanowisko. To za
jego czasów zlikwidowano specpułk. A wszyscy pamiętamy, że pan pułkownik
Jemielniak zbytnio się nie nadwerężał, by swoją jednostkę i swoich żołnierzy
bronić.
Pułk został zlikwidowany, ale Jemielniak ma już zapewnione stanowisko w
Dowództwie Sił Powietrznych jako szef Oddziału Bezpieczeństwa Lotów.
– A czemu się pani dziwi? Przecież nie odejdzie do cywila. Tacy ludzie zawsze
spadają na cztery łapy. Jemielniakowi dano pułk, by go naprawił, nie naprawił.
Teraz awansuje.
Pułkownikowi Jemielniakowi postawiono zarzuty niedopełnienia obowiązków
po katastrofie CASY. To chyba również nie predysponuje go do zdobywania pewnych
tytułów?
– Trzeba poczuwać się do winy, jeśli się zawiniło. Jednak po niektórych fakt
śmierci tych żołnierzy spłynął jak po kaczce. Byli, zginęli, stało się, i tyle.
Bo to jest wkalkulowane w ryzyko służby żołnierza. Ale tak nie powinno być.
Zanim rozformowano pułk, jego żołnierze podejmowali już decyzje o
odejściu ze służby związane ze zmianami w ustawie emerytalnej.
– Jest lepsza służba albo lepsza praca. Pracując w LOT, można zarobić większe
pieniądze niż w wojsku, gdzie piloci zarabiają tyle, ile jeżdżąc dorożką w
Krakowie. Proszę zapytać żołnierzy z eskadry w Krakowie, to powiedzą pani, że
ostatnia podwyżka była pięć lub sześć lat temu.
Dziękuję za rozmowę.
*Imię i nazwisko rozmówcy zostały zmienione.
***
Syn specpułku bez pułku
Świat wstrzymał oddech. Pułkownik Mirosław Jemielniak, dowódca 36.
Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który nie potrafił obronić swojej
jednostki przed rozformowaniem, ubiega się o laury "Człowieka Roku" w
plebiscycie "Lotnicze Orły"
Wytypowanie byłego już szefa specpułku budzi konsternację i zdziwienie wśród
pilotów. Żołnierze ze specpułku, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik", zaraz w
pierwszych zdaniach zastrzegali, że Jemielniak na ich głosy liczyć nie może. –
To jakieś nieporozumienie. Powinno się typować ludzi, którzy mają znaczący wkład
w rozwój lotnictwa. Pan pułkownik Jemielniak to ostatnia osoba, która mogłaby
ubiegać się o ten tytuł. I nie chodzi tu tylko o stosunki międzyludzkie, ale o
jego kompetencje, umiejętności w zarządzaniu. Mamy stan rozformowania jednostki,
piloci są niepotrzebni w tym momencie w bazie. Mieli być potrzebni w innych
jednostkach, ale tam się ich nie przyjmuje. Dlatego większość moich kolegów
musiała odejść do cywila, bo nie widziała żadnych możliwości pracy dla siebie.
Część odeszła do Marynarki Wojennej, lecz nie ze względu na miłość do morza, ale
dlatego, że nikt ich nie chciał w innych jednostkach, mimo że po rozformowaniu
pułku dowództwo zapewniało, że znajdą się dla nich miejsca w innych jednostkach.
Deklaracje pozostały tylko deklaracjami i, niestety, na tym się skończyło –
komentuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" jeden z pilotów, który służył w
specpułku.
Z końcem listopada ze służby w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego
do rezerwy odeszło aż 25 żołnierzy. Byli to głównie pracownicy służb
technicznych pułku. Dowództwo Sił Powietrznych zapewniało wówczas, że decyzje o
opuszczeniu wojska podjęli w maju, kiedy wśród wojskowych pojawiły się silne
obawy o dalszy kształt systemu emerytalnego. Wtedy też żołnierze dość licznie
składali wnioski o wypowiedzenie stosunku służbowego. – Każde tłumaczenie jest
dobre – ripostuje nasz rozmówca. – Pan pułkownik nieco przesadził. To
niestosowna sytuacja. Na miejscu oficera nie ubiegałbym się o tego typu
wyróżnienie jak "Człowiek Roku". Byłem i jestem przeciwnikiem likwidowania
pułku. Uważam, że należało go zachować i jeśli trzeba – naprawić. Ale skoro nie
naprawiono, tylko rozwiązano, to znaczy, że wśród osób, które nie podołały
zadaniu, jest również dowódca specpułku. Nie da się tego obejść. Jest on
odpowiedzialny za dobre rzeczy i za rzeczy złe – mówi z kolei Romuald
Szeremietiew, były szef resortu obrony. – Nie ulega wątpliwości, że sytuacja w
pułku nie była najlepsza. Efekty tego obciążają również dowódcę, w mniejszym
stopniu niż jego przełożonych, bo kwestia środków na szkolenie to nie jego
decyzja. Ale on w tym uczestniczy. Mówi się, że jeśli prawo czegoś nie zabrania,
można wiele robić. Jest też inne powiedzenie – że kiedy pojawia się norma
prawna, to znaczy, że upadły obyczaje. Jednym z obyczajów wojskowego jest
szacunek dla munduru i godne zachowanie. A – jak widać – tutaj tego zabrakło –
konkluduje Szeremietiew.
– Szkoda słów. Po pierwsze, głupotą była likwidacja pułku. Faktem jest to, że
płk Mirosław Jemielniak nie potrafił go obronić. To dyshonor i dla jednostki, i
dla jej dowódcy. Tu naprawdę nie ma się czym chwalić. To wszystko nie stawia
Jemielniaka w korzystnym świetle. Bynajmniej nie wyobrażam go sobie jako
lotniczego orła – dodaje gen. Roman Polko, były szef GROM.
u Stracił pułk, stracił ludzi, będzie orłem – s. 3
Od nowego roku płk Mirosław Jemielniak ma zastąpić płk. Pawła Kowalczyka, szefa
Oddziału Bezpieczeństwa Lotów w Dowództwie Sił Powietrznych. Decyzję o tym
podjął już minister obrony narodowej. Jak informuje MON, stanowisko to
Jemielniak obejmie z dniem 1 stycznia 2012 roku. Szefem Oddziału Bezpieczeństwa
Lotów w Dowództwie Sił Powietrznych w miejsce płk. Kowalczyka miał zostać ppłk
pil. Krzysztof Cur, dowódca Grupy Działań Lotniczych 8. Bazy Lotnictwa
Transportowego w Krakowie, absolwent kursu dla oficerów w USA. Po to został
oddelegowany do Warszawy. Jednak kiedy zapadła decyzja o rozformowaniu 36. SPLT,
zaistniała konieczność znalezienia etatu dla płk. Jemielniaka, i to on został
nominowany na to stanowisko. Warto przypomnieć, że pierwszą decyzją ministra
obrony narodowej Tomasza Siemoniaka 4 sierpnia br. było rozformowanie specpułku.
W rok po tym jak płk Jemielniak został jego dowódcą – było to 23 sierpnia 2010
r., zastępując na tym stanowisku płk. Ryszarda Raczyńskiego. Formalnie pułk
będzie istniał do 31 grudnia br. Jednak już wczoraj jednostka wygasiła witrynę
internetową, choć formalnie jeszcze istniała. Jak tłumaczy por. Agnieszka
Kosowska z 36. SPLT, witryna wygasła, bo piątek był ostatnim dniem roboczym dla
służb informatycznych pułku. Na 3 stycznia 2012 r. zaplanowano pożegnanie
sztandaru jednostki. Wygaszenie witryny uniemożliwi więc zapoznanie się z tą
informacją byłym żołnierzom pułku, do których było skierowane zaproszenie.
Jemielniak był jednym z grupy siedemnastu wojskowych, którym po wypadku
wojskowej CASY, w którym zginęło dwadzieścia osób, postawiono zarzuty
niedopełnienia obowiązków i braku nadzoru służbowego. Listę odpowiedzialnych za
tę tragedię dostarczył ministrowi obrony narodowej Bogdanowi Klichowi ówczesny
dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik. Znalazł się na niej właśnie m.in.
płk Mirosław Jemielniak, ówczesny szef szkolenia 3. Bazy Lotnictwa
Transportowego w Powidzu. Jemielniak został wskazany jako odpowiedzialny za
błędy popełnione w nadzorze nad funkcjonowaniem systemu szkolenia w 13. Eskadrze
Lotnictwa Transportowego w Krakowie. W tym także za brak właściwego nadzoru nad
zawartością merytoryczną i programową treści szkolenia. Nie przeszkodziło to
jednak temu, by już po katastrofie pod Smoleńskiem, ten sam minister Klich
awansował Jemielniaka na dowódcę 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego,
odpowiedzialnego za bezpieczny transport najważniejszych osób w państwie. Co
więcej, z Decyzji nr 87 ministra obrony narodowej z 17 stycznia 2008 roku
wynika, że Jemielniak został wyznaczony na dowódcę bazy w Krakowie na tydzień
przed katastrofą wojskowej maszyny w Mirosławcu, a jednak, mimo zarzutów, jakie
wobec niego sformułowano – minister Klich awansu nie cofnął.
Kandydatura Jemielniaka została zgłoszona w plebiscycie "Lotnicze Orły"
uruchomionym przez portal Lotnicza Polska. Obecny szef 36. SPLT nie jest jedynym
kandydatem, oprócz niego o miano "Człowieka Roku" w kategorii "Lotnictwo
Wojskowe" ubiega się też kpt. pil. Jerzy Fijołek, pilot 8. Bazy Lotnictwa
Transportowego z Krakowa, oraz pilot wojskowy Jacek Matysiak "Flyshark".
Kandydatury zgłaszali internauci. Jak informuje Izabela Kołtało z Lotniczej
Polski, kandydaci byli pytani, czy wyrażają zgodę na typowanie ich w
plebiscycie. Głosowanie na kandydatów ma potrwać do końca tego roku. Głos może
oddać każdy użytkownik portalu. Finalista otrzyma statuetkę "Lotniczego Orła".
Na stronie internetowej plebiscytu obok zdjęcia kandydatów znalazła się krótka
charakterystyka ich sylwetek. Jeśli chodzi o Jemielniaka, to został on
przedstawiony jako ostatni dowódca 36. SPLT oraz ten, który "Po objęciu
dowództwa nie tylko wymienił większość ścisłego dowództwa jednostki, ale jeszcze
wprowadził nieco nowoczesności na stronie pułku".
Anna Ambroziak
