Ratowanie bogatych sąsiadów
Polska prezydencja unijna była całkowicie bezbarwna. Dlatego chcąc nadać
jej jakiś medialny sens, premier Donald Tusk zapragnął wystąpić w roli rycerza
na białym koniu ratującego eurobankruta. Nie zauważył tylko, że brakuje mu
podstawowego argumentu – siły, w tym przypadku pieniędzy.
Obraz po szczycie
Po sławnym już szczycie Unii Europejskiej premier chciał być przedstawiany jako
jeden z twórców programu ratującego strefę euro. Nawet wystąpienie ministra
Radosława Sikorskiego w Berlinie proponującego Europę złożoną z państw
federacyjnych na wzór niemiecki (i nieprzypadkowo z tą samą stolicą) miało być
receptą na przesadne zadłużenie niektórych państw. Przez te kilka dni mogliśmy
się dowiedzieć, że Polska będzie musiała zrzucić się na pożyczkę dla
bankrutujących Włoch, Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii, a być może także
Francji i Belgii. Początkowo wydawało się, że kwota pożyczki wyniesie ok. 10
miliardów euro, obecnie (po zadeklarowaniu również przez Rosjan pomocy
wycenianej na 20 miliardów euro) jest to 6,26 miliarda euro, czyli ok. 28
miliardów złotych. Pieniądze te mają pochodzić z oficjalnych rezerw walutowych
Narodowego Banku Polskiego, którego prezes Marek Belka przyznał, że przekazanie
tych pieniędzy to czysta decyzja polityczna. Inaczej nie można nazwać pożyczki
oprocentowanej na poziomie ok. 0,2 proc. na 2-3 lata. Także nawet jeśli jakimś
cudem Włosi i Grecy spłacą te pożyczki, to NBP zarobi na tym ok. 150 milionów
złotych. Tylko że za 3 lata, jeśli utrzyma się tak wysoka jak dzisiaj
pięcioprocentowa inflacja, obecne 28 miliardów złotych będzie warte 24 miliardy
plus te 150 milionów odsetek. Jak widać, złotego interesu na tych pożyczkach
Polska nie zrobi, cały czas zakładając, że Włosi te pieniądze jakimś cudem
oddadzą. Jeżeli już mielibyśmy inwestować w dług włoski nasze rezerwy walutowe,
to w każdej chwili można kupić na rynku obligacje włoskie, tylko że są one
wyceniane na 7 proc. w skali roku. Na tyle rynek finansowy naprawdę wycenia
włoskie obligacje, politycy europejscy wycenili je na 0,2 proc., czyli
35-krotnie mniej. Dlatego decyzji o przyznaniu tych pożyczek nie można inaczej
nazywać jak decyzją polityczną, tym bardziej że politycy nie ryzykują swoich
pieniędzy, ale pieniądze swoich podatników. A to jest zasadnicza różnica.
Są w Europie jeszcze politycy, którzy mają odwagę stanąć w obronie swoich
obywateli przed ideologami unijnej biurokracji. Prezydent Czech Vaclav Klaus
powiedział, że Czesi mają własne problemy z deficytem budżetowym i byłoby
skrajną nieodpowiedzialnością zaciąganie kolejnych pożyczek, by przekazać je
krajom skrajnie zadłużonym. Według Klausa, te pożyczki to jedynie odsunięcie
prawdziwych problemów w czasie. Oprócz Czech na ten moment w ratowanie Włoch i
Grecji nie chcą się również włączyć Brytyjczycy, Węgrzy oraz Szwedzi. Tych
dylematów nie miał premier Tusk, który jest już w takiej przyjaźni z kanclerz
Merkel, że może zgodzić się na wszystko, i to nawet bez czytania, a nawet
jeszcze bez oficjalnego opracowania dokumentu.
Biedny da bogatemu
Skutki decyzji Donalda Tuska są takie, że albo podarujemy bogatszym państwom 28
miliardów złotych, albo jeśli – nie wiadomo jak – uda im się te pożyczki
spłacić, 6 miliardów złotych (różnica pomiędzy rzeczywistym oprocentowaniem
obligacji włoskich a oprocentowaniem ustalonym przez unijnych urzędników). Jakby
nie patrzeć, koszt jednego klepnięcia Tuska po plecach przeogromny. Jeżeli
przyłożyć 28 miliardów złotych do 16 milionów pracujących Polaków, to na jednego
przypada 1750 zł podatków do zapłacenia w ciągu roku. Składka rentowa płacona od
pracowników rośnie już od 1 lutego przyszłego roku z 6 do 8 procent. Jakie
premier Tusk znajdzie wytłumaczenie dla tego, że musimy zaciskać pasa, by płacić
coraz wyższe podatki, a jednocześnie pożyczamy państwom, które akurat z
zaciskania pasa nie słyną?
Zarówno greckie, jak i włoskie problemy wzięły się z tego samego – z życia ponad
stan. Jeżeli w kasie państwa brakowało pieniędzy na realizację absurdalnych
obietnic wyborczych, to się po prostu pożyczało pieniądze, jakby zapominając, że
kiedyś pożyczki trzeba zwrócić. To mityczne "kiedyś" właśnie nastąpiło. Grecja
ma dług na poziomie 160 proc. produktu krajowego brutto, a Włochy na poziomie
120 procent. Jednak trzeba pamiętać, że PKB nie jest tworzony przez państwa, ale
przez pracujących ludzi. Także, pomimo iż tylko niektóre grupy społeczne
skorzystały na szybko rosnącym zadłużeniu (głównie sfera budżetowa plus
emeryci), to groźba spłaty długów wisi już nad wszystkim, przede wszystkim sferą
prywatną tworzącą dochód. I dziś za grecko-włoskie życie ponad stan mają
zapłacić między innymi Polacy. Tak jakbyśmy nie mieli swoich problemów. Tym
bardziej że Włochy czy Grecja nie musiała przez 45 lat zmagać się z pogłębianiem
przyjaźni polsko-radzieckiej w imię socjalizmu. Warto pamiętać o tym, że tuż
przed wybuchem II wojny światowej dochód narodowy na osobę w Polsce był wyższy
niż w Hiszpanii (o ok. 10 proc.), nieznacznie niższy niż w Grecji (o ok. 20
proc.) i Włoszech (o ok. 35 proc.). W 1990 roku, a więc po gospodarczym
eksperymencie socjalizmu, polski dochód narodowy na mieszkańca był już
dwukrotnie niższy niż grecki, dwa i pół raza niższy niż hiszpański oraz
trzykrotnie niższy niż włoski. Komunizm zabrał nam możliwość wzbogacenia się
przynajmniej na poziomie zbliżonym do dzisiejszej Hiszpanii. To powoduje, że
dziś średnia roczna pensja netto (dane za 2010 rok) wynosi w Polsce ok. 6,3
tysiąca euro, w Grecji 14,2 tysiąca euro, w Hiszpanii 19 tysięcy euro, a we
Włoszech 20 tysięcy euro (dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).
Trudno – patrząc na te dane – zrozumieć, dlaczego kraj znacznie biedniejszy ma
ratować bogatsze od siebie państwa. Przyzwyczajeni do tego, że za komuny
najlepsze polskie produkty za grosze były "sprzedawane" do bratniego Związku
Sowieckiego, możemy doszukać się analogii, że oto nasz obecny premier Tusk,
chcąc przypodobać się na europejskich salonach, woli dołożyć parę miliardów euro
od swojego społeczeństwa. I to nawet biorąc pod uwagę fakt, że minimalna
emerytura wynosi w Polsce 730 złotych, podczas gdy w Grecji jest to równowartość
2,2 tysięcy złotych, a we Włoszech 2,6 tysięcy złotych. I jakoś nikt im nie
obiecuje podwyższenia wieku emerytalnego, pomimo iż Włosi żyją około 5 lat
dłużej niż Polacy, a Grecy ok. 3 lat dłużej (wiadomo, że ciepły klimat służy).
Jak zatem wytłumaczyć Polakom, że mają pracować dwa lata dłużej, a Polkom, że
czeka je siedem lat pracy więcej? Czy mamy dłużej pracować po to, by w słoneczku
na nasz koszt mógł się poopalać włoski czy grecki emeryt, pobierający
trzykrotnie wyższe świadczenia? Czy to ma być europejski solidaryzm?
Nie ma żadnego uzasadnienia dla przyznawanej przez Polskę pożyczki. Ani
ekonomicznego, bo tylko na tym stracimy, a ryzyko, że nie odzyskamy ani jednego
euro, jest dość duże, ani moralnego (w końcu kraj dużo biedniejszy ma pożyczać
dużo bogatszym, tylko dlatego że już nikt rozsądny nie chce im pożyczać), ani
prestiżowego (już wiadomo, że Polska nie będzie miała żadnego wpływu na
powstające w strefie euro decyzje), ani politycznego (nic, absolutnie nic w
zamian nie uzyskaliśmy w jakiejś ważnej z polskiego punktu widzenia sprawie, np.
w przesunięciu wejścia w życie dyrektyw klimatycznych powodujących podwyżkę
prądu dla polskich gospodarstw w 2013 r. o 15 procent). Jedyne, co nam czasem
próbuje wmówić premier Tusk z ministrem Rostowskim, to zobowiązanie do
solidaryzmu, że w końcu skoro tyle z Unii bierzemy, to trzeba czasem coś dać.
Tylko że na razie to my z Unii dostajemy prawdziwe grosze. Przyznawane nam
pieniądze są jedynie na papierze, a dopiero po zrealizowaniu inwestycji (być
może) te pieniądze zaczną do Polski trafiać. Pewna to jest składka unijna
wynosząca prawie 16 miliardów złotych. A z drugiej strony to raczej nie od
Grecji pochodzą te unijne pieniądze. Przecież Grecja wsławiła się w swojej
historii wystąpieniem o dopłaty rolne do obszarów przekraczających całą
powierzchnię kraju! Jakie daje to świadectwo moralne, że będziemy pomagać
krajowi, w którym przekręt jest na porządku dziennym, a przykład idzie z góry. W
końcu to właśnie Grecy opanowali do perfekcji sztukę kreatywnej księgowości.
Wykorzystywali do tego sławny bank inwestycyjny Goldman Sachs (z którego wywodzi
się między innymi obecny premier zarówno Włoch, jak i Grecji). Emitowano
obligacje w dolarach, po czym przeliczano je na euro po zupełnie księżycowych
kursach, dzięki czemu na papierze dług był dość stabilny, ale w rzeczywistości
zobowiązania były znacznie wyższe. Z kolei Włosi słyną ze swojej pracowitości,
przeciętny Włoch pracuje ok. 200 godzin rocznie mniej od Polaka (współpracując z
wieloma włoskimi firmami, zauważyłem, że tzw. świąteczny weekend zaczyna się 23
grudnia, a kończy 7 stycznia – luksus, o jakim polscy pracownicy jeszcze długo
nawet nie będą w stanie zamarzyć).
Co zamiast pożyczki?
Premier Tusk o wiele więcej zrobiłby dobrego, gdyby na szczycie unijnym
zaproponował prawdziwe reformy. Nie takie, o jakich mówił np. prezydent Francji
Nicolas Sarkozy, polegające na dodrukowaniu pustych pieniędzy przez Europejski
Bank Centralny, bo to tylko jeszcze bardziej szkodliwe półśrodki. Przede
wszystkim państwa i politycy powinni wziąć odpowiedzialność za podejmowane przez
siebie decyzje. Skoro w Grecji możliwe są czternaste pensje w budżetówce, to
chyba jest z czego ciąć. Jeżeli przeciętny Włoch pracuje o ok. 200 godzin
rocznie mniej niż Polak, to może czas przeprowadzić reformy i wziąć się do
roboty. Politycy, którzy rządzili Włochami czy Grecją, doprowadzili do takiego
stanu swoje kraje, że są na granicy niewypłacalności. Ale to się nie zdarzyło z
roku na rok, tylko w ciągu dziesiątek lat. Skoro społeczeństwo tolerowało taką
politykę gospodarczą, to oczywiste jest, że to ono, będąc beneficjentem tego
typu działań, powinno wziąć na siebie spłatę długów. W zamian oczywiście
odpowiednio osądzić winnych tego typu zdarzeniom. W innym przypadku będziemy
mieli do czynienia z ciągle powtarzającymi się w Europie absurdalnymi
"kryzysami" zadłużenia. Bo skoro inne państwa mogą spłacić nasze długi, to
dlaczego nie pożyć sobie na wysokiej stopie parę lat, a niech to kto inny
spłaca. Dlaczego tacy Estończycy, którzy w swojej konstytucji wprowadzili zapis
o zakazie zadłużania kraju, mają jednocześnie płacić za słoneczne wakacje
Włochów?
Pożyczanie przez takie państwa jak Polska pieniędzy Grekom czy Włochom może mieć
sens tylko w przypadku, gdy poziom życia pomiędzy naszymi państwami się zrówna.
Lub jeśli będziemy mieć w tym jakiś interes. Na razie trudno zauważyć, by
którakolwiek z tych przesłanek zaistniała.
Marek Łangalis
ekspert gospodarczy Instytutu Globalizacji
