Polityka polska między Berlinem a Londynem

Po zakończeniu negocjacji podczas unijnego szczytu prawie wszystkie rządy ogłosiły swój sukces. Premier Wielkiej Brytanii zachował możliwość autonomii swojego kraju w stosunku do wielu zapisów nowego traktatu. Prezydent Francji zablokował zapis o stworzeniu w Europie prawdziwego wolnego rynku. Angela Merkel uratowała dla Niemiec system podwójnej większości. Prezydent Polski „wywalczył” przedłużenie systemu nicejskiego do 2014 (2017) roku. Jeśli wszyscy „odnieśli sukces”, to nie dlatego że taka jest prawda, ale że takie są wymagania politycznego PR. Jeśli zatem nasza analiza ma mieć jakiś sens, należy całkowicie odrzucić retorykę medialnych manipulacji i przyjrzeć się realnemu stanowi rzeczy, jaki mamy dziś w UE.


Należy z pewnością przyznać rację tym, którzy twierdzą, że w Unii nie tyle dało się odczuć ducha Stanów Zjednoczonych Europy, ale ducha narodowych egoizmów. Egoizmy te nie tyle były charakterystyczne dla krajów małych, ale dla tych największych, włącznie z Niemcami. Od wielu lat wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co jest celem unijnych integratorów. Celem jest stworzenie superpaństwa znajdującego się pod dominacją największych podmiotów. Aby mniejsze kraje zdecydowały się uczestniczyć w tym procesie, wymyślono bardzo specyficzną metodę pozyskiwania ich zgody. Jest to po prostu pewien rodzaj szantażu ekonomicznego, zbudowanego na tzw. systemie dopłat unijnych. Tak więc kraje mniejsze sprzedają segmentami kolejne atrybuty swojej suwerenności. Z perspektywy podmiotów mniejszych chodzi tylko o to, aby ta wyprzedaż była w miarę wolna i w miarę za dużą ceną.

Niemcy będące od lat największym płatnikiem netto do budżetu UE doskonale wiedzą, co robią. Ich celem jest stopniowe poszerzanie władztwa nad Starym Kontynentem. Konsekwencja w realizacji tego celu przypomina ich działania po II wojnie światowej związane z jednoczeniem Niemiec. Po upadku bloku wschodniego Niemcy były praktycznie jedynym krajem, który się zjednoczył. Rozpadła się Jugosławia, rozpadła Czechosłowacja. Wydaje się, że rozczłonkowanie krajów środkowoeuropejskich w dużym stopniu było Niemcom na rękę. Niemieckie możliwości gry w środkowej Europie są tym większe, im słabsze są pojedyncze podmioty środkowoeuropejskiej układanki. Jedynym państwem w miarę dużym i w miarę silnym jest tutaj Polska. Dzisiejsze konflikty polsko-niemieckie są pochodną tego stanu rzeczy. Krajom małym, takim jak Węgry czy Słowacja, najnormalniej w świecie opłaca się być w większej federacji, gdyż w przeciwnym razie i tak stałyby się przedmiotem gry silniejszych od siebie. Z krajami średniej wielkości sytuacja wygląda już inaczej.

Sojusznikiem Niemiec w budowie europejskiego państwa pozostaje Francja, gwarantująca sobie wszystkie możliwe korzyści wynikające ze współprzewodnictwa w UE. Z pewnością istnieje między Paryżem i Berlinem coś w rodzaju nieformalnego podziału na strefy wpływów. Z kolei Wielka Brytania godzi się na unifikację Europy pod warunkiem zagwarantowania dla siebie klauzuli wyłączności na różnorakie unijne decyzje ograniczające możliwości wolnego rozwoju państwa tak w przestrzeni ekonomicznej, jak i politycznej. Wielka Brytania jest w tej układance na tyle poważną siłą, że nikt podczas unijnego szczytu nie odważył się zbyt mocno krytykować premiera Blaira, mimo iż żądał realnie o wiele więcej niż prezydent Polski. Co wolno Anglii…


Sukces czy porażka


Pojawia się zatem podstawowe pytanie, na ile negocjacje berlińskie były polskim sukcesem, a na ile porażką. Pewne jedynie pozostaje ustalenie, że system nicejski może obowiązywać maksymalnie do 2017 roku. Twierdzenie, jakoby ustalenia z Joaniny (możliwość blokady decyzji UE przez mniejsze podmioty) wprowadzone do traktatu miały realne znaczenie, jest mało uzasadnione z kilku powodów. Po pierwsze, już dzisiejsze interpretacje wskazują jednoznacznie, że Joanina daje co najwyżej możliwość opóźniania decyzji, a nie ich blokady. Po drugie, nawet gdyby funkcjonowała, nie jest powiedziane, czy Polska znajdzie jakichś sojuszników do blokady kolejnych decyzji wielkich krajów Unii, które zagwarantowały sobie przewagę w systemie podwójnej większości. Jeśli dziś w negocjacjach Polska nie znalazła prawie w ogóle wsparcia innych państw dla systemu pierwiastkowego, mimo że system ten opłacał się różnym podmiotom o wiele bardziej niż system podwójnej większości, to kto da gwarancję, że znajdziemy wsparcie w innych sytuacjach. A więc czy dla naszego kraju ważna jest walka o większą siłę głosu w UE, która – jak widzimy – w praktyce nie przekłada się na konkret, czy może należałoby pójść drogą brytyjską, tj. zachowania maksimum niezależności w kwestiach gospodarczych, politycznych i moralnych w UE. Brytyjczycy chcą realnie być Unią „drugiej prędkości”, gdyż chcą zachować suwerenność. Wiedzą doskonale, że UE dążąca do coraz większej biurokratyzacji nie wytrzyma konkurencji z szybko rozwijającym się światem azjatyckim czy amerykańskim. Dlatego jeśli nie mają na tyle siły, by uczynić Europę wolnorynkową, to sami wyłączają się z systemu, który uważają za szkodliwy. Przy każdym kolejnym traktacie Brytyjczycy wywalczają dla siebie autonomię i wcale nie przejmują się tym, że są zintegrowani na sposób drugiej prędkości. Pójście ich tropem byłoby dla Polski bardzo proste, gdyż nikt nie mógłby nam odmówić tego, co przyznano Anglikom. Oczywiście taka droga zakłada uzyskanie nieco mniejszych dotacji z Unii. Pamiętajmy jednak, że cena owych dotacji jest niezwykle wysoka – jest nią suwerenność. Gdy dodamy do tego ogromne obciążenia biurokratyczne towarzyszące systemowi dopłat, zyski z tego systemu nie muszą być tak duże. Największą realną korzyścią bycia w UE nie są dopłaty, lecz dostęp do europejskiego rynku. Wiedzą to doskonale Szwajcarzy oraz Norwegowie, którzy wcale do Unii się nie palą, ale strzegą pilnie umów handlowych z Brukselą.


A jednak w stronę superpaństwa


Wróćmy na chwilę do argumentacji, jaka towarzyszyła akcesji Polski do UE. Mówiono wówczas, że Polska ma olbrzymią misję cywilizacyjną dotyczącą chrystianizacji Europy. Tymczasem widzimy, że z tej misji nic nie wynika. Nie chodzi tu tylko o propozycję niedoszłej preambuły traktatu, w której miało nie być odniesienia do Boga ani do tradycji chrześcijańskiej. Chodzi np. o traktat podstawowy, w którym wizja społecznego porządku moralnego w wielu punktach jest sprzeczna z moralnością chrześcijańską. Wprawdzie Polska zastrzegła sobie możliwość autonomii w zakresie spraw moralnych, ale nie ulega wątpliwości, że chrystianizacyjna misja w UE funkcjonuje dziś w sferze mitów.

Do tego należy dodać bardzo poważne problemy natury fundamentalnej w kwestii wizji budowy jedności europejskiej. Skupiona na sprawach sposobu liczenia głosów opinia publiczna jakby mimochodem przyjęła inne decyzje, na które zgodziła się Polska, a które przybliżają Unię w kierunku budowy superpaństwa. Po wprowadzeniu postanowień traktatowych Unia będzie miała osobowość prawną, ministra spraw zagranicznych (posługującego się inną tytulaturą), o wiele więcej decyzji niż dzisiaj podejmowanych będzie nie na zasadzie jednomyślności, lecz większości itp. Gdy dodamy do tego wprowadzenie do traktatu Karty Praw Podstawowych, musimy stwierdzić, że polskie władze zgodziły się na wizję Europy w poważnej mierze sprzeczną z modelem Europy ojczyzn. Niemcy, wprawdzie nie tak szybko, jak tego chciały, przybliżyły się do swojego głównego celu w polityce międzynarodowej. Polska wciąż się cofa. Wydaje się, że w dyskusji nad traktatem nie wykorzystano (również delegacja polska) bardzo poważnego argumentu, którym nieustannie posługuje się establishment europejski: chodzi o argument demokracji. Wszak traktat konstytucyjny został odrzucony przez dwa bardzo ważne społeczeństwa unijne – przez Francuzów i Holendrów. Jak zatem można było twierdzić, że na bazie starego traktatu będzie prowadzona dalsza dyskusja? Jak można było się posługiwać argumentem, że nowy sposób wprowadzenia postanowień traktatowych nie będzie wymagał referendum? „Wołanie o demokrację” mogło być dobrym argumentem dla blokady ofensywy niemiecko-francuskiej na szczycie berlińskim. Argumentu tego jednak nie podniesiono.

Wydaje się zatem, że rezygnacja z systemu nicejskiego i wejście Polski w kolejny etap niemiecko-francuskiej gry po prostu są dla nas niekorzystne. Gra korzystna dla Polski w przestrzeni ściśle unijnej byłaby bowiem możliwa tylko pod warunkiem realnego sporu między Paryżem a Berlinem. Tego sporu jednak nie widać. Mediacja Sarkozy?ego podczas negocjacji i twarda gra Merkel (z pozoru obliczona na wykluczenie Polski) były po prostu realizacją pewnego scenariusza mającego zmiękczyć stanowisko Polski (Sarkozy – Merkel: dobry i zły policjant). W tym scenariuszu nie było miejsca dla naszego sukcesu. Pamiętać należy, że Brytyjczycy osiągnęli o wiele więcej niż my. Należało by się więc zastanowić, czy nie warto iść ścieżką, którą oni wyznaczyli dla siebie od wielu lat. Jest to droga obrony swojej suwerenności przed unijnym biurokratycznym walcem. W takiej walce mielibyśmy przynajmniej jednego naturalnego sojusznika.

Mieczysław Ryba
drukuj