Ostatnia „audiencja”
Mimo zapadającego zmroku jasna łuna unosi się nad placem św. Piotra w Rzymie, gdzie ze świecami w rękach zgromadziły się tysiące ludzi. Do moich uszu dochodzą słowa modlitwy odmawianej w różnych językach… Gdzieś z oddali płynie radosna melodia piosenki „Emmanuel”, wyśpiewywanej przez młodzież… Tu i ówdzie dziwne skupienie, a nawet strach w oczach… Jakaś grupa pielgrzymów trzyma biało-czerwoną flagę; odmawia Różaniec. Cztery osoby siedzące na bruku dookoła świecy modlą się wezwaniami litanii… W oddali tłum klaszcze i kołysze się w rytmie śpiewów. Raz po raz wszyscy zaczynają wołać, wręcz krzyczeć: „John Paul Two, we love You!”. I rozlegają się oklaski. A tuż obok mnie siedząca po turecku mała dziewczynka pośpiesznie przesuwa w palcach paciorki różańca, cały czas wpatrując się w okno apartamentu papieskiego… I wydaje się, jakby wszyscy razem z nią szeptali: „Kochamy Cię, Ojcze Święty, jesteśmy przy Tobie…”.
To był szok!
„Dlaczego tak mocno uderzyła Cię ta cała sytuacja?” – może ktoś zapytać. Otóż nigdy bym nie pomyślał, że będąc we Włoszech, przeżyję tak piękną noc, która jednoczy. A tym bardziej po środowym spotkaniu z Papieżem, kiedy po raz ostatni ukazał się w oknie swego apartamentu, błogosławiąc i pozdrawiając wszystkich pielgrzymów stojących na placu św. Piotra. Nikt z wpatrujących się wtedy w Jana Pawła II nie wierzył, a nawet nie myślał o pogorszeniu się stanu Jego zdrowia, nie mówiąc już o śmierci. Zapewne dlatego w nocy z piątku na sobotę przed Bazyliką św. Piotra w Rzymie tak nagła wiadomość o pogarszającym się zdrowiu okryła smutkiem serca i zgromadziła tylu ludzi, a wśród nich i mnie.
Początkowo z niedowierzaniem podchodziłem do każdej informacji o stale pogarszającym się zdrowiu Papieża, ale gdy przybyłem na plac, uświadomiłem sobie, że rzeczywiście mogą to być ostatnie godziny ziemskiego życia Jana Pawła II. Co było tak dziwne w tym wszystkim? Może to, że nie zastanawiałem się, jak to będzie, kiedy Go zabraknie. Co się stanie, jaka będzie reakcja ludzi i świata? Wręcz przeciwnie. Zamiast wybiegać w przyszłość, wróciłem do przeszłości. Czas smutku, skupienia, ale i czuwania przy Pasterzu Kościoła powszechnego był dla mnie możliwością refleksji nad moimi, jakże pięknymi, spotkaniami z Nim!
Było ich wiele. Czy to na samym placu św. Piotra, kiedy wdrapawszy się na barierkę, po raz pierwszy w życiu spotkałem i dotknąłem Ojca Świętego, albo gdy w Roku Jubileuszowym pielgrzymowaliśmy do Rzymu, albo gdy z Rodziną Radia Maryja dane mi było podejść do Jana Pawła II. A nawet przed nowicjatem, gdy Papież przejeżdżał tuż obok nas i nam błogosławił. I w Polsce, kiedy jako malutkie dziecko, płacząc, pytałem rodziców: Czemu ten człowiek w białej sukni nie może zostać na dłużej?
Tyle doświadczeń, tyle słów i wysłuchanych kazań Ojca Świętego, jednak żadne spotkanie nie przemówiło do mnie bardziej niż ta noc modlitwy, która poprzedzała odejście Jana Pawła II do jedynego Ojca w niebie.
Jaki paradoks – śmierć Papieża jako najmocniejsze i najgłębsze spotkanie z Nim. Ponieważ jestem dzieckiem pontyfikatu Karola Wojtyły, wybranego na Następcę św. Piotra, zaczynam powoli rozumieć, jaki cel wytycza mi Bóg, pozwalając żyć w tych czasach. Poznaję, w jakim kierunku mam iść i z kogo mam brać przykład. Ojciec Święty zostawił nam wiele cennych wskazówek, jak żyć i postępować. Przez proste „Totus Tuus” tyle dał światu. Przez życie ukochał, przez umieranie rozmodlił, a przez śmierć zjednoczył świat.
