Nie płacz, wszystko będzie dobrze…
Całe moje dorosłe życie to okres pontyfikatu Jana Pawła II. Dziś odczuwam i pragnę wyrazić ogromną wdzięczność za ten niezwykły dar Bożej Opatrzności. Śmiało mogę powiedzieć, że Ojciec Święty ukształtował mnie i moją rodzinę, sprawił, że odnaleźliśmy w życiu cel i sens.
W 1978 roku, gdy Papież Jan Paweł II rozpoczynał swój pontyfikat, ja zaczynałam studia. Był to czas pełen nadziei, choć trudny. Nasza wspólna droga z moim przyszłym mężem rozpoczęła się właśnie od pielgrzymek do Rzymu, do Ojca Świętego, w 1982 roku. Już wspólnie przeżywaliśmy drugą pielgrzymkę do Polski w 1983 roku. Założyliśmy rodzinę, urodziły się nasze dzieci. Pielgrzymki w 1987 i 1999 roku wlewały w nasze serca radość i nadzieję, pomagały pokonywać codzienne trudności. Tak się szczęśliwie złożyło, że nasza praca miała charakter bezpośredniego zaangażowania w życie Kościoła. Niestety, po około dziesięciu latach nasze małżeństwo dotknął poważny kryzys. Później odkryłam, że każdy kryzys – to kryzys wiary. I tak było w istocie. Ja przeżywałam wtedy silną depresję. Wszelka pomoc ludzka była nieskuteczna. Pewnego dnia włączyłam jedną z kaset z homiliami Ojca Świętego, których miałam sporo. Tak na chybił trafił, od środka. I oto słyszę mocny głos: „(…) ale proszę was, nie zamykajcie się na Ducha Świętego! Nie zamykajcie się!”. To była iskra, to był moment zwrotny – moment mojego przebudzenia, od którego wszystko zaczęło się zmieniać. Poszłam do spowiedzi. I tu znów ksiądz zaczął mi mówić o Duchu Świętym, który przychodzi, gdy jest przyzywany, przychodzi z pomocą naszej słabości. Zbieg okoliczności? Przypadek? Zadziwiło mnie to i zastanowiło!
Trafiłam do jednej ze wspólnot naszej parafii. Tu zaczęłam odzyskiwać nadzieję, chęć życia i poczucie sensu. To tutaj – jakby po raz pierwszy – usłyszałam, że Chrystus mnie kocha, że jest przy mnie w każdej chwili, w każdej sytuacji i kocha mnie taką, jaką jestem. Usłyszałam, że „żyjemy dla Pana i umieramy dla Pana…”. Te słowa Dobrej Nowiny wyzwalały, oczyszczały, leczyły. Dostrzegłam swoje grzechy, błędy, które popełniłam. Na rekolekcjach z ufnością oddałam Jezusowi całe swoje życie – przed Najświętszym Sakramentem – prosząc, aby poprowadził mnie i moją rodzinę. To był moment mojego powtórnego narodzenia. „Życie zostało mi na nowo darowane”. Dodatkowo w tym czasie przypadał właśnie Rok Rodziny… Zadziwiające, że akurat w tym trudnym dla nas okresie ukazał się „List do Rodzin”, w którym Ojciec Święty pisał, że rodzina ma w sobie dość siły, by podnieść się z kryzysu – oczywiście mocą Boga.
Uczyłam się od nowa modlitwy. Innej, dojrzalszej, bo w cierpieniu. Zaczęłam uczyć się mówić „Amen” w sytuacjach trudnych, których nie chciałam. Przyjmowałam je w duchu wynagrodzenia, ofiary i pokuty. Nie było to łatwe, ale widziałam sens takiej drogi. Bardzo pomogły mi słowa Ojca Świętego z Bydgoszczy z 1999 roku o codziennym męczeństwie. Skojarzyły mi się one ze słowami o. Jacka Salija, usłyszanymi już wcześniej w Radiu Maryja: „(…) czymś o wiele większym niż czynienie dobra jest znoszenie cierpienia, którego można by uniknąć”. I istotnie był to czas, w którym cały mój wysiłek koncentrował się na przeżywaniu trudnej codzienności.
Rosły nasze dzieci. Kochaliśmy je. To one nas mobilizowały, by szukać wyjścia z impasu. Starałam się przede wszystkim o to, aby pokazać im wiarę – najcenniejszy skarb w życiu. Mąż czynił podobnie – tu byliśmy zgodni – i to chyba nas ocaliło. Kiedy Ojciec Święty przyjeżdżał do Polski, starałam się być z dziećmi jak najbliżej Niego, aby i one Go poznały i pokochały. Wsłuchiwałam się w każde Jego słowo. Sam Ojciec Święty stał się zaś dla mnie skałą i mistrzem, ale przede wszystkim najbliższym przyjacielem.
Kiedyś nawet przyśnił mi się bardzo wyraźnie. Pamiętam, był to dla mnie czas smutku i osamotnienia, kiedy zupełnie nie potrafiliśmy się z mężem porozumieć. Zasnęłam, płacząc. I wtedy właśnie śniło mi się, że idę nocą ulicą i płaczę, aż tu nagle On sam wyłania się zza rogu, w swojej białej sutannie, idąc mi naprzeciw, przytula ciepło, po ojcowsku, głaszcze po głowie i mówi swoim dobrym głosem: „Nie płacz, wszystko będzie dobrze…”.
Odtąd ten obraz pocieszał mnie zawsze skutecznie.
Aby bliżej poznać naukę Ojca Świętego, naukę Kościoła, aby poznać i bardziej umiłować Chrystusa, zaczęłam studiować teologię (aby wzmocnić to skrzydło „rozumu…”). Nie spodziewałam się zupełnie, że będzie mi dany tak piękny czas studiów. To również zadziwiający dar Bożej łaski.
Dziś, choć dawne trudności w małżeństwie minęły, to jest jeszcze dużo do zrobienia w odbudowywaniu wzajemnej jedności. Piszę tu o sobie, ale wiem, że mój mąż przeżywał ten trudny czas podobnie, a Ojciec Święty był również i dla niego mocą i oparciem, także inspiracją wielu zawodowych działań.
Dziękuję jednak Bogu za te wszystkie trudne doświadczenia, gdyż dzięki nim odczuwamy (paradoksalnie) – wspólnie z mężem i już dorosłymi dziećmi, iż rzeczywiście „moc w słabości się doskonali!”. Pomaga nam to odkrywać moc Ewangelii, moc modlitwy, moc Różańca. Pomaga nam uczyć się wciąż na nowo zawierzenia Maryi, zawierzenia Bożemu Miłosierdziu. A to wszystko przecież jest darem i dziedzictwem Ojca Świętego.
Ukochany Ojcze Święty!
Dziękujemy Ci za to, że przez te wszystkie lata byłeś naszym nauczycielem, najukochańszym przyjacielem. To Ty ratowałeś naszą rodzinę, nadawałeś cel i sens naszemu życiu, kierując wciąż nasze serca ku Jezusowi i Maryi. Uczyłeś nas małżeńskiej i rodzinnej miłości.
