Mądrzy będą świecić jak blask sklepienia

Kazanie wygłoszone w Katedrze Polowej podczas Mszy św. pogrzebowej śp. Jacka Karpińskiego
26.02.2010 r.



W języku religijnym i filozoficznym często spotykamy się ze słowem nieśmiertelność. Gdy mówimy o nieśmiertelności, najczęściej mamy na względzie wieczne trwanie człowieka po śmierci. Bardzo często spotykamy stwierdzenie mówiące, że człowiek żyje tak długo, jak długo trwa pamięć o nim po jego śmierci. Śp. Jacek Karpiński zostawił nam testament jako żołnierz i naukowiec, który przechodzi do historii nauki jako pionier w opracowaniu technologii mikrokomputerowych. Nieśmiertelnymi są jego osiągnięcia techniczne. Tego rodzaju nieśmiertelność miał na myśli natchniony autor Księgi Syracha, który napisał:
„Wychwalajmy mężów sławnych. (…) Niektórzy z nich zostawili imię, tak że opowiada się ich chwałę”
(Syr 44, 1.8). To jeszcze nie wszystko. Człowiek jest nieśmiertelnym nie tylko w pamięci swoich bliskich, nie tylko przez swoje wiekopomne czyny. Jest nieśmiertelnym dzięki posiadaniu duszy duchowej, a więc niezniszczalnej, nieśmiertelnej. Co więcej, Bóg chciał, aby ta nieśmiertelność była dla człowieka szczęśliwą.

„Życie nasze zmienia się, ale się nie kończy i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdziemy przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”.
Jeżeli będzie mieszkanie, to znaczy, że każdy, kto je zajmie, także musi żyć wiecznie, inaczej byłoby to nieporozumieniem. W Piśmie Świętym znajdujemy wiele wypowiedzi zapewniających nas, że życie ludzkie zmienia się, ale się nie kończy:
„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”
(J 11,25).

Człowiek buduje i kształtuje swoje życie tutaj na ziemi. Siła, moc, natężenie jego miłości do Boga i bliźniego stanowi o jakości życia doczesnego i jego dalszego ciągu w wieczności. Nie jest bowiem tak, iż życie wieczne to jakiś całkowicie niezależny, odseparowany dodatek, coś bez związku z doczesnym, ziemskim życiem i jego dorobkiem. Życie wieczne jest kontynuacją, chociaż inną, życia ziemskiego.

Gromadzimy się wokół doczesnych szczątków śp. Jacka Karpińskiego, który uważał, że jeśli wyszedł żywy z tego, co mu się zdarzyło podczas wojny, nic gorszego stać się już nie może. Charakter miał po rodzicach – matka, lekarka, dr Wanda Czarnocka, znakomita narciarka, miała urodzić Jacka na Mont Blanc, urodziła Go pod Mont Blanc, jako miejsce urodzenia odnotowano Jackowi oficjalnie Turyn. Ojciec, konstruktor lotniczy, znakomity alpinista, zginął na Nanda Devi, podczas pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, w 1939 roku, brat – w Tatrach, w roku 1957. Jacek po swoich przejściach uważał swe życie za prezent od losu.


Do Szarych Szeregów wstąpił w 1941 roku jako 14-latek. Był wyrośnięty, więc podawał się za starszego. Robiliśmy tzw. mały sabotaż. A to zamalowaliśmy swastykę, a to namalowali na murze polską flagę. No i nałogowo wybijaliśmy szyby w sklepach przeznaczonych tylko dla Niemców. To były wielkie szyby, dwa na dwa metry
– wspominał z rozmarzeniem.
Jacek robił też petardy i rzucał niemieckim wartownikom pod nogi. – Byliśmy zachwyceni, jeśli wartownik wrzasnął ze strachu –
dodawał dalej.

Z czasem przyszły poważniejsze zadania. Jacek ukończył kursy i został instruktorem wielkiej dywersji i sabotażu. Wysadzał z przyjaciółmi pociągi i mosty. W sierpniu 1943 roku rozbijał niemiecki posterunek w Sieczychach nad Bugiem. Ściskał w dłoniach niemiecki pistolet maszynowy Schmeisser. To była broń dobra, ale delikatna i się zacinała…
Niemiecki posterunek został zdobyty, ale za ogromną cenę. Bo w czasie szturmu poległ legendarny przywódca Szarych Szeregów Tadeusz Zawadzki
„Zośka”. – On jeden jedyny zginął. Widziałem, jak go wynoszą i ładują na wóz. Szedłem obok. Kiedy ręka „Zośki” bezwładnie zwisła z wozu, to ją poprawiłem. Za chwilę się to powtórzyło, znowu poprawiłem. A „Brom”, nasz lekarz oddziałowy, odzywa się: „Jacek, jemu już jest wszystko jedno”. Wtedy dopiero sobie uświadomiłem, że „Zośka” nie żyje – wspominał Jacek.

Po drodze harcerze z Szarych Szeregów ustawili się w dwuszeregu na polanie. – „Zośka" leżał przed nimi. Andrzej
"Morro", który dowodził, wystrzelił raz z pistoletu w górę. I to było ich wzruszające pożegnanie…
Jacek był w AK dowódcą 6-osobowej sekcji. Drugą sekcją w drużynie dowodził jego przyjaciel Krzysztof Kamil Baczyński. Jacek woził z kolegami broń, sprytnie ukrytą w butlach spawalniczych. Brał udział w rozpoznaniu m.in. przed słynnym zamachem na esesmana i zbrodniarza Franza Kutscherę. Pod Urlami i Celestynowem chłopak tkwił przez całe noce przy torach kolejowych, rozpoznając ruch niemieckich patroli przed akcją wysadzania pociągów.

– Wierzę w Opatrzność Boską. Wiele razy wyszedłem z opresji, choć właściwie nie powinienem. Raz przy torach wyczuł mnie pies. Szczekając, dociągnął wartowników o kilkanaście kroków ode mnie. A jednak tuż przede mną Niemiec powiedział: „Głupi pies, na pewno wyczuł zająca”. I zawrócili –
wyznał Karpiński.
O ryzyku, które podejmował Jacek, wiedziała jego mama Wanda. Tato już wtedy nie żył. Oboje rodzice Jacka byli odznaczeni krzyżami Virtuti Militari za bohaterstwo w wojnie polsko-bolszewickiej. Mama komentowała: „Jacek, to jest twój obowiązek, idź”. Przed akcją przytulała mnie, całowała w czoło i upominała: „Tylko wracaj!” – wspomina Jacek.

Pierwszej nocy powstania warszawskiego Jacek dostał postrzał w kręgosłup. To kolejny cud, że przeżył, bo dziurę wlotową miał w połowie pleców. Pocisk przeszedł między wyrostkami kręgosłupa i uszkodził tylko korzonki nerwowe. Był sparaliżowany. Po wojnie długo chodził o dwóch laskach. Ale może właśnie dlatego ubecy dali mu spokój w najgorszym okresie, kiedy większość jego przyjaciół z „Zośki” zostało aresztowanych. Powsadzali ich do ciupy, do kamieniołomów, a niektórych ubili od razu, jak „Anodę”.

Znał dobrze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. O nim tak wspominał: Byliśmy razem w plutonie „Alek”. To był wspaniały chłopak. Sądzę, że przeczuwał, że nie przeżyje tej wojny. Podchodził do wszystkiego z dystansem, był bardzo melancholijny. Komenda Główna proponowała mu pracę w sztabie, ale on chciał do Grup Szturmowych. Powiedział, że chce być w prawdziwym wojsku. Czasem jak siedzieliśmy na dyżurze dwanaście albo dwadzieścia cztery godziny i nudziliśmy się, pisaliśmy razem głupie wierszyki, on zwrotkę, ja zwrotkę. Zupełnie inne to były czasy.

W 1951 roku Jacek skończył politechnikę i dostał nakaz pracy w laboratorium Polskiego Radia. – Zgłosił się, a następnego dnia przylatuje kadrowa z pianą na gębie. I wrzeszczy:
"Co tu robi ten dywersant! To sabotaż! Wróg ludu się tu zakradł, won mi stąd!”. Za dwa tygodnie dostał nowy nakaz do zakładów Kasprzaka. Historia powtórzyła się tak samo trzykrotnie.

Kiedy w końcu zaczął pracować, był prześladowany, w zakładzie nachodzili go ubecy. Odetchnął dopiero po trzech latach, w Polskiej Akademii Nauk. Zbudował tam maszynę AAH do prognoz pogody, czy AKAT-1, pierwszy na świecie tranzystorowy analizator równań różniczkowych.

W 1959 roku Polska Akademia Nauk przedstawiła jego kandydaturę do konkursu UNESCO dla młodych naukowców. Jacek wygrał: zdobył jedno z sześciu stypendiów na dwustu kandydatów. Poszedł na Harvard. A po zakończeniu stypendium dostał propozycje pracy na uczelniach w USA. Jednak uparł się, żeby pracować dla Polski.

Niestety, na polskich uczelniach zamiast naukowców rządzili już komunistyczni aparatczycy. Karpiński robił kolejne genialne maszyny liczące, które pozostawały prototypami. Kiedy zaprojektował minikomputer K-202, zebrała się komisja, która orzekła, że to nie może działać. Bo gdyby było technologicznie możliwe upchnięcie komputera w takiej małej, mieszczącej się na stole skrzynce, Amerykanie już dawno by to zrobili.

Dzięki uporowi Jacka udało się jednak ruszyć z produkcją K-202. Pieniądze dała brytyjska firma, ale produkcja odbywała się w Polsce. Powstało pierwszych 30 komputerów. Miały wspaniałe parametry. Pracowały z szybkością miliona operacji na sekundę, czyli szybciej niż pecety 10 lat później. Miały 150 kilobajtów pamięci, podczas gdy produkowane wtedy w ELWRO we Wrocławiu wielkie jak szafy komputery Odra-1204 miały tylko 48 kilobajtów. W dodatku Karpińskiego K-202 były dziesięć razy tańsze. Robiło je 200 osób, podczas gdy przy
produkcji "Odry" robiło 6 tys. ludzi.

Być może Pan Jacek stał się zagrożeniem dla jakiegoś wpływowego środowiska. Twierdzi, że w 1973 roku kierownictwo ELWRO spotkało się w jego sprawie z PRL-owskim dygnitarzem Piotrem Jaroszewiczem. Uczestnik tego spotkania przekazał mu, że padły tam słowa: „Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim, bo on nas zniszczy ekonomicznie”.
Jaroszewicz mówił: „Dobrze, ja go załatwię". Później osobiście napisał na jego teczce w biurze paszportowym:
„Nie wydawać paszportu. Powód: sabotażysta i dywersant gospodarczy”.

Wkrótce Pan Jacek został wyprowadzony pod karabinami z zakładu, którym kierował. 200 komputerów, które były w trakcie produkcji, zniszczono. Karpińskiemu pozwolono wykładać tylko w Instytucie Przemysłu Budowlanego Politechniki, nie w jego specjalności. Nie mógł też wyjechać do świetnej pracy w USA.

W 1978 roku Pan Jacek przeniósł się na wieś, na Mazury. Hodował kury, świnie i krowę. Tam w 1980 roku, po wybuchu „Solidarności”, odnaleźli go dziennikarze. I zapytali, dlaczego sławny konstruktor komputerów zajął się rolnictwem.
„Bo wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami” – odpalił Karpiński. Cała Polska zobaczyła to w telewizji.

Wtedy wreszcie pozwolono mu wyjechać do Szwajcarii. Wrócił jednak w 1990 roku do Polski. Nasz niedoszły Bill Gates chciał tu produkować skaner własnej konstrukcji. W Szczytnie powstała pierwsza partia 500 egzemplarzy, były dalsze zamówienia. Karpiński wziął kredyt w BRE Banku, którego zabezpieczeniem był jego dom w Aninie. Niestety, genialni naukowcy nie zawsze są geniuszami w sprawach biznesowych. Kiedy Pan Jacek zgłosił się po drugą transzę kredytu, dowiedział się, że jego dom był zabezpieczeniem tylko dla pierwszej transzy… Karpiński nie mógł więc uruchomić produkcji, a już musiał zacząć spłacać kredyt. Stracił wszystko. Dom z pamiątkami rodzinnymi rozjechał buldożer. A Karpiński do ostatniego dnia oddawał tamten dług z emerytury.

Nie załamał się jednak. Skonstruował wraz z synem Danielem skaner dla audytorów, którzy sprawdzają księgi rachunkowe.

We Wrocławiu mieszka Daniel, syn Pana Jacka, który codziennie odwiedzał Tatę za życia w jego skromnym mieszkanku. Pan Jacek Karpiński mówił zawsze z wielką czułością o nim, o swojej córce Dorocie z Warszawy, synu Adamie mieszkającym w Szwajcarii i o najmłodszym Sylwanie, który pracuje i uczy się w Kanadzie.

Zdradził też swoje ostatnie zainteresowania życiowe: Niedawno wróciłem do pracy nad rozpoznawaniem przez komputer mowy ludzkiej i zapisywaniem jej w sensowny sposób. Jeśli wszystko będę musiał robić sam, to potrzebuję jeszcze ze czterech latach. Ale jestem już bardzo blisko rozwiązania.

Żegnamy dzisiaj człowieka geniusza, wielkiego Polaka i patriotę, którego nazwisko jest znane głównie pasjonatom informatyki i kolegom z MERY i ERY. Jego największe osiągnięcia przypadały na okres komunizmu w Polsce. To był czas bardzo trudny dla takich indywidualności jak on. Po latach stał się pierwowzorem bohatera powieści
„Lot ku ziemi” Romana Bratnego: „Człowiek, który nie chciał, aby ktokolwiek deptał mu po głowie, jak powiedział, wybierając sobie mieszkanie na najwyższym piętrze.(…)To, co zadecydowało o wszystkim na zawsze: udział. To była jego obsesja: brać udział, być”.

W dniu pożegnania zapewne w naszych umysłach pojawia się pytanie: czy przypadkiem trud i wysiłek śp. Jacka Karpińskiego nie był pusty i bezsensowny, skoro tyle pracy, a nic w zamian? Możemy tak sądzić wychodząc ze starego pytania Koheleta:
„Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem?” Zastanówmy się jeszcze raz: po co tyle pracy, tyle wytrwałości, tyle wierności? Zapewne niemało jest naszych prac które są niezauważane, ale jeżeli motywem tych trudów jest dobro innych, które ofiaruje im wolność, postęp, to taki wysiłek ma wartość i sens. Cenna jest praca śp. Inżyniera którego dzisiaj żegnamy i wydaje się, że jego trud nie został odwzajemniony. A jednak zawsze znajdzie się serce, które będzie drżało na myśl ofiary i osiągnięć naszego wybitnego Rodaka.

Drodzy Uczestnicy ceremonii pogrzebowej!

Dzisiaj oddajemy hołd śp. Jackowi Karpińskiemu, ale przede wszystkim oddajemy prawdę, która należna Mu była przez ciemne lata komunizmu, kiedy Polska, która nie była wolnym krajem, zapomniała o swoich Synach, którzy bronili jej suwerenności i niepodległości.

Wierzymy i modlimy się dzisiaj, by dobry Bóg, Sędzia sprawiedliwy, za jego życie, które poświęcił naukowym sprawom, obdarzył Go wieńcem sprawiedliwości.
Wszystko co przeżyłeś, wszystko co przecierpiałeś, dzisiaj wszystko wydaje się łatwe do przebycia…

My straciliśmy bardzo wiele, a niebieskie koła naukowe zyskały bardzo wiele…
Żyj i konstruuj nadal już w domu Ojca Niebieskiego, Panie, Inżynierze…

Amen.

ks. bp. Tadeusz Płoski
Biskup Polowy Wojska Polskiego

drukuj