A duchy ich wracały do wolnej Ojczyzny…

Kazanie Biskupa Polowego Wojska Polskiego wygłoszone w archikatedrze w Przemyślu w 70. rocznicę „Wywózek na Sybir”



Liturgia dzisiejszej niedzieli jaśnieje blaskami Przemienienia Pańskiego, które jest zapowiedzią Jego zmartwychwstania oraz zadatkiem zmartwychwstania chrześcijanina. Bóg zawiera przymierze z Abrahamem i w ten sposób związuje się obietnicą wierności. Na górze Tabor Bóg objawia swoją chwałę, do uczestnictwa w której zaprasza także nas. Jako uczniowie Chrystusa jesteśmy podobni do Abrahama – jesteśmy ludźmi obietnicy. Trzeba tylko, abyśmy jak Abraham wyruszyli w drogę. Jeśli zaufamy Bogu i podążymy drogą, na którą On nas zaprasza -doświadczymy przemiany. Idąc nią, upodabniamy się do Tego, w kogo się wpatrujemy. Wpatrujmy się w Jezusa, Jego słuchajmy, a będziemy tacy jak On – bo Bóg jest Bogiem wiernym.

Czas Wielkiego Postu to nie tylko czas odkrywania wartości wyrzeczenia, doskonalenia siły woli, sięgania po wartości wyższe rezygnując z niższych. Czas Wielkiego Postu to czas intensywnego doskonalenia modlitwy, czyli osobistego kontaktu z Bogiem. Nie chodzi o zwiększenie liczby pacierzy, lecz o usłyszenie przemawiającego Boga. Istnieje bowiem zasadnicza różnica między pacierzem a modlitwą. W pacierzu człowiek mówi, a Bóg słucha, a w modlitwie Bóg mówi, a człowiek słucha. Już samo usłyszenie Boga jest wielkim wydarzeniem w życiu człowieka, nie mówiąc o tym, jak wielkim bogactwem staje się treść Bożego słowa, choćby ono było tak zwięzłe jak wezwanie: „Jego słuchajcie”. Dostosowanie życia do tego jednego wezwania może je całkowicie przemienić.

Centrum Kulturalne w Przemyślu wraz z Przemyskim Stowarzyszeniem Rekonstrukcji Historycznej jest organizatorem wielkiej rekonstrukcji historyczno-teatralnej związanej z 70. rocznicą
„Wywózek na Sybir". Pobyt naszych Rodaków na tej nieludzkiej ziemi to prawdziwa współczesna golgota, czas trudnego do wypowiedzenia cierpienia, etap w dziejach naszego narodu naznaczony potwornym głodem, chorobami i utratą wielu naszych Najbliższych, którzy zostali tam na zawsze.

10 lutego 1940 roku – to druga data – po sowieckiej agresji 17 września 1939 roku, która głęboko zapadła w pamięci mieszkańców Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej. 70 lat temu, o świcie, rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana
"przesiedleniem". Objęła ponad 220 tys. ludzi – urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Wywiezieni trafili do północnych regionów ZSRS, w okolice Archangielska oraz do Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komli. Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 roku, na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 do 2 milionów Polaków.

Przeprowadzoną 10 lutego 1940 roku akcję eksterminacyjną, której celem było wyniszczenie Polaków, przygotowano dużo wcześniej w sposób bardzo szczegółowy. Uchwałę o wysiedleniu z „zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej SRS” „osadników” (czyli polskich mieszkańców tych ziem II RP) Rada Komisarzy Ludowych ZSRS podjęła już 5 grudnia 1939 roku. Dwa tygodnie później (22 grudnia) podobną decyzją objęto również pracowników służby leśnej.

Czym Polacy „zawinili”? Otóż Sowieci uznali, iż wiernie służyli oni rządowi „burżuazyjnej Polski” i zostali przygotowani (przez II Oddział Sztabu Głównego WP) na wypadek konfliktu z ZSRS do działania w charakterze
„dywersantów”, „szpiegów” i „terrorystów". „Grzechem” Polaków była również (jeśli nie przede wszystkim)
„aktywna walka z władzą sowiecką w 1920 roku", „wykorzystywanie pracy najemnej”, „wrogie wypowiedzi pod adresem ZSRS”, „rozprawianie się z prostymi chłopami, którzy rąbali pański las”, „przejście na katolicką wiarę”.
W ten sposób – jak pisze wybitny znawca tematu, prof. Albin Głowacki w książce „Sowieci wobec Polaków na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej 1939 – 1941” – „władze bezpieczeństwa ZSRS otrzymały „prawną” podstawę do rozpoczęcia przygotowań do wywózki. Odpowiednie wskazówki w tej sprawie przekazał 19 i 25 XII 1939 r. Berii również
Stalin"
. Decyzja zapadła zatem na najwyższym szczeblu sowieckiego państwa.

Wywózka była pełnym zaskoczeniem. Nikt nie wiedział, dlaczego i dokąd jest wywożony. Dla jednych oznaczało to szybką śmierć, dla innych wieloletnie (często dożywotnie) pozostanie na nieludzkiej ziemi.

„Mróz dochodził nawet do minus 42 stopni C. Do otoczonych domów (mieszkań) osób przewidzianych do zsyłki załomotali uzbrojeni funkcjonariusze NKWD. Nierzadko asystowali im cywile – przedstawiciele lokalnych władz. Wtargnąwszy do wewnątrz, spędzali wyrwanych ze snu domowników w jedno miejsce, pozwalali im ubrać się, ustalali ich personalia i rozpoczynali szczegółową rewizję domu i obejścia, rzekomo w poszukiwaniu broni i ewentualnie ukrywających się ludzi (przy okazji zdarzało się im ukraść co cenniejsze przedmioty, zabrać dokumenty, fotografie itp.). Mężczyzn unieruchamiali pod uzbrojoną strażą, by nie mogli czynnie przeciwstawić się bezprawiu. Następnie (bądź od razu) odczytywali (komunikowali) decyzję o przesiedleniu, od której nie było odwołania. Na pytanie dokąd – odpowiadali ogólnikowo, wymijająco lub kłamali, że będzie to np. miejsce urodzenia rodziców, inne gospodarstwo, inny rejon czy obwód. Niekiedy mówili, że chodzi o wysiedlenie ze strefy wojennej (?), że rodzinę przewozi się do ojca (aresztowanego!). Sporadycznie informowali jednak, że zesłańcy nigdy już tu nie powrócą, że jadą do pracy w lesie. Zdarzały się też uspokajające „wyjaśnienia”: oto władza sowiecka przesiedla ich, ponieważ grozi im „niebezpieczeństwo ze strony miejscowej ludności”, zawinione przez rząd polski, który „nieudolnie współpracował z ludnością ukraińską”, że wyjazd jest konieczny, gdyż mieszkają zbyt blisko od granicy itp. Na spakowanie się i przygotowanie do wyjazdu pozostawiono przeważnie niewiele czasu” (A. Głowacki).

Wyrwani niespodziewanie z domowego zacisza podczas wyjątkowo srogiej zimy musieli zostawić cały dorobek życia. Enkawudziści nie mieli litości. Kobiety, malutkie dzieci, niedołężni starcy, chorzy zapełnili stacje kolejowe. Potem przez kilka tygodni podróż w wagonach do przewozu bydła – o głodzie i chłodzie przebywali liczącą tysiące kilometrów drogę na północ – na Syberię.

Według przygotowanych odgórnie wytycznych wywożeni mogli zabrać ze sobą trochę odzieży i przedmiotów codziennego użytku (np. naczynia kuchenne), żywność (miesięczny zapas na rodzinę), pieniądze (bez ograniczeń) i kosztowności, przy jednym wszak zastrzeżeniu – waga wszystkiego nie mogła przekraczać 500 kg na rodzinę.

„Bywało, że [enkawudziści – red.] nie pozwolili zabrać żadnego dobytku, ani żywności, lecz tylko kilka osobistych rzeczy. Twierdzili, że wszystko, co potrzebne, wysiedleńcy jakoby otrzymają po przybyciu na nowe miejsce bądź, że dośle się tam ich dobytek”
(A. Głowacki).

Majątek „przesiedlonych” miał przejść na własność kołchozów, szkół i szpitali, w rzeczywistości wszystko przejęło państwo, czyli sowiecki aparat. W ten sposób rzekomo
„wyzwolony lud pracujący ukraińskich i białoruskich miast, i wsi” nie uzyskał z akcji żadnych profitów. Do opustoszałych polskich miast i wiosek sprowadzano m.in. Rosjan ze Wschodu i Łemków z okolic Sanoka.

Przejazd na stację kolejową, na zarekwirowanych saniach lub furmankach, pod eskortą NKWD, trwał często cały dzień. Potem ładowano ludzi do bydlęcych wagonów (po 35-50 osób w jednym). Zmarłych grzebano lub po prostu pozostawiano na najbliższym postoju. Po dwóch-czterech tygodniach pociągi docierały do rozrzuconych w tajdze lub stepie specjalnych osiedli (specposiołków, czyli łagrów, gułagów), zarządzanych przez NKWD. Oddalone od innych siedzib ludzkich zazwyczaj składały się z kilku-kilkunastu bliźniaczo podobnych baraków.

Pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii – pozbawieni wszelkich praw
"wrogowie ludu" i "burżuje". NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: „Polski już nigdy nie będzie”.

Jadący na Sybir nasi rodacy ułożyli w wagonach balladę, w której są słowa:

Ojczyzno nasza, ziemio ukochana,

W trzydziestym dziewiątym cała krwią zalana.

Nie dość, że Polskę na pół rozebrali,

To jeszcze Polaków na Sybir wygnali.

Dziesiąty luty będziem pamiętali,

Gdy przyszli Sowieci, myśmy jeszcze spali,

I nasze dzieci na sanie wsadzili,

Na główną stację wszystkich dowozili.

O, straszna chwila, o, straszna godzina,

Rodząca swoich bólów zapomina,

Ale Wam powiem, nie zapomnę chwili,

Gdy nas w ciemny wagon jak w trumnę wsadzili.

O, żegnaj, Polsko, żegnaj, chato miła,

O, żegnaj, ziemio, któraś nas karmiła,

Żegnaj, słoneczko i gwiazdy złociste,

My odjeżdżamy z tej ziemi ojczystej.

Cztery dni polską ziemią my jechali,

Lecz żeśmy ją tylko przez szpary żegnali.

W piąty dzień sowiecka maszyna ryknęła,

Jakby każdego sztyletem przeszyła.

Mijają doby, tygodnie mijają,

Raz na dzień chleba i wody nam dają,

Mijamy Rosję i góry Uralu

I tak jedziemy wciąż dalej i dalej.

Czwartego marca stanęła maszyna

I tak już transport z nami się zatrzymał,

Jedziemy autem, a potem saniami,

Przez śnieżną tajgę, rzekami, lasami.

Oj, smutna była nasza karawana,

„kipiatku” z chlebem dali nam co rana,

Dzieci zmarznięte z sani wypadają,

A na noclegach umarli zostają.

O, Polsko piękna, ziemio nasza święta,

Gdzie Twoje syny, gdzie Twoje orlęta?

Dzisiaj w sybirską tajgę przyjechali.

Czy będziem Ciebie kiedy oglądali?

Słoneczko złote smutno nas witało,

Gdy do baraku rano zaglądało.

Dwie białe trumny sosnami ubrane,

Nad nimi matki klęczą zapłakane.

Jesteśmy sami, straż nas zostawiła,

bo cóż tu będzie koło nas robiła?

Świat nam zamknęli, wszędzie lasy, drzewa,

Nawet ptaszyna nam tu nie zaśpiewa.

Zima, śniegi straszne, w lesie ciężka praca,

Głód i tęsknota bardzo nas przygniata,

Tyfus okrutny wśród ludzi się szerzy,

Co dzień to więcej pod sosnami leży.

I przyszła wiosna, słońce zajaśniało,

Lecz u nas wcale nie poweselało,

Tylko po lesie słychać głos płaczący:

„O, Jezu Chryste, w Ogrójcu mdlejący!”.

Polska Królowo, zlituj się nad nami,

Nad polską ziemią i nad Polakami,

Powróć nas, powróć do ziemi ojczystej,

Królowo Polski! Panienko Przeczysta!


Nie myślał, co się z nim stanie, gdy dołączył na ochotnika do deportowanych przez Sowietów mieszkańców Lwowa. Jedynym jego pragnieniem było nieść pociechę duchową rodakom na zesłaniu. Heroizm ks. Tadeusza Fedorowicza przypomina czyn rotmistrza Witolda Pileckiego, który dobrowolnie dostał się do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, by założyć wśród więźniów organizację konspiracyjną pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej.

Miał 33 lata, czuł się gotowy stawić czoła nieznanej rzeczywistości – bo Chrystus prosił, by iść do ubogich i prześladowanych. Przez Wołoczyska, Kijów, Ufę, Penzę, Czelabińsk na Uralu, Kazań ks. Fedorowicz dotarł do Joszkar-Oły – stolicy Republiki Maryjskiej, położonej po europejskiej stronie Uralu. Stamtąd, już na samochodach ciężarowych, został wywieziony wraz z innymi w sam środek rozległej tajgi, gdzie znajdował się punkt eksploatacji lasów.

Na dużej polanie stały drewniane baraki. Odtąd miało w nich mieszkać 240 osób – 70 chrześcijan i 170 żydów. Księdza zakwaterowano w baraku z żydami. Choć zwracano się do niego
„panie Tadeuszu”, od razu większość współtowarzyszy niedoli poznała, że jest kapłanem. Z początku starał się nie potwierdzać tego faktu, szybko jednak przestał się kryć. Każdy dzień wypełniała mu ciężka praca przy wyrębie drzew, jego zwózce i spławianiu rzeką. Pomimo trudów nie tracił pogody ducha, przyjmując wszystko, co go spotykało, z pokorą. Zachwycał się przyrodą, jej surowym pięknem i majestatem.

Od początku pobytu w puszczy ks. Fedorowicz zaczął odprawiać Msze Święte. Najpierw uczestniczył w nich sam, później zapraszał po kilka zaufanych osób. W ukryciu przed enkawudzistami, pod pretekstem zbierania grzybów czy jagód, schodzili się na polance w lesie, gdzie na małym ołtarzyku z pnia drzewa ksiądz sprawował Najświętszą Ofiarę.
„Uczestnicy Mszy Świętych siadali na zwalonych sosnach jak na ławkach. Było pięciu chłopaczków około dwunastoletnich.(…)Rozstawialiśmy ich między barakami a naszą „kaplicą”, aby pilnowali, czy ktoś nie zbliża się w naszym kierunku. W razie czego mieli wołać: , żebyśmy wiedzieli, że trzeba zamykać nasze zgromadzenie” – wspominał kapłan. Za kielich służył mu srebrny żydowski kieliszek, za patenę spodek od dziecięcej filiżanki. Gdy robiło się zimno, Msze św. odprawiane były w barakach, z zachowaniem wszelkiej ostrożności.

Gdy okazało się, że nie wszyscy Polacy zdążą opuścić Związek Sowiecki razem z armią gen. Andersa, ks. Fedorowicz postanowił zostać, by dalej służyć zesłańcom. Do Polski wrócił dopiero w roku 1944 jako kapelan sformowanej w Sumach 4. Dywizji armii Berlinga. Na zaproszenie Sługi Bożego ks. Władysława Korniłowicza podjął pracę w ośrodku dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. Był cenionym spowiednikiem ludzi młodych oraz regularnym spowiednikiem Ojca Świętego Jana Pawła II, z którym przyjaźnił się jeszcze przed pontyfikatem. Zmarł 26 czerwca 2002 roku w Laskach i został pochowany na tamtejszym cmentarzu.

Do końca swoich dni pozostał pełen miłości i zrozumienia dla każdego człowieka, którego Pan Bóg postawił na jego drodze. – Jego nadzwyczajność wyrażała się w niezwykłej zwyczajności. Zawsze był autentyczny, nikogo nie udawał. To, co wyrażał, było tak czytelne, że nie było wątpliwości, iż tak myśli.

W przestrzeń zesłania skazańcy syberyjscy wkraczali przez symboliczne wrota, na których widniał napis z dantejskiej bramy piekieł: „Kto wchodzi do mnie, żegna się z nadzieją”. Tragiczny los kilku pokoleń Polaków ostatnich stuleci spowodował, że Syberię nazywano „ziemią przeklętą”, „lodowym piekłem”, „krainą, gdzie nie ma nadziei”. W narodowej świadomości kojarzyła się ona zawsze z poniewierką, cierpieniem, tragedią – „nieludzką ziemią” lub „innym światem”.

Najlepiej chyba jednak tę rzeczywistość oddał w poetyckiej refleksji Marian Jonkajtys w wierszu pt. „Co to jest Syberia?”:

Proszą nas – nie tylko młodzi

Ludzie – by im wytłumaczyć,

Co słowo „Sybir”, „Sybirak” –

Naprawdę dziś w Polsce znaczy.

Ich niewiedza – to rezultat

Historią manipulacji

W podręcznikach PRL-u,

Kremlowskiej indoktrynacji.

Pierwszy przykład: o Kołymie

Z podręczników się dowiecie,

Że to rzeka… A to łagry

Zagłady. Największe na świecie!

Drugi fakt: polski Sybirak

To nie Norylska mieszkaniec.

Lecz za to tylko, ze Polak,

W lody Sybiru – zesłaniec!

Bo dla Polski słowo „Sybir”,

Z perspektywy historycznej,

To pojęcie znacznie szersze

Od nazwy geograficznej.

To nie tylko obszar stepów,

Tundry, tajgi, wiecznych lodów;

Od Uralu – na Zachodzie,

Po Kamczatkę – rubież Wschodu…

Nie tylko dziesięć milionów

Kilometrów kwadratowych

Ziemi, w głębi swej kryjącej

Zasób bogactw wyjątkowych:

Złoto, srebro i diamenty,

Nieprzebrane złoża gazu,

Węgiel, ropę, siarkę, uran,

Miedź, boksyty i żelazo!

Dla Polaków – nazwa Sybir

Niesie inne tez znaczenia…

To symbol zesłań, katorg;

Śmierci za Polskę, cierpienia!

W „Świętej Rusi”, naśladując

Niewoli tatarskiej czasy,

Carowie – podbite ludy –

Na Syberię gnali w jasyr!

Tam Sybiru skarby ziemi

Dla Katarzyny-carycy,

Wydzierali kilofami

Pierwsi polscy buntownicy!

Potem – przez lat prawie dwieście –

Za każde Polskie Powstanie,

Czy tylko „zryw ku Wolności”:

Kibitka – Sybir – Zesłanie!

A po 17-tym września,

Po czwartym Polski rozbiorze,

Nie kibitki – a bydlęce

Wagony, na szerszym torze.

I wywlokły na Syberię,

Jak bydło – te wnyki-wagony,

Mężczyzn, kobiet, starców, dzieci –

Z Kresów – prawie dwa miliony!

Tam, im – w łagrach i więzieniach,

W tajdze, w stepach kołchozowych –

Pracą, chłodem, wszami, głodem –

Polskę wybijano z głowy!

Sybir… To historia polskich

Doznań martyrologicznych…

A nie zwykłe określenie

Terenów geograficznych…

To setki tysięcy mogił

Naszych ojców-Sybiraków…

Tych, co padli za Ojczyznę!

Na dwu-wiecznym zesłań szlaku!!!


+ Tadeusz Płoski

Biskup Polowy Wojska Polskiego

Przemyśl, 28 lutego 2010 r.

drukuj