Afera szpitalna wciąż nierozliczona przez rządzących
Trzy miesiące temu były obietnice i zapowiedzi. Dziś nie ma ani przesłuchania Dawida Kacprzyka w związku z aferą w Szpitalu Południowym, ani zapowiadanej reformy wynagrodzeń lekarzy. Rząd zamiast obiecanych zmian zamraża ich wdrażanie, a w kolejnych szpitalach pojawiają się kontrakty sięgające milionów złotych.
Minęły trzy miesiące odkąd opinia publiczna dowiedziała się o patologiach w warszawskim Szpitalu Południowym. To tam 28-letni koordynator SOR i ówczesny działacz KO Dawid Kacprzyk pobierał rocznie ponad 1,5 mln zł wynagrodzenia.
– Prokuratura będzie się interesowała tą sytuacją, tak aby wyjaśnić to absolutnie co do szczegółu – mówił dzień po wybuchu afery premier Donald Tusk.
Dawida Kacprzyka w KO już nie ma, ale po dziś dzień śledczy nie przesłuchali młodego lekarza – milionera. W lipcu – oburzonemu sytuacją społeczeństwu – obóz władzy obiecał pakiet ustaw, który miał zreformować sytuację w szpitalach publicznych oraz zmienić zarobki lekarzy. Premier wyznaczył termin minister zdrowia na przygotowanie przepisów.
– To jest i w interesie pacjentów, i całego systemu ochrony zdrowia. We wrześniu na pewno będziemy widzieli pierwsze efekty – obiecywał wówczas premier.
Pakiet ustaw reformujących ochronę zdrowia miał trafić do Sejmu z początkiem września. Tak się nie stało.
Tymczasem minister zdrowia Jolanta Sobierańska–Grenda poinformowała, że rząd zamraża wdrażanie nowych przepisów.
– Wsłuchaliśmy się tutaj w głosy środowiska i zaproponujemy wejście w życie tej ustawy po 12 miesiącach – mówi.
To de facto oznacza, że jeśli ustawy zostaną nawet uchwalone przez parlament, to nie wejdą w życie najprawdopodobniej do końca 2027 roku, czyli do czasu wyborów. Poseł Razem Marcelina Zawisza uważa, że zarówno rząd, jak i resort zdrowia ulegli presji wpływowego środowiska lekarskiego.
– Nie mamy pieniędzy na to, żeby organizować sensownie badania, które pozwalają zdiagnozować choroby, ponieważ zostały one ograniczone. Będziemy mieli ograniczenia w dostępności do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, ale niech lekarze zarabiają miliony. Przecież to jest postawione na głowie – mówi.
W najnowszej wersji przepisów resort zdrowia proponuje maksymalny czas pracy medyka, który ma odpowiadać dwóm etatom, czyli ok. 320 godzinom miesięcznie. Jest też limit wynagrodzenia – ma wynieść 240 zł brutto za godzinę i maksymalnie około 76 tys. zł brutto miesięcznie. Wyższe wynagrodzenia mają być możliwe tylko dla lekarzy realizujących świadczenia wysokospecjalistyczne.
– Trudno mówić tutaj o pewnych limitach, powinno mówić się po prostu o skalowaniu umiejętności – zauważa b. minister zdrowia, pos. PiS Katarzyna Sójka.
Według byłej minister zdrowia płace w ochronie zdrowia powinny odzwierciedlać umiejętności, doświadczenie oraz ilość specjalizacji, które posiada dany specjalista. Inaczej lekarze zaczną przechodzić masowo do sektora prywatnego.
– Argumentem jest przykład lekarza Kacprzyka, który tych umiejętności w zasadzie nie posiadał, nie miał żadnej specjalizacji, a zaproponowano mu jakieś stawki, które w ogóle w normalnych podmiotach zazwyczaj nie funkcjonują – dodaje.
W międzyczasie, gdy rząd zwleka z reformą, poszczególne szpitale nadal wykorzystują patologie systemu i podpisują horrendalne kontrakty. Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Legnicy podpisał kontrakt z lekarzem na 1,5 roku opiewający na 1,7 mln zł. Z kolei Szpital w Bełchatowie w ostatnich tygodniach podpisał trzy umowy: jedną na 1,2 mln, drugą na 1,5 mln zł, a trzecią na 1,7 mln złotych.
TV Trwam News



