[Jestem w Kościele] Ciekawość to pierwszy stopień do piekła
Ciekawość bywa motorem napędowym dla wielu dobrych rzeczy, choćby odkryć naukowych, ale zarazem może też człowieka zgubić. O tej prawdzie zaświadcza przypisywane św. Bernardowi z Clairvaux powiedzenie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Tym razem jednak chciałbym potraktować to porzekadło dosłownie, gdyż nadmierna ciekawość w sprawach dotyczących zagrożeń duchowych może paradoksalnie sama stać się zagrożeniem.
Ostatnio natknąłem się na wypowiedź jednego z amerykańskich egzorcystów, która dla niektórych może wydawać się szokująca czy wręcz obrazoburcza. Otóż powiedział on, że nie trafiła do niego ani jedna osoba w związku z lekturą czy seansem Harry’ego Pottera, za to zna wiele przypadków dręczeń czy nawet opętań związanych z przesadną ciekawością wywołaną quasi-chrześcijańskimi materiałami dotyczącymi zagrożeń duchowych. Nie przytaczam tych słów, aby jakoś wybielać powieść J.K. Rowling, bowiem trzeba tu oczywiście zachować ostrożność i zdrowy rozsądek, ale aby ukazać fakt, że niezdrowa fascynacja złem, nawet pod płaszczykiem wiedzy, jak go unikać, to realny problem.
Sytuacja staje się jeszcze bardziej klarowna, kiedy uświadomimy sobie, że fala zainteresowania tematyką zagrożeń duchowych w dużej mierze ma swoje początki w ewangelikalnym i pentekostalnym nurcie protestantyzmu. Popularyzowana zwłaszcza za oceanem duchowość nie miała nic wspólnego z tradycją chrześcijańską, skupiając uwagę na rzeczywistości, która owszem, nigdy nie była obca ludziom wierzącym, lecz nigdy nie zajmowała centralnego miejsca. Warto zauważyć, że wywołana w ten sposób ostrożność na zagrożenia duchowe często idzie w parze utratą czujności na „przyziemne” grzechy, a przecież każdy grzech, zwłaszcza śmiertelny, w największym stopniu osłabia relację człowieka z Bogiem. Podobnie rzecz się ma z objawieniami prywatnymi (zwłaszcza nieuznanymi przez Kościół), które analogicznie często wykorzystują ludzką ciekawość i przekierowują uwagę na sprawy drugorzędne, zafałszowując przy tym prawdę.
Niestety ta wypaczona duchowość przesiąknęła na nasz katolicki grunt, czego efektem jest m.in. popularność kaznodziejów doszukujących się zła na każdym kroku. Więcej mówią oni o tzw. furtkach, przez które do naszego życia mają wnikać demony niż o Bożej łasce, która jest niezawodną ochroną przed złem i która powinna stanowić zawsze punkt wyjścia dla takich rozważań. Kiedy potem na światło dzienne wychodziły różne kompromitujące fakty na temat niektórych czołowych reprezentantów tego środowiska, zwolennicy (a może wypadałoby raczej powiedzieć wyznawcy) tych osób wygodnie twierdzili, że to sprawka sił nieczystych.
To wszystko oczywiście nie znaczy, że należy bagatelizować znaczenie takich zagrożeń jak okultyzm, duchowość wschodu, horoskopy czy różnego rodzaju inne praktyki magiczne, bowiem druga skrajność polegająca na negacji osobowego zła jest bezsprzecznie równie błędna i szkodliwa. Chodzi jedynie o zachowanie roztropności i unikanie przesadnego oraz niepotrzebnego zainteresowania tego rodzaju tematyką. Ten złoty środek stanowi oficjalne nauczanie Kościoła, a nie prywatne wypowiedzi nawet najbardziej szanowanych egzorcystów. Wszystko, co powinniśmy na ten temat wiedzieć, znajduje się w dokumentach Kościoła, przede wszystkim w Katechizmie. Wartościowe są także rady Ojców Kościoła. Św. Antoni Wielki podkreślał, że nie należy się zajmować demonami i zbyt wiele o nich mówić, ani tym bardziej się ich lękać. Zamiast tego ojciec pustyni radził, by nimi gardzić i wzywać imienia Chrystusa, gdyż nie mają one nad nami realnej władzy. Dlatego warto sięgać do skarbca mądrości Kościoła, zamiast ulegać sensacyjnym nagłówkom i samozwańczym guru, którym daleko do zdrowej nauki.
Wojciech Grzywacz



