fot. Marek Borawski / prezydent.pl

Prof. R. Niżnikowski dla „Naszego Dziennika”: Umowa z Mercosurem to realne ryzyko demontażu polskiego rolnictwa przez napór tańszych produktów z Ameryki Południowej

Produkty z Ameryki Południowej będą wprowadzane na rynek bez żadnych norm jakościowych czy bezpieczeństwa, w cenach, z którymi polscy rolnicy nie są w stanie konkurować. Skutek jest prosty: likwidacja wielu gospodarstw, zapaść sprzedaży i brak możliwości utrzymania produkcji przez cały rok. Sieci wielkopowierzchniowe ściągają tani towar skądinąd, pozostawiając lokalnych producentów bez rynku zbytu – mówił prof. Roman Niżnikowski, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski im. prof. dr. hab. Jana Szyszko w rozmowie z red. Rafałem Stefaniukiem z „Naszego Dziennika”, komentując umowę Unii Europejskiej z krajami Mercosuru. Zyskają na niej przede wszystkim Niemcy, a dla polskiego rolnictwa oznacza ona katastrofę.

Zarówno kanclerz Niemiec, Friedrich Merz, jak i przewodniczący Rady Europejskiej António Costa zapowiadają, że umowa o wolnym handlu z krajami Mercosuru ma być podpisana do końca roku – Berlin podaje nawet datę 19 grudnia. Mamy problem?

– Nie tyle „problem”, ile realne ryzyko demontażu polskiego rolnictwa przez napór tańszych produktów z Ameryki Południowej. Dla Berlina Mercosur to szansa na poszerzenie rynków zbytu i obniżenie kosztów produkcji – a interesy tych potęg wielokrotnie przesłaniały interesy mniejszych państw UE. W efekcie my możemy zostać tym, czym nie chcemy być: rynkiem zbytu, a nie producentem.

Jakie będą konkretne skutki?

– Proste i brutalne. Napływ tanich zbóż, mięsa czy olejów spowoduje drastyczne obniżenie cen na rynku krajowym, co natychmiast uderzy w rentowność gospodarstw – zwłaszcza tych średnich i mniejszych, które są kręgosłupem polskiej wsi. W dłuższej perspektywie likwidacja części produkcji oznacza utratę niezależności żywnościowej, zamykanie łańcuchów produkcji i wzrost zależności od importu. To nie jest tylko gospodarczy kłopot, to także kwestia bezpieczeństwa strategicznego. Dziwi mnie, że nikt na poważnie nie rozważa politycznych kosztów takiego kroku: utrata miejsc pracy, marginalizacja regionów wiejskich, osłabienie suwerenności w kluczowym sektorze. A jeśli do tego dodamy bieżące decyzje legislacyjne – np. wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futra, ograniczenia w niektórych gałęziach produkcji rolnej, to rysuje się scenariusz, w którym Polska przestaje być znaczącym producentem żywności, a staje się nabywcą.

Kolejna kwestia, o której prawie nikt nie mówi, to wpływ umowy Mercosur na bezpieczeństwo żywności i zdrowie całego społeczeństwa. Czy rzeczywiście grozi nam zalew gorszej jakości produktów?

– To jest poważna sprawa i nie ma tu miejsca na półśrodki: wkrótce możemy mieć do czynienia z sytuacją, w której naszej żywności po prostu nie będzie lub będzie gorszej jakości. Proszę zwrócić uwagę, jak wyglądał dotychczasowy ciąg działań wobec polskiego rolnictwa. Najpierw próbowano nas złamać, narzucając absurdalnie wysokie normy i przepisy dotyczące produktów spożywczych – wszystko w imię „bezpieczeństwa i zdrowia obywateli”. Nasi rolnicy stanęli na wysokości zadania, dostosowali swoje gospodarstwa, często inwestując ogromne środki własne lub zaciągając kredyty, by sprostać tym wymaganiom. I to doprowadziło do tego, że produkcja była znakomita, technologia nowoczesna, żywność doskonała, ale rolnicy zostali zadłużeni i pozostawieni sami sobie.

Teraz wchodzi Mercosur. Produkty z Ameryki Południowej będą wprowadzane na rynek bez żadnych norm jakościowych czy bezpieczeństwa, w cenach, z którymi polscy rolnicy nie są w stanie konkurować. Skutek jest prosty: likwidacja wielu gospodarstw, zapaść sprzedaży i brak możliwości utrzymania produkcji przez cały rok. Sieci wielkopowierzchniowe ściągają tani towar skądinąd, pozostawiając lokalnych producentów bez rynku zbytu.

Co różni polityków i brukselskie elity od zwykłych rolników, którzy walczą o przetrwanie i o zdrowie Polaków?

Co dokładnie Pan ma na myśli?

– Rolnicy bywają na giełdzie w Broniszach. Ja też tam bywam i widzę, jak dramatycznie spadają ceny podstawowych produktów – ziemniaki kosztują tam czasem zaledwie 10 gr za kilogram, podczas gdy masowo importujemy ziemniaki z Niemiec, mimo że u nas panuje nadprodukcja. To samo dotyczy papryki, innych warzyw – sytuacja wygląda na przygotowanie pod Mercosur: polskie rolnictwo będzie powoli wykańczane, a rynek zaleje tania żywność, której jakość i normy technologiczne są zdecydowanie niższe niż nasze. Zagraniczne sieci wielkopowierzchniowe, które obecnie intensywnie się rozwijają w Polsce, przejmą dystrybucję i zniszczą lokalnych producentów.

Dzięki rolnikom przetrwaliśmy najtrudniejsze chwile w historii, a Kościół podtrzymywał patriotyczne dążenia społeczeństwa. I stąd też ten zamach na nasze rolnictwo, które przez wieki było fundamentem przetrwania Narodu, gwarantem niezależności i bezpieczeństwa żywnościowego. Teraz grozi nam import żywności niekoniecznie zdrowej i dobrej jakości, a kolejne pokolenia mogą stanąć w obliczu problemów zdrowotnych, finansowych i strategicznych – suwerenność żywnościowa i gospodarcza zostaną podcięte, co może prowadzić do utraty suwerenności państwowej.

Spodziewa się Pan skokowego wzrostu zachorowań na choroby cywilizacyjne w najbliższych latach?

– Absolutnie tak. I niestety – sytuacja jest dramatyczna. Cofamy się w rozwoju zdrowotnym i cywilizacyjnym. Otyłość, zawały serca, cukrzyca, choroba Alzheimera – to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie mówię nawet o nowotworach, bo tu problem również jest ogromny. Podstawą zdrowego życia jest właściwe odżywianie, a my cofamy się do konsumpcji produktów, które nie spełniają nawet podstawowych norm jakości. Koszty, jakie ponosimy, są skutkiem systematycznego działania prowadzącego do utraty naszej suwerenności, a wraz z nią – zdrowia obywateli. Umowy takie jak Mercosur wprowadzają na nasz rynek żywność modyfikowaną, genetycznie zmienioną, tańszą i łatwiejszą do masowej produkcji, kosztem jakości i bezpieczeństwa. To nie tylko kwestia ekonomii, ale realne zagrożenie dla zdrowia społeczeństwa i przyszłych pokoleń. Pod każdym względem, jeśli nic się nie zmieni, musimy przygotować się na poważny kryzys zdrowotny.

Kanclerz Niemiec twierdzi, że cała Europa zgodziła się na tę umowę. Czy w Pana ocenie jest to w ogóle prawdopodobne, biorąc pod uwagę kilka silnie rolniczych krajów w Europie?

– Niemcy robią wszystko, co chcą. Prawda jest zupełnie inna i, szczerze mówiąc, dziwię się, że tego nie dostrzegają. Trzeba spojrzeć szerzej – bardzo trafnie formułował to prof. Andrzej Nowak podczas jednej z konferencji w Niemczech, gdzie rozmawiano o przyszłości Europy i suwerenności państw. Padło tam stwierdzenie, że Niemcy w ogóle nie traktują Polski poważnie. Polska jest dla nich krajem tymczasowym, a prawdziwym partnerem i sąsiadem – według ich logiki – pozostaje Rosja. Dlatego wszystkie decyzje są podejmowane pod kątem własnych interesów Berlina. Niemcy potrzebują zbytu dla swojego przemysłu, nie tylko samochodowego, ale też energetycznego – przypomnijmy turbiny Siemensa i plany sprzedaży szybkich pociągów. Podnoszą planowaną prędkość kolei w Polsce do 350 km/h, bo żaden nasz producent nie spełnia tego warunku. Polska w tym układzie jest jedynie rynkiem zbytu, a nasze rolnictwo i produkcja żywności stają się ofiarami tej polityki. To nie jest teoria spiskowa – to realna kalkulacja Berlina, w której nasze interesy praktycznie nie istnieją.

Ta uległość krajów UE jest wymuszona przez Niemcy?

– Dokładnie tak jest i należy to widzieć jasno. Chodzi o ratowanie przemysłu samochodowego Niemiec, który nie wytrzymuje konkurencji. Mówi się o Chinach, ale liderem technologii w branży motoryzacyjnej pozostaje Japonia. Niemcy, kosztem wszystkich sąsiadów, próbują za wszelką cenę utrzymać swój przemysł. Efekty tego będą porażające, a Polska, niestety, może zostać tylko konsumentem żywności, tracąc kontrolę nad własnym rolnictwem i gospodarką. Sytuacja wymaga natychmiastowej refleksji nad przyszłością naszego kraju.

A kiedy niemiecki przemysł się obroni, to jaka rzeczywistość nas czeka?

– Kiedy Niemcy zabezpieczą swoje interesy, absolutnie nie będzie ich interesować to, co dzieje się z gospodarkami krajów sąsiednich. Ich nie interesuje rodzina z Polski, która może godnie żyć tylko dzięki 800 plus, nie interesuje ich rolnik. Polska jest jedynym państwem, które głośno i otwarcie mówi o tym problemie, mimo że rząd wciąż nie sprzyja takiej retoryce. Reszta Unii wydaje się pogrążona w letargu. Zadziwia, że poza Polską panuje niemal całkowita cisza. To milczenie sprzyja dominacji jednego państwa, a w dalszej perspektywie – federalizacji Europy pod niemieckim, a częściowo francuskim kierownictwem, z podporządkowaniem pozostałych państw. Nasza przyszłość w tym układzie balansuje na krawędzi, przypominając dramatyczne czasy rozbiorów Polski.

Najgorsze, co możemy zrobić, to usiąść i załamać ręce. Jakie działania ochronne powinna podjąć Polska?

– Co robić? Trzeba natychmiast strategicznej odpowiedzi: negocjacje z partnerami unijnymi o mechanizmach ochronnych na poziomie UE. To mogą być: fazy dostosowawcze, taryfy zabezpieczające, wsparcie dla restrukturyzacji gospodarstw. Musimy – już sami – rozpocząć programy modernizacyjne dla rolnictwa. Musimy też zainicjować politykę handlową, która broni kluczowych sektorów przed naporem dumpingowych dostaw. Jeżeli pozwolimy, by interesy najsilniejszych w UE decydowały o naszym losie, to będziemy zbierać konsekwencje przez dekady.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”/radiomaryja.pl

drukuj