fot. PAP/Lech Muszyński

R. Bąkiewicz z Ruchu Obrony Granic w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”: To, co robimy, to nie anarchia, to republikanizm – wchodzimy tam, gdzie państwo niedomaga, skąd się wycofało

My robimy swoje – stoimy tam, gdzie państwo się cofnęło. Obserwujemy uważnie każdy ruch władzy i reagujemy, gdy trzeba, ale nie wchodzimy w rolę agresora. To, co robimy, to nie anarchia, to republikanizm – wchodzimy tam, gdzie państwo niedomaga, skąd się wycofało – mówił w wywiadzie udzielonym red. Rafałowi Stefaniukowi z „Naszego Dziennika” Robert Bąkiewicz, lider Ruchu Obrony Granic.

W ostatnich dniach padły dość stanowcze słowa i groźby ze strony „Koalicji 13 grudnia” wobec środowisk wspierających obronę granicy.

– To prawda, groźby padają – i to w tonie, który powinien niepokoić każdego, kto ufa w państwo prawa. Zarzuty kierowane pod naszym adresem są pozbawione podstaw, opierają się na powtarzanych oskarżeniach, że mamy do czynienia z jakimiś paramilitarnymi strukturami czy wręcz grupami przestępczymi. To insynuacje, które nie mają nic wspólnego z faktami, a wszystko wskazuje na to, że chodzi tu raczej o budowanie narracji politycznej niż o jakiekolwiek realne zagrożenie.

Ostatnie 1,5 roku pokazuje, że prawo w Polsce – w tym prawo do obrony – nie obowiązuje…

– My robimy swoje – stoimy tam, gdzie państwo się cofnęło. Obserwujemy uważnie każdy ruch władzy i reagujemy, gdy trzeba, ale nie wchodzimy w rolę agresora. Nie jesteśmy stroną, która podnosi głos pierwsza – ale nie damy się też zastraszyć. I nie zamierzamy milczeć, gdy ktoś próbuje nas zniesławić z mównicy sejmowej lub za pomocą partyjnych mediów. To, co robimy, to nie anarchia, to republikanizm – wchodzimy tam, gdzie państwo niedomaga, skąd się wycofało.

Pod Państwa adresem formułowane są poważne oskarżenia. Ruchowi Obrony Granic zarzuca się m.in. domaganie się okazywania dokumentów, dokonywanie zatrzymań czy wręcz podszywanie się pod służby. Czy rzeczywiście dochodziło do takich sytuacji?

– Nie, nie miało to miejsca w takiej formie, jak próbują to dziś przedstawiać nasi krytycy. Jedyne zatrzymanie, którego faktycznie dokonaliśmy, miało charakter obywatelski i odbyło się zgodnie z obowiązującym prawem. Chodziło o grupę osób przemycanych przez granicę – przekazaliśmy tych ludzi policji w pełnej współpracy, bez żadnych ekscesów. Zamiast pomówień o rzekome przestępstwo osoby, które wówczas działały, powinny raczej otrzymać wyróżnienia za obywatelską postawę. Nie prowadziliśmy żadnych działań, które wykraczałyby poza granice prawa. Co więcej, jak niedawno informował niemiecki „Die Welt”, to właśnie dzięki naszej aktywności wielokrotnie udało się udaremnić nielegalne przerzuty migrantów przez niemiecko-polską granicę. Dziennik wprost pisał o tym, że niemiecka policja dopuszcza się nadużyć, omijając procedurę oficjalnego przekazania migrantów polskiej Straży Granicznej. Sami przyznali, że przerzucili przez granicę Afgańczyka – w miejscu, gdzie nie było ani strażników, ani naszego Ruchu Obrony Granic. To ma być powód do chluby? Tym samym ujawnili, że do łamania prawa dochodzi po ich stronie, a nie po naszej. A my im po prostu w tym przeszkadzamy.

Zielona granica również bywa wykorzystywana przez Niemców do przerzutu migrantów?

– Tak, z mojej wiedzy wynika, że to właśnie przez zieloną granicę dochodzi do takich działań – zwłaszcza w województwie zachodniopomorskim. Tam, gdzie sami działamy, wielokrotnie natrafialiśmy na wyraźne ślady aktywności wskazujące na niemieckie pochodzenie. Mam na myśli porzucone rzeczy osobiste migrantów: ubrania, opakowania, butelki po napojach – wszystko z niemieckimi etykietami. To nie są domysły – to konkretne znaleziska. Trudno nie odnieść wrażenia, że zielona granica stała się wygodnym rozwiązaniem, dzięki któremu niemieckie służby nieformalnie pozbywają się problemu, przerzucając migrantów na naszą stronę.

Nie byłoby tego ataku, gdyby Ruch Obrony Granic po prostu nie zdenerwował Berlina i Brukseli?

– Berlin uruchomił kampanię medialną o charakterze czysto propagandowym. Najpierw ruszyła fala publikacji w niemieckiej prasie – rzecz jasna tej sprzyjającej establishmentowi – a chwilę później niemal kopia tych przekazów zaczęła pojawiać się w mediach polskojęzycznych, o znanej proniemieckiej linii redakcyjnej. Do tego dochodziły zapowiedzi postępowań karnych wobec naszych wolontariuszy, jawne próby ich zastraszania, deprecjonowania, a nawet dyskredytowania w oczach opinii publicznej. To nie przypadek – to reakcja nerwowa i paniczna, typowa dla struktur, które czują, że ktoś właśnie odsłonił ich prawdziwe intencje. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, po czyjej stronie grają niektóre rządy i instytucje, to dziś już nie powinien ich mieć. Tu chodzi nie o retorykę, lecz o fakty. I te fakty Niemcom bardzo przeszkadzają.

Dzisiaj mają ruszyć kontrole graniczne po polskiej stronie granicy z Niemcami i Litwą. Jak Pan ocenia to posunięcie? Czy może ono realnie zwiększyć nasze bezpieczeństwo?

– Po stronie niemieckiej kontrole graniczne obowiązują już od ponad półtora roku. Mimo to rząd w Warszawie przez długi czas nie kwapił się do reakcji – aż do teraz. Zmiana decyzji jest oczywista i nieprzypadkowa. To efekt presji społecznej i konsekwentnych działań środowisk, które od początku domagały się symetrycznej odpowiedzi. I jeszcze jedno: niepokoją nas sygnały, jakie dochodzą z obozu władzy. Groźby ze strony polityków, publicystów bliskich rządowi, a nawet wysokich funkcjonariuszy służb, sugerujące możliwe użycie siły wobec obywateli, którzy działają legalnie i w interesie państwa, są absolutnie niedopuszczalne. To nie są już tylko polityczne insynuacje.

Poinformował Pan o pozyskaniu dronów z termowizją. Tymczasem policja ogłasza wprowadzenie strefy zakazu lub ograniczenia lotów dronów, tłumacząc to kwestią bezpieczeństwa.

– Proszę koniecznie to zaznaczyć: nad polskim terytorium regularnie latają niemieckie drony. I to nie jest spekulacja – mamy konkretne przypadki, które to potwierdzają. Te urządzenia nie tylko przelatują przez granicę, ale też monitorują nasze patrole, wykonują loty obserwacyjne i dokumentacyjne na naszym terytorium. Tymczasem polskie służby reagują na to z pełną obojętnością – i to jest sytuacja absolutnie skandaliczna. Niemcom, jak widać, wolno więcej. I to, niestety, pozostaje bez echa. Jeśli chodzi o zapowiedzianą strefę zakazu lotów dronów, to oczywiście – jako obywatele szanujący prawo – będziemy musieli się do niej formalnie dostosować. Ale trudno nie zauważyć, że ten ruch ma bardzo czytelny podtekst.

To obawy przed transparentnością?

– Nie mam wątpliwości: premier Donald Tusk zwyczajnie boi się transparentności. Boi się, że Polacy zobaczą, jak naprawdę wygląda sytuacja na granicy, jak wygląda skuteczność państwowych służb i jak często dochodzi tam do przerzutów ludzi. A przecież działamy nie przeciwko państwu, tylko dla jego dobra. I nawet jeśli drony zostaną uziemione, to znajdziemy inne metody, również zgodne z prawem, by przyglądać się tej operacji. Bo coś mi mówi, że to wszystko może mieć charakter nie tylko pozorowany, ale wręcz zasłaniający brak realnych działań.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”/radiomaryja.pl

drukuj