fot. PAP/Maciej Kulczyński

Ursula von der Leyen: Fundusz solidarności może posłużyć do odbudowy infrastruktury krytycznej. Z kolei kraje, które nawiedziła powódź, będą mogły korzystać z 10 mld euro z Funduszu spójności

Pomoc unijna dla powodzian to przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Goszcząca we Wrocławiu Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, zapowiedziała 10 miliardów euro na usuwanie skutków powodzi. Większość to pieniądze zapisane krajom członkowskim w budżecie unijnym. Nowych środków będzie niewiele.

Europa Środkowo-Wschodnia zmaga się ze skutkami powodzi wywołanej przez front genueński. Wielka woda przelewa się przez Czechy, Rumunię, Słowację i Austrię. Podobnie jak w Polsce wiele wsi i miasteczek odcięte jest od świata.

– To trudna sytuacja. Nie ma prądu, nie ma wody pitnej, a ludzie toczą nie lada walkę. Wiele pozostaje do zrobienia – relacjonował Florian Steiner, strażak z austriackiego Kirchbichl.

Poszkodowane kraje liczą na pomoc Unii Europejskiej, dlatego premier Donald Tusk zaprosił do Wrocławia przewodniczącą KE. We Wrocławiu pojawili się także szefowie rządów: Austrii, Słowacji i Czech.  W ich obecności Ursula von der Leyen ogłosiła, że pieniądze dla potrzebujących krajów popłyną z dwóch funduszy: solidarności i spójności. [czytaj więcej]

– Fundusz solidarności może posłużyć do odbudowy infrastruktury krytycznej (…).  Z kolei kraje, które nawiedziła powódź, będą mogły korzystać z 10 mld euro z Funduszu spójności – przekazała unijna polityk.

Ta oferta nas zadowala – przyznał podczas konfederacji Donald Tusk.

– Potrzebowaliśmy dokładnie 45 minut, żeby uzgodnić nasze oczekiwania i uzyskać satysfakcjonujące nas deklaracje – podkreślił premier.

Tymczasem Fundusz solidarności to zaledwie półtora miliarda euro dla wszystkich państw unijnych. Z kolei Fundusz spójności to pieniądze, które zostały już rozdysponowane dla krajów członkowskich. Wobec czego nastąpi tylko ich przesunięcie. Z Brukseli nie popłyną żadne nowe pieniądze na walkę ze skutkami powodzi – podkreślił Jacek Saryusz-Wolski, były poseł do Parlamentu Europejskiego.

– To jest wyjmowanie już polskich pieniędzy i przekładanie ich z jednej kieszeni do drugiej. Dobrze, że jest elastyczność, ale to niczego nie rozwiązuje, bo ich gdzie indziej zabraknie – wyjaśnił Jacek Saryusz-Wolski.

Wobec czego wizyta szefowej KE w Polsce była wyłącznie próbą ocieplenia wizerunku dla wszystkich obecnych tam polityków – ocenił politolog, profesor Tomasz Grosse.

– Dla wszystkich zainteresowanych stron jest to działanie marketingowe. Ursula von der Leyen chce pozytywnie pokazać się Polsce i w odniesieniu do całej Europy Środkowej (…). Podobnie jest z polskimi politykami czy z innych krajów dotkniętych przez powódź. Ma to przede wszystkim charakter wizerunkowy – punktował ekspert.

Szczególnie dla polskiego rządu. Donald Tusk chce pokazać, że ma wsparcie siły, jaką jest Unia Europejska. Jest to mu potrzebne, bo na terenach powodziowych słychać coraz głośniej niezadowolenie ludzi. Powodzianie narzekają, że aparat państwa i osoby decyzyjne zareagowały na zagrożenie powodziowe opieszale i przywołują słowa premiera Donalda Tuska z zeszłego piątku.

– Prognozy nie są przesadnie alarmujące – mówił wówczas premier polskiego rzędu.

Władze zbyt późno spuściły wody ze zbiorników retencyjnych, aby zrobić w nim miejsce na nadciągającą falę powodziową, ale błędów było o wiele więcej.

– Wały można było już uszykować w sobotę, niedzielę, bo wiedzieli, że woda idzie. Umocnić, podnieść jakoś piachy, a oni umacniali od poniedziałku – wyjaśnił mieszkaniec Lewina Brzeskiego.

W chaosie informacyjnym i decyzyjnym do walki z żywiołem ruszyli mieszkańcy. Pomoc jako pierwsi zaczęli nieść wolontariusze i fundacje charytatywne. Kiedy to już państwo ruszyło do walki z powodzią, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Premier poprosił o pomoc Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

– Skontaktowaliśmy się z panem Jerzym Owsiakiem jako najwybitniejszym w świecie pewnie specjalistą od szybkiej, dobrej pomocy dla ludzi – powiedział Donald Tusk.

To państwo i jego instytucje mają obowiązek zapewnienia ludziom bezpieczeństwa, a nie organizacje charytatywne, szczególnie te zaangażowane politycznie – zaznaczył politolog, dr Aleksander Kozicki.

– Tego typu problemy nie mogą być rozwiązywane przez wolontariuszy. Jeśli to zaakceptujemy, to będzie świadczyło to o ogólnej niedojrzałości – ocenił.

W sytuacjach, takich jak powódź, za zarządzanie kryzysowe odpowiadają wojewodowie, którzy dostają wsparcie od rządu centralnego.

TV Trwam News

drukuj