fot. PAP/Bartosz Jankowski

Ekstraklasa. Djurdjević nadaje Lechowi charakter, w Poznaniu w końcu bez powodów do frustracji

Fani Lecha Poznań nie mogą jeszcze oglądać swojej drużyny na żywo. Ich zachowanie podczas meczu z Legią ma swoje konsekwencje. Powrotu na Bułgarską wyczekują pewnie ze szczególną niecierpliwością. Drużyna prowadzona przez Ivana Djurdjevicia nie irytuje, jak ta Nenada Bjelicy, a i sam trener swoją osobowością i sposobem bycia nie odpycha. W przeciwieństwie do Chorwata, Serb potrafi odpowiednio zmotywować piłkarzy i nie boi się krytykować ich błędów. Te występują nieco rzadziej, ale jest jeszcze nad czym pracować.


Zamknięty przez wojewodę za burdy podczas ligowego meczu z Legią w ubiegłym sezonie stadion i brak kibiców nie przeszkadzają Lechowi w notowaniu znakomitego startu w Ekstraklasie. O ile w pucharach niedociągnięcia były nieco bardziej widoczne, a starcie z Genk wyglądało jak pojedynek Dawida z Goliatem, o tyle na krajowym podwórku Kolejorz radzi sobie świetnie. Poznaniacy już teraz uciekają największym rywalom do mistrzostwa, co jest o tyle kluczowe, że poprzednie rozstrzygnięcie zapadło po wyścigu w iście żółwim tempie. Żadna z drużyn nie potrafiła wypracować sobie odpowiedniej przewagi nad innymi, a mistrz Polski miał na koncie aż 11 porażek. Stworzenie dystansu już teraz może więc pozwolić na to, by później patrzeć za plecy nieco spokojniej. W przypadku Lecha to również ważna kwestia. Mając jeden punkt przewagi po sezonie zasadniczym, Lechici nie wytrzymali presji i dali się wyprzedzić Legii i Jagiellonii.

Ambitne podejście zaszczepione drużynie przez Ivana Djurdjevicia procentuje. Piłkarze nie odstawiają nogi i grają do ostatniej minuty, z czego Serb sam słynął, gdy biegał jeszcze po murawie. Taką postawą zagwarantowali piłkarze sobie awans w dwumeczu z Gandzasarem, trzy oczka w meczu z Wisłą Płock i wyjazdowe zwycięstwo we Wrocławiu.

Motywację piłkarzy Djurdjević stara się też zwiększyć przez dzielenie opaski kapitańskiej. Na jednej z pierwszych konferencji prasowych szkoleniowiec nie chciał zdradzić, kto będzie pełnił funkcję kapitana w jego zespole. Na pierwszy mecz w tej roli został posłany Jasmin Burić. Później opaska zmieniała właściciela. W dotychczasowych dziewięciu spotkaniach tylko Christian Gytkjaer i Nikola Vujadinović wyprowadzali drużynę na murawę dwukrotnie. Sposób, który stosuje między innymi Tite w reprezentacji Brazylii ma sprawić, że każdy z zawodników poczuje się w dużym stopniu odpowiedzialny za wyniki i cały zespół.

Jak w każdym meczu komuś może przytrafić się słabszy występ. Obecność słabych punktów, które pojawiały się w poszczególnych konfrontacjach, Lech potrafił skutecznie nadrabiać w innym miejscu. Gdy w starciu z Gandzasarem do pustej bramki nie trafiał Paweł Tomczyk, dwa gole zdobył Gytkjaer. Kiedy drużynie nie szło w Płocku, błysnął Pedro Tiba. Błędy defensywy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec przykryła natomiast dobra forma strzelecka.

Ta jest zresztą bardzo dobra, a przede wszystkim ustabilizowana. Za zdobywanie goli w dużej mierze odpowiada Christian Gytkjaer. Duńczyk już w ubiegłym sezonie pokazał, że w tym aspekcie można na niego liczyć. Strzelał średnio w co drugim meczu (21 bramek w 42 występach), co było wynikiem zadowalającym. Nowy sezon zaczął z jeszcze lepszą skutecznością. W ośmiu spotkaniach zdobył już sześć goli. Siłą Kolejorza jest to, że Gytkjaer nie jest osamotniony. Poza nim do siatki trafiało też sześciu innych piłkarzy. Świetnie w polu karnym czuje się Joao Amaral, który dołączył do zespołu dopiero od starcia z Szachtiorem Soligorsk, a już dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.

Portugalczyk nie potrzebował czasu na aklimatyzację podobnie, jak jego rodak Pedro Tiba. Obaj szybko odnaleźli się w polskich realiach, a ich gra jest kluczowa dla zespołu. Amaral trafił na 1:1 w Soligorsku, co w dużej mierze przyczyniło się do awansu do trzeciej rundy eliminacji Ligi Europy. Tiba strzelał gole z Wisłą Płock i Śląskiem Wrocław. Za każdym razem były to trafienia na wagę trzech punktów.

Na niezbyt pochlebne opinie zasługuje jednak, przynajmniej w ostatnim czasie, poznańska defensywa. W starciu z Genk nie miała zupełnie nic do powiedzenia, a 0:2 było najmniejszym wymiarem kary. Belgowie kwestię nierozstrzygnięcia dwumeczu już na własnym stadionie mogą zwalić na karb własnej nieskuteczności. Nie inaczej było w meczu z Zagłębiem Sosnowiec. Tu obyło się bez konsekwencji, bo klasa rywala była zdecydowanie niższa. Vamara Sanogo i spółka nie potrafili skarcić rywali za to, że ci gubili się w poczynaniach defensywnych, a podopieczni Djurdjevicia braki z tyłu zatuszowali zdobyciem czterech goli. Wynik poszedł w świat, ale trener Kolejorza nie ukrywał po ostatnim gwizdku, że w tej formacji trzeba się zdecydowanie poprawić.

– To był dziwny mecz. Wynik jest wysoki, lecz nasza organizacja w defensywie była kiepska. Broniliśmy bardzo źle. Wynikało to być może ze zmiany ustawienia. Zagraliśmy jednym napastnikiem i dwoma piłkarzami za nim. Musiałem rotować składem, bo niektórym zawodnikom trzeba było dać odpocząć – podkreślił po spotkaniu z beniaminkiem.

Sprzymierzeńcem Lecha w trakcie sezonu na pewno będzie szeroka kadra. Kilka zmian na mecz z drużyną Dariusza Dudka nie spowodowało, że gra się rozsypała. Do gry wrócił już Kamil Jóźwiak, który w kilku sytuacjach wrzucił przeciwników na karuzelę. Po raz kolejny potwierdził, że ma papiery na duże granie, bo sosnowiczan przewyższał o klasę. Kontuzję w dalszym ciągu leczy Robert Gumny, a jego powrót zdecydowanie podniesie poziom drużyny i jeszcze bardziej zwiększy już i tak sporą rywalizację o miejsce w pierwszej jedenastce.

Pozostaje więc żałować, że młodzi Jóźwiak i Gumny najprawdopodobniej nie będą mogli zdobywać cennego doświadczenia w europejskich pucharach. Mecz z Genkiem obnażył wszelkie słabości piłkarzy Ivana Djurdjevicia. Serb stwierdził jednak, że zawsze warto marzyć i dopóki dwumecz się nie skończył szansa na awans nadal jest. Zdecydowanie lepiej może być w tym sezonie na własnym podwórku, bo choć to dopiero początek sezonu, to Legia już traci do Kolejorza pięć punktów, a dodatkowo znajduje się w dużym kryzysie. Poznaniacy pod wodzą Djurdjevicia wyrastają więc na pierwszą siłę ligi i jeśli ten dalej będzie rozwijał się jako trener i przełoży to na zespó,ł kibice nie będą mieli już powodów do frustracji, a wojewoda do zamykania stadionu.

Sport.RIRM

drukuj