W polu dobra i zła

Refleksje eurosceptyka (cz. III)

Ciekawe, dlaczego Unia Europejska tak bardzo nienawidzi Radia Maryja? Czy w trosce o „pluralizm mediów”? Tu właśnie wychodzi szydło z worka: Radio Maryja jest przedmiotem kampanii agresji i nienawiści, ponieważ jest to radio katolickie.

Na tle rozdziału II Karty Praw Podstawowych nasuwają się pewne uwagi. Tytuł rozdziału: „Wolności”, mógłby być zastąpiony słowem „swobody”, ponieważ z konstrukcji tego rozdziału wynika, że chodzi tu o pewną przestrzeń bezpieczeństwa pozostawioną jednostce przez najwyższy autorytet państwa. W art. 6 bowiem oba pojęcia: „wolność i bezpieczeństwo osobiste”, nawzajem się wyjaśniają. A więc nie chodzi tu o wolność w znaczeniu etycznym, jako zdolność woli ludzkiej do podejmowania decyzji w świetle poznanej prawdy, ani o wolność woli w znaczeniu ontologicznym, jako zdolność autodeterminacji (na czym opiera się wolność etyczna jako zdolność wyboru dobra i odrzucenia zła).

Dominacja perspektywy indywidualistycznej

Uwaga dokumentu jest skupiona na sytuacji prawno-społecznej jednostki, właśnie jednostki jako składnika społeczeństwa, a nie osoby (jak to precyzyjnie odróżniał Maritain). Można więc powiedzieć, że ten rozdział (a przez to cały dokument) jest obciążony „zboczeniem indywidualistycznym”, czyli ogranicza prawdę wolności do perspektywy jednostki, wskutek czego ta perspektywa jest oderwana od głębszych podstaw ontycznych (transcendentnych).
Główna luka prawna pojawia się w tych tematach, w których używa się takich słów, jak: „życie rodzinne”, „dom”, „małżeństwo”, „rodzina” (art. 7 i 9). Jakkolwiek bowiem mówi się o czymś takim jak „rodzina”, to sens przepisu dotyczy tylko przestrzeni swobody jednostki, natomiast zupełnie wymyka się jego treści tak poważna, fundamentalna rzeczywistość, jak małżeństwo i rodzina. Nawet w art. 9 „prawo do zawarcia małżeństwa” i „prawo do założenia rodziny” są potraktowane rozdzielnie, tak jakby między nimi nie zachodziła jakaś więź istotna, owszem, o poziomie antropologicznym, aby nie powiedzieć – metafizycznym. Takie potraktowanie „prawa do małżeństwa” i „prawa do rodziny” zawiera bardzo poważne implikacje zarówno w stosunku do filozofii społecznej, jak i do etosu społecznego. Może bowiem oznaczać, że w tej koncepcji społeczeństwa (a prawo zawsze wyraża i zakłada określoną koncepcję społeczeństwa) małżeństwo i rodzina stanowią rzeczywistości marginalne, nieobowiązujące, o znaczeniu jedynie prywatnym, na poziomie utylitarnym. Po drugie – takie rozłączne traktowanie tych „praw” (w sensie „swobód”) oznacza, że prawodawca przewiduje sytuacje i z góry je aprobuje, kiedy małżeństwo nie ma nic wspólnego z rodziną lub (co na jedno wychodzi) rodzina nie ma nic wspólnego z małżeństwem. Jest to podstawowy błąd, który pokazuje, że prawodawca albo nie rozumie, że ta wspólnota ludzka opiera się na prawie naturalnym, czyli jest odpowiedzialna za potwierdzenie najgłębszej prawdy człowieczeństwa (w której małżeństwo i rodzina są czymś nierozdzielnym), albo tę relację celowo pomija, aby umożliwić różne „modyfikacje” rodziny i tym samym legalizację różnych dewiacji antropologicznych i moralnych na życzenie określonych „lobby” upominających się o swoje „swobody”. Wzięcie w nawias rodziny jako fundamentu społeczeństwa otwiera drogę do legalizacji zastępczych form „rodzinopodobnych” zajmujących miejsce rodziny w systemie prawnym społeczeństwa. Takie postawienie sprawy fałszuje cały sens prawa i przekreśla ludzki charakter społeczeństwa. Tymczasem Papież Benedykt XVI po raz kolejny upominał się o respektowanie prawa naturalnego, zabierając głos 7 stycznia br. na spotkaniu z korpusem dyplomatycznym akredytowanym przy Stolicy Apostolskiej.

Myśl wolna i pusta

Podobna luka prawna pojawia się w art. 10, gdzie jest mowa o „wolności myśli, sumienia i religii”. Tu również podmiotem tych „wolności” jest jednostka, nawet kiedy korzysta ze swego prawa „wspólnie z innymi”, nawet „publicznie”. Pomija się zupełnie fakt, że ponad jednostkami i ponad grupami i wspólnotami jednostek istnieje rzeczywistość wyższa, to jest Kościół, czyli Chrystus, i istnieje nie „ponad” osobami ludzkimi, lecz w nich, nadając im nową formę zjednoczenia, ponieważ czyni ich „jednym ciałem”, a więc obrazem tej jedności, jaka panuje w łonie Trójcy Przenajświętszej (por. „Gaudium et spes”, 24). Perspektywa obecna w Karcie zupełnie nie uwzględnia tego wymiaru podmiotowości, która jest właściwa Kościołowi, i wydaje się, że prawodawca albo zupełnie nie rozumie, że właśnie obecność Kościoła przywraca ludzkości jej właściwą prawdę wspólnotowego bytu, dzięki czemu społeczeństwo zostaje obdarzone nowym wymiarem podmiotowości, albo celowo ten aspekt „prawa do Chrystusowej religii” pomija, aby dać szansę różnym samozwańczym i nieokreślonym w swojej proweniencji „formacjom” i sektom pseudoreligijnym.
Prawodawca europejski zmusza w ten sposób Kościół do zejścia na poziom prywatnych form życia religijnego i do uznania swej „równości” z różnymi sektami Wschodu czy bałwochwalcami Zachodu. Takie ignorowanie pozycji Kościoła, zupełnie nieuzasadnione prawnie ani historycznie, wyrządza krzywdę nie tylko wierzącym, traktując ich jak sieroty pozbawione matki, ale także krzywdzi całą Europę, odbierając jej najważniejszy punkt odniesienia w kształtowaniu swej kulturowej i duchowej świadomości. Ktokolwiek trochę pomyślał o tym, co znaczy, że „Syn Boży stał się człowiekiem”, miał szansę odrobinę przybliżyć się do prawdy, że Kościół nie jest obcym nalotem, jakimś desantem z Marsa lub z księżyca, lecz urzeczywistnieniem najgłębszej prawdy powołania ludzkiego, objawieniem przedwiecznej tajemnicy, którą Bóg przygotował i ukrył w samym sercu ludzkości. Kościół zawiera w sobie w stopniu nieskończenie wyższym prawdę ludzkości niż wszystkie „organizacje narodów zjednoczonych”, które dotąd nie uświadomiły sobie, skąd pochodzą i do czego zmierzają, szczególnie, kiedy pod wpływem naukowej mitologii nie potrafią określić granicy między człowieczeństwem a życiem animalnym lub wegetatywnym.

Wolność bez prawdy

Analogicznie istnieje jeszcze trzecia luka prawna lub logiczna, w art. 11, mówiącym o „wolności wypowiedzi i informacji”. Można w sposób uzasadniony postawić pytanie, czy nie należałoby sformułować prawa do swobody od informacji, od zalewu natrętnego hałasu medialnego, od powodzi dezinformacji i nachalnej propagandy. Artykuł 11 został sformułowany idyllicznie i romantycznie, niejako z góry zakładając równe szanse jednostki i supermagnatów i potentatów „informacji” poddających masy ludzkie operacji prasowania mózgów (wcześniej prania), prowadzących strategiczne kampanie przeciwko prawdzie i przeciw podstawowym wartościom moralnym, od których zależy istota życia ludzkiego. Dlaczego w art. 11 nie ma nic na temat podstawowego prawa do prawdy, o którym zdecydowanie pisał Jan Paweł II, na przykład w „Centesimus annus” par. 29? Samo prawo do „posiadania poglądów i przekazywania informacji” może prowadzić jedynie do pogłębiania zamętu informacyjnego i pomnażania zgiełku w eterze oraz przestrzeni komunikacji medialnej. Na marginesie „prawa do posiadania poglądów” można przypomnieć przypadek prof. Rocco Buttiglionego, który miał swój pogląd, ten pogląd nawet demokratycznie wypowiedział, ale mafia socjalistyczno-masońska uznała, że katolik nie może być komisarzem w Unii Europejskiej. Jak to pogodzić z brzmieniem Karty Praw Podstawowych, która tak mocno potępia „wszelką dyskryminację”, niech się głowią ci „mędrcy”, których podobno mają w Europie ustanowić, aby światłość zapanowała w europarlamencie.
Człowiek ma prawo do prawdy, do jej osiągania i do dzielenia się poznaną prawdą. Tej regule powinno być podporządkowane całe prawo dotyczące mediów i informacji. Jak dotychczas aktualna rzeczywistość polityczna w zakresie tematyki art. 11 jest totalnym zaprzeczeniem wolności wypowiedzi i informacji w Europie. Nic nie mówi się też o tym, że rozsiewanie kłamstw i oszczerstw przez media, jakiekolwiek, także państwowe, jest przestępstwem, które powinno być surowo karane, właśnie w imię wolności informacji. Podobnie rozpowszechnianie i propagowanie haseł, zasad i wzorów niemoralnych, na przykład zachowań homoseksualnych, pornograficznych, reklamowanie różnych form prostytucji zakamuflowanej różnymi pozorami reklamy czy kultury rozrywkowej, powinno być karane surowo, jako przestępstwo przeciw godności ludzkiej. Ale Karta nic o tym nie wie.
A może celowo stwarza taką próżnię moralną, aby nakręcać biznes mediów kryjących się za parawanem „pluralizmu”? Pojęcie pluralizmu powinno być tu jasno zdefiniowane. Bo jeśli na przykład w jakimś państwie 95 proc. mediów należy do grupy „posiadającej władzę medialną”, a liczącej 1 proc. ludności, i uprawiającej przestępczą politykę antyreligijną i antynarodową, a pozostałe 5 proc. mediów należy – teoretycznie – do reszty społeczeństwa, które uprawia wewnętrzną komunikację na poziomie zaledwie inicjalnym, to nie mamy do czynienia z pluralizmem, lecz kolonializmem medialnym. Może też istnieć terroryzm medialny, jak o tym się przekonaliśmy, albo nawet może istnieć w mediach uprzywilejowanych i skorumpowanych takie nasilenie agresji i nienawiści do pewnych ludzi lub do pewnych ugrupowań, że takie zjawisko musi być określone jako bandytyzm medialny. Taką postawę mediów (i dziennikarzy) liberalnych, laickich, masońskich i żydowskich obserwujemy w ich wystąpieniach skierowanych przeciwko Radiu Maryja i Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej – dziełom założonym przez o. Tadeusza Rydzyka. Powtarzam: tej postawy nie można nazwać inaczej niż „bandytyzm medialny”. Z tym łączy się tchórzliwe milczenie (strategiczne przemilczanie) wszystkich pozytywnych faktów ukazujących prawdziwe, jasne, chwalebne oblicze Radia Maryja i związanych z nim dzieł. To tchórzliwe milczenie dziennikarzy zganił ostatnio w „Naszym Dzienniku” z 8 stycznia Wojciech Reszczyński.
Sama Karta Praw Podstawowych nic nie mówi o moralnych aspektach mediów i publicznej odpowiedzialności za prawdę. Chyba dlatego, że ten dokument zajmuje się tylko zjawiskiem emisji fal i strukturą dźwięku, natomiast pomija zupełnie stronę treściową informacji. To tak, jakby ktoś mówiąc o dostawach żywności (na przykład chleba), ustalał normy dotyczące barwy opakowania, nie troszcząc się o zawartość. Nieważne, czy w środku jest chleb, czy plewy i sieczka: to też podobno jest jadalne. Jeżeli w jakimś kraju niszczy się prawdziwie wolne i niezależne media, które rzeczywiście służą prawdzie i dobru całego narodu, to czy takie państwo jest jeszcze demokratyczne? Czy nie jest widomym znakiem państwa totalitarnego to, że nienawidzi ono wszelkich ośrodków opiniotwórczych o charakterze niezależnym i wolnym od „poprawności politycznej”? Ciekawe, dlaczego Unia Europejska tak bardzo nienawidzi Radia Maryja? Czy w trosce o „pluralizm mediów”? Tu właśnie wychodzi przysłowiowe „szydło z worka”: Radio Maryja jest przedmiotem kampanii agresji i nienawiści, ponieważ to jest radio katolickie. To z kolei rzuca światło na stosunek prawa europejskiego do Kościoła katolickiego jako takiego, co jest widoczne także w kontekście innych artykułów Karty.

Nauka bez ograniczeń?

Pomijam art. 12; częściowo odnosi się do niego to, co powiedziano wyżej. Obecnie natomiast interesuje mnie art. 13: Wolność sztuk i nauk. Powiedziano tu: „Sztuki i badania naukowe są wolne od ograniczeń. Wolność akademicka jest szanowana”. Znowu zgłasza się tutaj pierworodny grzech dokumentu: przechył indywidualistyczny. Traktuje się naukę i sztukę jako hobby interesujące jedynie jednostkę, która oczywiście powinna swobodnie rozwijać swoje zainteresowania. Wiadomo, że tylko państwa totalitarne krępowały rozwój nauki, zmuszając naukowców, aby nawet prace z archeologii Dalekiego Wschodu podpierały cytatami z Lenina. Ale choć dziś chyba nikt z naukowców nie klęka przed duchem Lenina, to są takie duchy, które nadal nie dają spać naukowcom, na przykład duchy Hegla, Darwina, Spencera, Huxleya, Freuda czy choćby Kartezjusza. Nadal dokucza naukowcom mit postępu naukowego, widoczny w osławionym „Manifeście Humanistycznym” (1973), który (mit) wnikliwie skrytykował Benedykt XVI w wielu wypowiedziach. Dokument zapomina zupełnie o głębokich uwarunkowaniach ideologicznych i politycznych, którym w naszych warunkach zostały poddane badania naukowe, co jest widoczne zwłaszcza w dziedzinie genetyki, bioetyki czy biotechnologii. Doktor Marek Czachorowski przypomniał w „Naszym Dzienniku” (5-6 stycznia) słabe strony tak zwanej Europejskiej Konwencji Bioetycznej. Problemy związane z tą Konwencją ukazują głębokie uzależnienie polityczne badań naukowych, oraz duży zakres prywatnych ambicji pewnych kół naukowców zainteresowanych dokonaniem rewolucyjnych „odkryć” biomedycznych, niestety pomijających relację do godności osoby ludzkiej. To wszystko nie może być pozostawione prywatnemu osądowi jednostek walczących o coraz szerszy zakres „swobody badań naukowych”. Hitlerowcy też prowadzili na szeroką skalę „badania naukowe” na więźniach obozów koncentracyjnych. Moralny wymiar dzisiejszych badań – według nieżyjącego już prof. Jerome Lejeune’a – nie różni się od zbrodni hitlerowskich potępionych w procesie norymberskim.
Stąd stwierdzenie, że „badania naukowe są wolne od ograniczeń”, jest absurdem, ponieważ powinno być jasne, że badania naukowe są ograniczone wewnętrzną logiką nauki jako drogi odkrywania prawdy w służbie człowiekowi, a po drugie, jeśli przedmiotem badań jest życie ludzkie, czyli osoba ludzka we wszystkich uwarunkowaniach egzystencjalnych (zwłaszcza płodność ludzka, poczęcie, narodziny i wszystkie sytuacje krytyczne), to badania naukowe są ograniczone koniecznością absolutnego respektowania godności i nietykalności osoby ludzkiej, a także ograniczone celem terapeutycznym w ścisłym tego słowa znaczeniu i w bezpośredniej sytuacji konieczności.
Odnosi się ogólne wrażenie, że w Karcie Praw Podstawowych wymiar moralny jest jakby z zasady nieobecny, ponieważ prawdopodobnie przyjmuje się, że to, co dzieje się w „wolności”, jest automatycznie poprawne etycznie. Byłaby to osobliwa filozofia wolności pojmowanej absolutystycznie, która z góry usprawiedliwia wszelkie poczynania jako dobre. Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae” (nr 20) nazwał taką wolność „nikczemną”. Sapienti sat.


Ks. prof. Jerzy Bajda
drukuj