Swoisty szlak naszej tożsamości

Są słowa, które niosą w sobie swoiste proroctwo. W mojej pamięci zachowało
się wiele wypowiedzi Jana Pawła II, lecz jedna tylko ma znamię przeczucia.
Wypowiedział ją na krakowskim lotnisku 18 sierpnia 2002 roku, gdy wyruszał w
powrotną drogę do Rzymu: "A na koniec cóż powiedzieć? Żal odjeżdżać!". Dzisiaj
już wiem, że był to koniec papieskiego pielgrzymowania do Ojczyzny.
Pielgrzymowania rozpoczętego na pamiętnej audiencji dla rodaków po wyborze na
Stolicę Piotrową, gdy wyznał w prostocie serca: "Miłość Ojczyzny łączy nas i
musi łączyć ponad wszelkie różnice. Jest prawem ludzkiego serca. Jest miarą
ludzkiej szlachetności (…). Niełatwo jest zrezygnować z powrotu do Ojczyzny,
(…) ale skoro taka jest wola Chrystusa, trzeba ją przyjąć. Więc przyjmuję.
Proszę Was tylko, aby to odejście jeszcze bardziej nas połączyło i zjednoczyło w
tym, co stanowi treść naszej wspólnej miłości. (…) Bardzo pragnę przybyć do
Was…". To był początek pielgrzymowania serca do serc.

Przez 27 lat pontyfikatu Jan Paweł II odbył 8 pielgrzymek do rodzinnego kraju
(wliczając kilkugodzinny pobyt w 1995 roku). W czasie przewodzenia Kościołowi
katolickiemu przebywał na rodzinnej ziemi 66 dni (ponad 2 miesiące), odwiedził
ponad 50 miast i miejscowości (niektóre kilkakrotnie), wygłosił blisko 300
homilii i przemówień, kanonizował 3 osoby, a beatyfikował ponad 120. W czasie
pielgrzymowania do Polski spotkał kilka pokoleń ludzi, zrodziły się Jego duchowe
dzieci, dokonywały się zmiany dziejowe. Ale to tylko sucha statystyka. W tych
liczbach nie ma najważniejszego – tego, co jest niewidoczne dla oczu. Nie
dostrzega się "treści wspólnej miłości", która stanowi o tożsamości. Gdy w
gmachu UNESCO w czerwcu 1980 roku mówił: "Jestem synem narodu, który (…)
pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość (…) tylko w
oparciu o własną kulturę", słowami tymi wyznawał pragnienie zachowania i
pogłębienia tożsamości, bez której nie można być człowiekiem, a przynajmniej
odkryć piękna własnego człowieczeństwa. Można oczywiście pielgrzymki Jana Pawła
II do Ojczyzny odbierać w kontekście dokonywanych przemian, można odczytywać ich
przesłanie i pouczenia kierowane do nas. Zapewne jest to ważne i zasadnicze,
ponieważ spotykaliśmy się z Namiestnikiem Chrystusa na ziemi. Można również
wskazywać na niewątpliwie nieodrobioną przez nas lekcję z Jego pątniczego
szlaku. Po latach ciągle aktualne zdaje się jeszcze jedno wskazanie. Papieskie
pielgrzymowanie jest swoistym szlakiem naszej tożsamości, więc chyba warto,
zanim kroki nasze skierujemy w radości beatyfikacyjnej na plac św. Piotra,
pokusić się o przejście z Janem Pawłem II rodzimych ścieżek, Jego ścieżek po
polskiej ziemi, by szukać tożsamości. Nasz rodak szedł przez polską ziemię ze
słowem. Każda Jego pielgrzymka była sianiem ziarna, by kiełkowało. Wyrosła z
tego niesamowita lekcja tożsamości. Może właśnie dzisiaj, w obliczu
"globalizacji Papieża Polaka" potrzebne jest to rodzime spojrzenie, bo Jego
świętość wyrastała z polskiej tożsamości.

Wskrzeszanie pamięci (2-10 czerwca 1979 r.)
We wspomnieniach tamtych czerwcowych dni pozostały medialnie wciąż
wykorzystywane słowa z placu Zwycięstwa w Warszawie: "Niech zstąpi Duch Twój i
odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!", będące przyzywaniem narodowej
Pięćdziesiątnicy, oraz wskazanie na Chrystusa, bez którego nie można zrozumieć
człowieka. Po latach można jednak odkryć głębię tego przekazu. Swoistą osią
pierwszej pielgrzymki stała się narodowa kultura, będąca wyrazem i
potwierdzeniem człowieczeństwa. Tworząc ją, człowiek tworzy siebie wewnętrznym
wysiłkiem ducha, angażującym myśl, wolę i serce. Na książęcym wzgórzu w Gnieźnie
do młodych Polaków zwrócił się z przypomnieniem: "Kultura jest przede wszystkim
dobrem wspólnym narodu. Ona wyodrębnia nas jako naród". I z pasją właściwą
człowiekowi rozmiłowanemu w polskiej tożsamości prosił ich, by pozostali wierni
temu dziedzictwu, czyniąc je podstawą samowychowania, przedmiotem szlachetnej
dumy. By dzięki ich wysiłkowi dziedzictwo to zostało przechowane, pomnożone i
przekazane następnym pokoleniom, gdyż w nim odzwierciedla się dusza narodu.
Będąc nieustającą szkołą rzetelnego i uczciwego patriotyzmu, kultura narodowa
umie stawiać wymagania i podtrzymywać ideały, by człowiek mógł uwierzyć w swoją
godność. Stamtąd również popłynęło po raz pierwszy wezwanie o konieczności
odkrycia ponownie "dwóch płuc Europy", będące wezwaniem do jedności Europy wokół
jej chrześcijańskich korzeni.
Zaś na Błoniach krakowskich Ojciec Święty zwrócił się wręcz błagalnie do
wszystkich rodaków: "Proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na
imię "Polska", raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością (…), abyście
nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili, abyście nie podcinali
sami tych korzeni, z których wyrastamy". Przypominając sobie ten moment
papieskiego pielgrzymowania, nie mogę inaczej go nazwać jak tylko etapem
wskrzeszania naszej narodowej pamięci. Pamięci, która jest podstawą tożsamości.
Bez niej narody tracą życie, a ludzie stają się wyrzutkami. Odbywająca się pod
hasłem "Gaude Mater Polonia!" pielgrzymka stała się powiewem narodowej wolności,
który owocował w przyszłości. Także dumą z własnej kultury i tożsamości.

Krzesanie mocy (16-22 czerwca 1983 r.)
Druga pielgrzymka była jedną z trudniejszych. Były to lata stanu wojennego i
związanych z nim represji, których nie załagodziło nawet czasowe zawieszenie
jego obowiązywania. Wypowiadając słowa: "Pokój Tobie, Polsko, Ojczyzno moja!",
mówił do braci dotkniętych nieoczekiwanym cierpieniem, które spadło na pełen
entuzjazmu lud. Już na lotnisku w Warszawie porównał pocałunek złożony na ziemi
polskiej do pocałunku złożonego na rękach matki. Matki szczególnej, która wiele
przecierpiała i wciąż na nowo cierpi, a przez to ma prawo do szczególnej
miłości. I dla tej szczególnej miłości starał się wspólnie z rodakami szukać
mocy. Na Stadionie Dziesięciolecia wołał z głębi serca i z mocą odkrywanej
tożsamości: "Pragnienie szlachetnego zwycięstwa należy do chrześcijańskiego
programu życia człowieka. Również i życia narodu. (…) naród nade wszystko musi
żyć o własnych siłach i rozwijać się o własnych siłach. Sam musi odnosić to
zwycięstwo, które Opatrzność Boża zadaje mu na tym etapie dziejów". Zaś
Bogarodzicy o twarzy pooranej bliznami, jak polska ziemia, przedstawił w
modlitwie Naród, który ma "wolę zwycięstwa, która nie opuszcza go pośród
wszystkich dziejowych klęsk i doświadczeń". Młodych na Jasnej Górze Zwycięstwa
wzywał: "Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali. (…)
Dzisiaj, kiedy zmagamy się o przyszły kształt naszego życia społecznego,
pamiętajcie, że ten kształt zależy od tego, jaki będzie człowiek". Kształt
człowieczeństwa budowanego na gruncie polskiej i chrześcijańskiej kultury miał
stanowić o mocy lub bezsilności Narodu, a więc stanowić o jego życiu w pokoju.
Pokój, który jest skutkiem zwycięstwa moralnego. Naród mocny to naród moralnego
zwycięstwa.

Nadzieja z wewnętrznej siły miłości (8-14 czerwca 1987 r.)
Przyszedł potem rok 1987 i po raz kolejny Papież ugiął kolana, by całować polską
ziemię i przekonywać Polaków, że Bóg "do końca ich umiłował". W Gdańsku, stojąc
na ołtarzu jak zakotwiczony okręt, mocą przewodnika powiedział: "Solidarność to
znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we
wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy
"brzemię" dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być
walka silniejsza od solidarności. Nie może być program walki ponad programem
solidarności". Mocą tej solidarnej miłości wskazał niesamowity Boży plan w
Chrystusie, który stając się darem w Eucharystii, udowodnił, iż miłość jest
większa niż wszystko, co człowiek może pomyśleć. Ta miłość "pozwoliła" Ojcu
posłać Syna na świat, by ocalić człowieka, a Syn, ginąc na krzyżu, dał życie. Z
tej prawdy płynęło gorące wezwanie Papieża: "Przyjmij Boga, który jest Miłością.
Czerp z tej Miłości duchową siłę do pracy. Do "pracy nad pracą". Do
solidarności…". Młodych na Westerplatte przekonywał do wysiłku wymagania od
samych siebie, choćby inni nie wymagali: "Każdy z nas ma swoje Westerplatte",
obowiązków wynikających z powołania, których nie wolno zaniechać ani odrzucić
właśnie w imię własnej tożsamości i zachowania własnej godności. W wieczornej
zadumie apelowej u stóp Czarnej Madonny wlewał siłę w serca, wołając, iż istotą
nadziei jest Pawłowe zawołanie: "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem
zwyciężaj!". I wskazał, że prawda ta ma swoje ucieleśnienie w osobie ks. Jerzego
Popiełuszki, którego grób nawiedził mimo sprzeciwu komunistycznych władz. Gdyż
ta prawda, że zło można zwyciężać, stawała się źródłem nadziei. Nadziei – mocy
człowieka, który w darze z siebie odkrywa własną tożsamość.

Rachunek sumienia i siła miłości (1-9 czerwca oraz 13-16 sierpnia 1991 r.)
Wybuchła wolność, a przynajmniej tak nam się wydawało. Lecz Papież
pielgrzymujący do źródeł tożsamości szedł dalej. Przybył w rocznicę Konstytucji
Majowej, która zawsze w naszych dziejach uchodziła za przejaw siły ducha
niepoddającego się nieprzyjacielowi. Jego spojrzenie było jednak głębsze i
dlatego chciał wskazać zagrożenie nawet takiej opoki. Na kieleckim lotnisku
przez łzy napominał, by nie nazywać wolnością tego, co jest właściwie
zniewoleniem. Wskazywał na dojrzałą wolność, na której może się opierać
społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia. I wręcz żądał, by z
tworzenia fikcji wolności zrobić rachunek sumienia u progu III Rzeczypospolitej.
Wszystkim zapadły w pamięć wówczas pełne bolesnej pasji słowa: "Może dlatego
mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja
matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy
lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie
nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć!". Choć słowa te
wypowiedziane były w kontekście czwartego przykazania oraz toczących się w
Polsce sporów o prawną ochronę dzieci od momentu poczęcia, to jednak mają one
swoje znaczenie głębsze, ukazujące ból Papieża Polaka widzącego moralne
zagrożenia dla Narodu. Nad tamą wiślaną we Włocławku upomniał piewców fikcyjnej
wolności, że odkupienie w Chrystusie jest przywracaniem wartości człowiekowi.
"Nie jest dźwiganiem człowieka, nie jest miarą kultury, nie jest miarą
europejskości, na którą tak często powołują się niektórzy rzecznicy naszego
"wejścia do Europy". Przede wszystkim my wcale nie musimy do niej wchodzić, bo
my w niej jesteśmy". We mnie samym pozostają słowa z warszawskiej Agrykoli: "Ja
kocham mój Naród, nie były mi obojętne jego cierpienia, ograniczenia
suwerenności i ucisk, a teraz nie jest mi obojętna ta nowa próba wolności, przed
którą wszyscy stoimy". Podstawę wolności Polaków w nowej rzeczywistości
upatrywał w przykazaniu miłości, poprzez które człowiek odnajduje siebie jako
osoba i jako uczestnik wspólnoty, jako syn czy córka narodu. Miłość przecież
jest gotowością dawania siebie. Jeśli cokolwiek jest trwałego w narodzie, opiera
się na miłości. Nie sposób dzisiaj zapomnieć tamtej lekcji.

Próba sumienia (22 maja 1995 r.)
Piąta pielgrzymka była najkrótsza. W Skoczowie jednak padły słowa broniące
prawego sumienia każdego Polaka. Krytykowane później ostro, były upomnieniem się
o prawo ludzi wierzących do kształtowania społeczności na bazie właściwie
ukształtowanego sumienia oraz obroną wierzących przed "tolerancyjną"
większością. Do zgromadzonych wówczas w Skoczowie Jan Paweł II powiedział:
"Dzisiaj, kiedy zmagacie się o przyszły kształt życia społecznego i państwowego,
pamiętajcie, iż zależy on przede wszystkim od tego, jaki będzie człowiek, jakie
będzie jego sumienie". To wołanie o ludzi sumienia nie przebrzmiało jeszcze w
naszej Ojczyźnie i jest aktualne także w dzisiejszych czasach.

Prawdziwa wolność w Chrystusie (31 maja – 10 czerwca 1997 r.)
Szóste pielgrzymowanie było chyba najdłuższe. Trudno przytoczyć wszelkie myśli,
gdyż ich bogactwo może stać się kanwą niejednych przemyśleń. Lecz dla mnie
znamienne było nieustanne powracanie do przeszłości w imię przyszłości. W czasie
spotkania z młodzieżą na poznańskim placu Adama Mickiewicza mówił o świadomości
przeszłości, tego, co wypracowały pokolenia przed nami, by móc przekazać
następnym pokoleniom wspólne dobro – Ojczyznę. Ją trzeba chronić przed
pseudowartościami, półprawdami, urokiem miraży, by nie tylko nie złamać własnego
życia, ale również by innych przed tym uchronić. W czasie kanonizacji św.
Jadwigi Andegaweńskiej prosił nas, swoich rodaków: "Zastanawiajmy się nad
"polską prawdą". Rozważajmy, czy jest szanowana w naszych domach, w środkach
społecznego przekazu, urzędach publicznych, parafiach? Czy nie wymyka się
niekiedy ukradkiem pod naporem okoliczności? Czy nie jest wykrzywiana,
upraszczana? Czy zawsze jest w służbie miłości?". Pielgrzymując pod hasłem
"Chrystus wczoraj, dziś i na wieki", pytał się nas po prostu o zakorzenienie w
tej formie miłości Boga, która ukształtowała się na naszej ziemi.

Odpowiedzialność i odwaga – prawdziwe człowieczeństwo (5-17 czerwca 1999 r.)
Przedostatni raz przybył do Polski, by dzielić się radością z tego, że "Bóg jest
miłością", która od tysiąca lat jest obecna na polskiej ziemi. W Krakowie zadał
po prostu pytanie: "Co nasze pokolenie zrobiło z tym wielkim dziedzictwem?". To
pytanie trzeba sobie zadać i nieustannie zadawać, by nie okazało się, że "skarb
wiary, nadziei i miłości, który nasi ojcowie ustrzegli w zmaganiach i nam
przekazali, to pokolenie zatraci uśpione, już nie snem wolności, ale wolnością
samą". W imię tego skarbu przypomniał o ogromnej odpowiedzialności, jaka
spoczywa na każdym polskim pokoleniu – za rozwój wiary, za zbawienie
współczesnego człowieka i za losy Kościoła w nowym tysiącleciu. Młodzież zebraną
przy Chrzcielnicy Polski – Jeziorze Lednickim i nas wszystkich wezwał:
"Podnieście głowy. Nie lękajcie się patrzeć w wieczność. Tam czeka Ojciec, Bóg,
który jest miłością. Dla tej miłości warto żyć. Miejcie odwagę żyć dla miłości".
Kształt bowiem człowieczeństwa, budowanego na tysiącletniej kulturze, swoje
spełnienie ma w wieczności. Poprzez tę ziemię, konkretną ziemię i konkretny czas
pielgrzymujemy do Domu Ojca w wieczności.

Tożsamość ocalona (16-19 sierpnia 2002 r.)
Gdy przybył po raz ostatni, na Błoniach krakowskich przepowiadał "Boga bogatego
w miłosierdzie" i prosił usilnie o otwarcie się na objawioną w krzyżu miłosierną
miłość Boga. Z tej miłości płynie zatroskanie o człowieka i o jego godność.
Mówił: "Dzisiaj nadal bądźcie "gotowi świadczyć o sprawie człowieka". Dziś z
całą mocą proszę wszystkich, aby "sprawa człowieka" nie była nigdy, przenigdy
odłączona od miłości Boga. Pomóżcie współczesnemu człowiekowi zaznawać
miłosiernej miłości Boga! Niech w jej blasku i cieple ocala swoje
człowieczeństwo!". Przecież o nic innego nie chodzi, ale o to, by człowiek,
konkretny człowiek, był ocalony i ugruntowany, by istniał zgodnie z zamiarem
Stwórcy i Zbawcy jako Jego obraz i podobieństwo. Ocalić własną tożsamość nic
innego nie znaczy, jak przywracać ludzką tożsamość wszystkim ludziom.

Zamiast zakończenia
Swoje pielgrzymowanie po polskiej ziemi zakończył pożegnaniem w Balicach w 2002
roku: "Mam nadzieję, że pielęgnując te wartości, społeczeństwo polskie, które od
wieków przynależy do Europy, (…) nie tylko nie zatraci własnej tożsamości, ale
wzbogaci swoją tradycję, ten kontynent i cały świat". Droga wyznaczona przez
Jana Pawła II nam, Polakom nowego tysiąclecia i nowej ewangelizacji, jest drogą
trudną i piękną. Ale nade wszystko drogą jedynie prawdziwą. Człowiek, który
realizuje się zakorzeniony w przeszłości i otwarty na doskonałą przyszłość, jaką
jest wieczność, w odpowiedzialności przed prawym sumieniem i przed osądem
przyszłych pokoleń przeżywający swoją codzienność, jest zaczynem nadziei. Jest
nadzieją świata i Boga. Podobno na wieść o zebranych na placu św. Piotra
tłumach, odchodząc do Domu Ojca, Jan Paweł II miał powiedzieć: "Szukałem was.
Teraz przyszliście do mnie!". Polaków szukał w ich rodzinnym kraju, pośród
historii i we współczesności. Dziś, gdy spogląda na nas z okna Domu Ojca, naszym
obowiązkiem jest przyjść do Niego. Drogą Jego pielgrzymowania do tożsamości.
Czas wyruszać w drogę!

Ks. Jacek Wł. Świątek
 

drukuj