Życie w szponach nauki

Tradycja Kościoła przyjmowała, że tak rozum, jak i wiara prowadzą człowieka ku tej samej prawdzie; po prostu ku Prawdzie. Prawda jest jedna, choć drogi, czyli metody do niej prowadzące, mogą być odmienne. To, że człowiek jest wyposażony w rozum, do którego należy zdolność poznania prawdy, jest wielkim darem Bożym, dzięki któremu człowiek może własnym umysłem dotknąć prawdy i zwracać się ku niej wewnętrznym dążeniem ducha.

Decyzja brytyjskiego parlamentu, zatwierdzająca prawo tworzenia hybryd ludzko-zwierzęcych, odbiła się głośnym echem w świecie. Ksiądz arcybiskup Elio Sgreccia, przewodniczący Papieskiej Akademii Życia, w mocnych słowach napiętnował ten krok. W całej historii ludzkości istniała żywa świadomość różnicy między światem ludzkim a światem zwierzęcym. To, co zrobił parlament brytyjski, to jest „horror”, to jest potworność. To nie może nie przynieść fatalnych skutków dla ludzkości (Zenit, EWTN, 20 maja).

Przychodzą mi na myśl słowa Pawła VI, którymi w swojej encyklice zwracał się do uczonych: „Niech niezachwianie trwają w zamiarze popierania zawsze tych rozwiązań, które zgadzają się z wiarą i prawym rozumem” („Humanae vitae”, 27). Niektórzy zwolennicy tak zwanego postępu twierdzą, że decyzja parlamentu brytyjskiego oznacza „zwycięstwo rozumu nad wiarą”. Jednak głębiej patrząc, należy powiedzieć, że jest to zwycięstwo prymitywnej siły i barbarzyństwa nad rozumem i człowieczeństwem.

Krytycznie do tej decyzji odnoszą się nie tylko ludzie wierzący, ale i niewierzący. „Opozycja nie ogranicza się do ludzi wiary” (EWTN, tamże). Podkreśla się także, że jest to decyzja pomijająca całkowicie kryteria etyczne. Dlatego arcybiskup Westminsteru wzywa do powszechnej debaty nad tym, co się stało (Zenit, 26 maja).

Nie skończyła się także dyskusja nad dopuszczalnością aborcji. „Stoimy wobec kwestii podstawowych – jak należy pojmować istotę człowieka” – mówi ks. kard. Cormac Murphy-O’Connor. „Jakich warunków wymaga człowiek dla swego rozwoju? Jakiemu społeczeństwu możemy zawierzyć nasze zdrowie i godność i czy będziemy wzrastać dzięki temu, co jest sprawiedliwe i prawdziwe” – dodaje.

Ksiądz kardynał domaga się ustanowienia Narodowej Komisji Bioetycznej, ponieważ jako społeczeństwo potrzebujemy rozwoju etyki. Etyka musi iść w jednym szeregu z wiedzą, życie publiczne nie może być jej pozbawione. Wypowiadając się w obronie dzieci poczętych, ksiądz kardynał stwierdza, że nie ma żadnych podstaw, by czynić różnice między jednym życiem, które zasługuje na nasz szacunek i ochronę, i drugim, któremu to nie przysługuje. Wprawdzie ksiądz kardynał nie postuluje całkowitego zakazu aborcji, ale domaga się bardziej zdecydowanego jej ograniczenia. Wiedza, jako działalność ludzka, musi respektować oceny etyczne. Nauka nie tworzy norm etycznych; one wynikają z tego, czym jest życie ludzkie, w czym pomaga nam filozofia życia, która także czerpie światło z religii.


„Wiedza nie może zastąpić etyki”


„Rozum i wiara idą razem, a według mnie, wiara wnosi pewną intuicję prawdy, która wspomaga rozum”. Jest to podejście całkowicie zgodne z nauką encykliki „Fides et ratio”.

Postulując stworzenie komisji biotycznej, kardynał zdaje sobie sprawę z ograniczonych możliwości tego ciała. Taka komisja miałaby za zadanie gromadzić doświadczenia z różnych dyscyplin, umożliwiać studia i zaawansowany dialog. Z jej opiniami powinien oczywiście liczyć się parlament. Jednak – jak wynika z kontekstu – sama komisja nie posiadałaby takiego autorytetu, by stała się absolutną wyrocznią w sprawach etyki. Jest zrozumiałe, że w ramach takiej komisji będzie się musiał toczyć dialog między wiedzą i wiarą. Taki dialog jest nieunikniony nie tylko z tego powodu, że w komisji powinni się znaleźć przedstawiciele różnych kierunków myślowych reprezentatywnych dla społeczeństwa, ale także dlatego, że problematyka życia widziana z punktu widzenia etyki nie może zostać w pełni naświetlona z pominięciem przesłanek wiary.

Jan Paweł II napisał, że „Życie nosi w sobie niezatarty zapis swojej prawdy” („Evangelium vitae”, 48). Jednak prawda nie redukuje się do wiedzy naukowej; prawda zakłada zdolność myślenia metafizycznego, które transcenduje poznanie naukowe. Dociekając prawdy życia, nie możemy pominąć pytania o Przyczynę, tę Ostateczną: w przeciwnym razie rozum nie zadowoli się uzyskanymi odpowiedziami dotyczącymi przyczyn skończonych. Pytając o prawdę życia ludzkiego, nie możemy pominąć pytania o jego wymiar osobowy, w którym zakorzenione jest powołanie transcendentne osoby i struktura etyczna jej czynów, kształtujących moralną prawdę życia. Życie ludzkie nie może w żadnym razie stać się obiektem zainteresowania tak zwanych nauk, które obiecywałyby wyczerpujące wyjaśnienie zjawiska zwanego „człowiek”. Wiele z tych „nauk” jest odpowiedzialnych za to, że wielu milionom ludzi w ostatnim stuleciu odmówiono zarówno tytułu człowieczeństwa, jak i prawa do istnienia.


Rozum potrzebuje wiary


Stąd powstaje konieczna i niezastąpiona rola wiary (chodzi o wiarę opartą na chrześcijańskim Objawieniu) w korygowaniu i uzupełnianiu poznania naszego własnego człowieczeństwa. Cała tradycja Kościoła przyjmowała, że tak rozum, jak i wiara prowadzą człowieka ku tej samej prawdzie; po prostu ku Prawdzie.

Prawda jest jedna, choć drogi, czyli metody do niej prowadzące, mogą być odmienne. To, że człowiek jest wyposażony w rozum, do którego należy zdolność poznania prawdy, jest wielkim darem Bożym, dzięki któremu człowiek może własnym umysłem dotknąć prawdy i zwracać się ku niej wewnętrznym dążeniem ducha, i nie musi być skazany na to, aby przyjmować prawdę dawkowaną mu „z góry”, podobnie jak ptak przynosi robaczki pisklętom niezdolnym do samodzielnych łowów. Panujący w wiekach nowożytnych tak zwany kryzys wiary zaatakował bezpośrednio rozum, spychając go na pozycje subiektywizmu i irracjonalizmu, i różnych innych „izmów”, które kończą się na mecie, na której widnieje napis: „nihilizm”.

Gilbert Keith Chesterton powiedział, że „kiedy człowiek przestaje wierzyć w Boga, on nie wierzy w ‚nic’, on wierzy w ‚coś'”. Innymi słowy, kiedy człowiek odwraca się od Absolutnej Osoby, będącej jego wzorem i przeznaczeniem, kieruje się wewnętrznie ku rzeczom tego świata, które absorbują jego rozum, serce i wyobraźnię. Ten zwrot ku rzeczom nie jest jednak bezkarny, gdyż człowiek, wskutek nieugaszonej tęsknoty za Absolutem, zaczyna wierzyć w różne mity: w postęp, w ewolucję, w różne siły kosmiczne i w wiele innych rzeczy. Uzbrojony w narzędzia dostarczone przez naukę i technologię zaczyna wierzyć, że jest panem świata i panem życia i może nim kierować, a nawet stwarzać w razie potrzeby.


Karykatura wiary


Pewnym argumentem przemawiającym za tym, że człowiek jest panem życia, jest fakt niezaprzeczalny, iż człowiek może zabić człowieka (por. „Evangelium vitae”, 66!). Kiedyś prasa światowa donosiła, że zidentyfikowano człowieka (w Rosji), który twierdził, że zabijając seryjnie dziesiątki osób, czuje się równy Panu Bogu: bo może zabijać, kiedy chce. Ten obraz Boga jest akurat odwróceniem prawdy, ale właśnie mity mają to do siebie, że są jakąś karykaturą religii i wiary.

Dlatego należałoby ostrzec arcybiskupa Westminsteru, że w takiej komisji bioetyki dialog będzie się toczył nie tyle między nauką i wiarą, ile między rozumem oświeconym wiarą a zespołem mitów i chorobliwych dewiacji intelektualnych, wynikających z porzucenia prawdy (czego przykład mamy w polskojęzycznej prasie wałkującej temat in vitro). Osobiście uważam, że autentyczny dialog dotyczący życia ludzkiego może się toczyć jedynie w instytucji ściśle naukowej (jak na przykład w Instytucie Studiów nad Rodziną), a nie w jakiejkolwiek instytucji, skazanej na współistnienie z jakimś ciałem politycznym, na przykład rządem czy parlamentem.

Takiej komisji „towarzyszącej” określonym ciałom politycznym (na przykład przygotowującej projekt ustawy dla parlamentu) grozi ryzyko, że dojdą w niej do głosu jakieś naciski lub pokusy w kierunku kompromisu, w imię szlachetnych haseł „dialogu” lub porozumienia między skrajnymi stanowiskami, lub by „wyjść naprzeciw” oczekiwaniom tak zwanych mas społecznych.

Komisja na rozdrożu?

Mówię o tym dlatego, że niepokojąco brzmią zapewnienia przewodniczącego zespołu ds. bioetyki przy prezesie Rady Ministrów Jarosława Gowina, że w sprawie zapłodnienia in vitro skoncentruje się on na wypracowaniu dobrego kompromisu. Co to znaczy? Oby nie to, że celem komisji będzie nie tyle bezwarunkowa obrona prawdy, lecz tylko wypracowanie ugody zezwalającej wprawdzie na prowadzenie procederu zapłodnienia in vitro, ale wykluczającej tworzenie mnogiej liczby tak zwanych zbędnych czy nadprogramowych embrionów.

Interesujące jest, że kokietuje się opinię publiczną obietnicami refundacji („In vitro nie tylko dla bogatych”) lub zapewnieniem, że zakaże się tworzenia i niszczenia embrionów nadliczbowych, natomiast pomija się zasadniczą kwestię etyczną, to jest problem samej procedury zapłodnienia jako sprzecznej z godnością człowieka i świętością powołania małżeńskiego.

Jednoznaczne stanowisko Kościoła w sprawie zapłodnienia in vitro potwierdziła ostatnio Rada ds. Rodziny KEP, stwierdzając m.in., że „Kościół w trosce o wartość życia ludzkiego i o godność jego przekazywania uznaje metodę in vitro za niegodziwą i niedopuszczalną w żadnej formie” (Ustalenia Rady ds. Rodziny KEP, 20 maja 2008 r., familiae.pl).


Etyka nie jest przedmiotem negocjacji


Z punktu widzenia etyki sprawa jest jasna i zawsze była w Kościele stawiana jednoznacznie: nie wolno małżeństwa zamieniać na warsztat technologiczny; człowiek ma prawo być zrodzony, a nie wyprodukowany; rodzice nie mają prawa do dziecka, są bowiem tylko sługami Boga pełniącymi Jego wolę, zapisaną w samej istocie małżeństwa jako sakramentu. To, co tutaj sformułowałem jako zwięzłe streszczenie etyki rodzicielskiej, jest zarówno prawdą rozumową, jak i prawdą wiary.

Ta prawda wiąże człowieka jako człowieka, a więc odnosi się do każdego. Nie można w tym wypadku wprowadzać jakiejkolwiek dyskryminacji między wierzących i niewierzących. Przeciwko takiej dyskryminacji występował także wspomniany arcybiskup Westminsteru. Nie można przecież zgodzić się na to, że godność ludzka przysługiwałaby jedynie wierzącym (gdyż rzekomo tylko do nich odnoszą się Przykazania Boże i zawarta w nich obietnica), a niewierzący byliby skazani na los bezdusznych istot, które byłyby na podobieństwo zwierząt poddane regułom weterynarii i hodowli. Oni też są ludźmi, choć nie zawsze zgadzają się na wszystkie konsekwencje tej trudnej prawdy: nie jest łatwo być człowiekiem.

Dlatego nie wolno nam pominąć tego faktu, że sam Bóg przyszedł, aby pomóc człowiekowi być Człowiekiem – być w prawdzie. I tylko dzięki przyjściu Chrystusa wiele narodów zdołało wydźwignąć się z otchłani barbarzyństwa i wznieść się na poziom kultury godnej człowieka.


Propaganda „in vitro”


Jest czymś bardzo smutnym, że w Polsce cała laicka, pogańsko-europejska prasa propaguje w sposób zaślepiony metodę in vitro, równocześnie oskarżając Kościół katolicki o to, że lekceważy społeczeństwo i z pogardą odnosi się do niewątpliwie szczerych pragnień i dążeń bezpłodnych małżeństw. Prasa ta bowiem nie interesuje się prawdą, tylko uprawia reklamę modnego „biznesu”, który naprawdę oszukuje ludzi, mówiąc, że prowadzi terapię bezpłodności, podczas gdy niczego nie leczy, lecz wprost przeciwnie, poprzez barbarzyńską procedurę niszczy zdrowie, honor i poczucie sensu życia biednych małżonków. W istocie tylko Kościół głosi prawdę, odróżniając dobro od zła, odróżniając to, co odpowiednie dla człowieka, od tego, co jest niegodne i krzywdzące człowieka. I tylko w pismach inspirowanych wiarą katolicką oraz miłością do prawdy można przeczytać, co naprawdę należy myśleć o tej oszukańczej metodzie.

Takim pismem pozytywnym (którego aktualny numer właśnie wpadł mi w ręce w trakcie pisania tego artykułu) jest „Głos dla życia. Magazyn służby życiu i rodzinie” (wydawany w Poznaniu). Aktualny numer „Głosu” poświęcony tej właśnie tematyce nosi osobny tytuł: „Bezdroża in vitro”. Znajdujemy tu dobrze merytorycznie opracowane oświadczenie Rady Społecznej przy Biskupie Poznańskim zawierające ocenę praktyki zapłodnienia in vitro. Jest tu zwięzła synteza tego, co zawiera się dotąd w najważniejszych dokumentach nauki Kościoła. Z kolei ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz pokazuje, w jaki sposób podstępna manipulacja językowa usiłuje przemycić do świadomości społecznej „technologię reprodukcji” jako rzekomo równoznaczną z rodzicielstwem rozumianym zgodnie z prawdą antropologiczną. Następnie prof. dr hab. n. med. Ludwika Sadowska odsłania wszystkie ciemne i tragiczne strony in vitro starannie ukrywane przez propagandę biznesu.


Naprotechnologia – prawdziwe leczenie bezpłodności


Przeciwieństwem oszustwa, którym jest procedura zapłodnienia in vitro, jest nauka, która respektuje obiektywną prawdę życia i płodności na poziomie antropologiczno-osobowym. Nauka ta wypracowała pewną metodę pokonywania trudności napotykanych na drodze realizacji pragnienia rodzicielstwa: jest to tak zwana naprotechnologia, którą omawia Maria Środoń (dyrektor wykonawczy Fundacji MaterCare Polska).

Ta właśnie nauka daje nową szansę leczenia niepłodności, czego pozytywne dowody zostały niedawno przedstawione na sympozjum w Instytucie Studiów nad Rodziną UKSW w Łomiankach. Całościowe spojrzenie na bezdroża etyczne i antropologiczne procedury in vitro zawiera wywiad, jaki przeprowadziła Alicja Bankiewicz z ks. prof. Marianem Machinkiem. Cała ta procedura jest wielką krzywdą, a nawet zbrodnią wobec poczętych dzieci, wobec kobiety i w ogóle wobec rodziny ludzkiej, która traci właściwą sobie tożsamość.

Ksiądz doktor Marek Dziewiecki we właściwym sobie stylu ukazuje wewnętrzne sprzeczności logiczne, psychologiczne i etyczne całej ideologii sterowania „naukowego” sprawami płodności: najpierw niszczy się płodność przez antykoncepcję (co jest refundowane przez państwo), potem refunduje się zabiegi in vitro, niszczące (bo nie leczące niczego) wszystko, co jeszcze pozostało żywe w rodzinie: wiarę, miłość, godność, świętość daru życia, zaufanie do życia…

Mądre małżeństwo nie czyni niczego, co może niszczyć płodność, lecz wypracowuje etyczną kulturę odpowiedzialnego rodzicielstwa (wspomniany numer „Głosu dla życia” zawiera jeszcze inne interesujące materiały, których tu nie omawiam).


Nie dajmy się uśpić


Cała propaganda wokół in vitro jest jakąś niezdrową i podstępną aferą, obliczoną na niszczenie rodziny, zgodnie z planami Unii Europejskiej, dla której niebezpieczne jest wszystko, co wypracował Kościół katolicki w ciągu dwóch tysiącleci w oparciu o wierność Ewangelii. Tworzenie pewnych komisji bioetycznych jest tylko zasłoną dymną dla tych planów, ponieważ takie komisje nie będą w stanie zatrzymać machiny destrukcyjnej rozpętanej przez siły antyrodzinne, stworzą jedynie pozory, że „coś się robi”, a więc nie jest tak źle, jak się komuś wydaje.

Komisje będą działały głównie usypiająco, podczas gdy trzeba wołać głośno i budzić sumienia, jeśli Polska nie ma pogrążyć się w bagnie seksualnej rewolucji. Przynajmniej od dwóch stuleci „naukowcy” czarowali społeczeństwa mitem naukowego postępu, naukowej kontroli, naukowego planowania. Już w roku 1872 anarchista Michaił Bakunin, będąc w opozycji do marksowskich planów „naukowej” kolektywizacji, ostrzegał: „Rząd nie zadowoli się administrowaniem masami w sensie politycznym. On będzie rządził masami ekonomicznie, koncentrując w swoich rękach całe bogactwo surowców i wytworów. To będzie wymagało rządów naukowej elity, najbardziej arystokratycznej, despotycznej i aroganckiej ze wszystkich rządzących elit. W ten sposób powstanie nowa klasa, nowa hierarchia i świat zostanie podzielony na mniejszość, rządzącą w imieniu wiedzy, i ogromną, pozbawioną wiedzy mniejszość. A wtedy biada tej masie społecznej pozbawionej wiedzy!” (za: Thomas Brewton, Dehumanizing Humanity, MichNews, 24 maja).

Dziś różne „elity” usiłują narzucić Polsce swoje myślenie oparte na przestarzałych mitach i skompromitowanych ideologiach. Byłoby dowodem ogromnej głupoty pójść za tego rodzaju sugestiami podpowiadanymi przez antypolskie ośrodki dezinformacji, a porzucić prawdę, którą przyniósł Chrystus, podnosząc człowieka i jego powołanie na niepojęte wyżyny godności i świętości. Chodzi tylko o to, aby Słowo Chrystusa mogło się rozlegać na ziemi polskiej z mocą i jasnością, dosięgając sumień wszystkich Polaków, nawet tych, którzy nie wiedzą, że Bóg się o nich troszczy jak Ojciec.


Ks. Jerzy Bajda
drukuj