Za co urzędnicy nie odpowiadają?

Nawet poważne naruszenia przepisów nie są powodem do wyciągnięcia konsekwencji karnych wobec sprawców. Tak przynajmniej uznali śledczy oceniający pracę urzędników Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

Chodzi o stwierdzone w toku śledztwa „poważne naruszenie przepisów Porozumienia z 2004 roku i Instrukcji HEAD z 2009 roku” w zakresie dotyczącym dysponowania wojskowym specjalnym transportem lotniczym, jakich dopuścili się urzędnicy KPRM. Nieprawidłowości wprawdzie nie miały bezpośredniego związku z przygotowaniem do wizyt z 7 i 10 kwietnia 2010 r. w Katyniu, ale dotyczyły czynności podejmowanych w okresie poprzedzającym katastrofę. Odpowiedzialność za braki – w ocenie śledczych – spoczywa na zastępcy dyrektora Biura Dyrektora Generalnego KPRM Monice Bonieckiej i radcy szefa KPRM w Biurze Dyrektora Generalnego Miłosławie Kuśmirku, w zakresie których obowiązków pozostawało dysponowanie wojskowym specjalnym transportem lotniczym. Oczywiście, co zaznaczyli śledczy, obowiązek nadzoru nad tymi funkcjonariuszami spoczywał na Tomaszu Arabskim, szefie KPRM, który scedował na podległe mu osoby nałożone na niego obowiązki koordynatora.

Liczył się tylko premier
Śledczy, dokonując oceny działań urzędników KPRM, uznali, że koordynacja realizacji zapisów porozumienia była niewłaściwa. Nie ustalano chociażby obowiązkowych limitów dysponowania wojskowym specjalnym transportem lotniczym na potrzeby osób uprawnionych i nie powiadamiano stron o przyznanych limitach. W większości przypadków nie sporządzano zamówień o potrzebie wykorzystania wojskowego specjalnego transportu lotniczego. Do tego ich ewidencja, podobnie jak ewidencja wykonanych lotów, prowadzona była niedbale. Jak wskazali prokuratorzy, urzędnicy KPRM szczegółowiej zajmowali się tylko lotami premiera Donalda Tuska i w tym przypadku opracowywali kompletne zamówienia na usługi specpułku. W stosunku do pozostałych uprawnionych do korzystania z usług tej jednostki KPRM pełniła funkcję „przekaźnika” otrzymanych zawiadomień – a powinna wytworzyć zamówienie na lot i taki dokument powinien być przekazywany dalej. Tu Kancelaria Prezydenta RP była traktowana wyjątkowo, bo jej dokumentów Kuśmirek w ogóle nie przekazywał dalej, gdyż uznał, że KPRP i tak wysyła zawiadomienia do Dowództwa Sił Powietrznych i Biura Ochrony Rządu. Kuśmirek nawet nie próbował sprawdzać, czy zawiadomienia KPRP były skuteczne. W ocenie prokuratury, urzędnicy Biura Dyrektora Generalnego mieli świadomość zakresu powierzonych im obowiązków, ale „co najmniej godzili się na ich wypełnianie niezgodnie z przepisami”. Jak wskazano, działania Kuśmirka były świadomie i w pełni akceptowane przez Boniecką. Tę tezę śledczy potwierdzili w ich zeznaniach oraz poprzez analizę dokumentacji wytworzonej w ramach dysponowania wojskowym specjalnym transportem lotniczym. – Niezgodne z prawem działania podległych urzędników akceptował natomiast szef KPRM Tomasz Arabski, o czym również świadczą jego zeznania – zauważyli śledczy.

Z terminami na bakier
Jako działanie niezgodne z przepisami prokuratorzy wskazali m.in. niesporządzenie przez Monikę Boniecką zamówienia na wykorzystanie specjalnego transportu lotniczego podczas wizyty 10 kwietnia 2010 r. oraz złożenie przez dyrektor Departamentu Spraw Zagranicznych Agnieszkę Wielowieyską wniosku wyjazdowego, dotyczącego wizyty 7 kwietnia 2010 r. , po upływie wymaganego terminu, co skutkowało niezachowaniem wymaganego terminu do złożenia przez Boniecką zamówienia na wykorzystanie specjalnego transportu lotniczego w tym dniu. Uznano jednak, że uchybienia, „łącznie z nieprecyzyjnymi zapisami w ewidencji zawiadomień, dotyczącymi lotów samolotów specjalnych w dniach 7 i 10 kwietnia 2010 r., sporządzonymi przez Radcę Szefa KPRM w Biurze Dyrektora Generalnego Miłosława Kuśmirka, nie miały w konsekwencji wpływu na organizację wizyt, a przede wszystkim na bezpieczeństwo osób korzystających ze specjalnego transportu lotniczego”. O terminowości nie mogło być mowy, bo urzędnicy nawet nie znali obowiązujących norm. Potwierdziła to prokuratura, która wskazała, że „pracownikom KPRM, przygotowującym wizyty Prezesa Rady Ministrów, nie były w większości znane, wymagane przepisami terminy, do złożenia zawiadomienia, a wytłumaczenie w tym zakresie pojawiło się dopiero w ich zeznaniach, na potrzeby wyjaśnienia późnego złożenia wniosku, dotyczącego wizyty 7 kwietnia 2010 roku”. Zresztą prokuratura w toku postępowania „wykazała brak wiedzy urzędników w zakresie przepisów będących przedmiotem ich codziennej pracy”, a dotyczyło to przede wszystkim właśnie Bonieckiej i Kuśmirka. Stąd też nieprawidłowości w ich działaniu nie były incydentalne, a w KPRM od dłuższego czasu kulał cały system dysponowania transportem lotniczym dla najważniejszych osób w państwie. Jednak w stwierdzonych nieprawidłowych działaniach urzędników prokuratorzy nie znaleźli wystarczających argumentów, by uznać, że dokonane zostało przestępstwo przeciw art. 231 ¤ 1 kk. Sprawca musi bowiem poza niedopełnieniem obowiązków wypełnić wszystkie znamiona rozpatrywanego przestępstwa, a zatem również działanie na szkodę interesu publicznego, a takiego nie stwierdzono, uznając, że „niedopełnienie obowiązków wynikających z przepisów Porozumienia z 2004 roku i Instrukcji HEAD z 2009 roku nie miało wpływu na bezpieczeństwo wykonania lotów zarówno 7 i 10 kwietnia 2010 roku, jak i podczas innych działań z udziałem najważniejszych osób w państwie korzystających ze specjalnego transportu lotniczego”.

Siewiernyj? Nie pamiętam
Prokuratura w toku postępowania podjęła próbę odtworzenia, kiedy w oficjalnych dokumentach KPRM pojawiła się informacja o możliwości lądowania na lotnisku Siewiernyj. Jak się okazało, pierwsza taka wzmianka pojawiła się 6 stycznia 2010 r. w e-mailu Emilii Surowskiej z KPRM, jaki wysłała do dyrektor Departamentu Spraw Zagranicznych KPRM Wielowieyskiej i jej zastępców Beaty Lamparskiej i Macieja Pawlaka. Surowska pisała, że do Katynia można polecieć „tutką” z lądowaniem w Smoleńsku, 18 km od Katynia. W maju 2011 r. Surowska zeznała, że na etapie, kiedy nieznana była jeszcze data obchodów w Katyniu, otrzymała z MSZ informację, że możliwe jest lądowanie w Smoleńsku, a po jej otrzymaniu przekazała e-mailem prośbę do Kuśmirka i do wiadomości Bonieckiej o zwrócenie się z pytaniem do specpułku, czy Tu-154M może lądować w Smoleńsku. Odpowiedź twierdząca – od Kuśmirka lub Bonieckiej – przekazana została telefonicznie, z zaznaczeniem, że na lot potrzebna będzie zgoda od MSZ Federacji Rosyjskiej, bo lotnisko jest wojskowe. I taką informację w styczniu 2010 r. Surowska przekazała e-mailem dyrekcji DSZ KPRM. W swoich zeznaniach z sierpnia 2011 r. Boniecka podkreśliła, że nie pamięta, aby udzielała informacji pracownikom Departamentu Spraw Zagranicznych w tym zakresie, a w KPRM nie rozważano technicznych możliwości lądowania Tu-154M w Smoleńsku. Boniecka zaznaczyła też, że nie miała informacji, jakoby lotnisko Siewiernyj było zamknięte. Wcześniej (w maju 2011 r.) niepamięcią w tym zakresie zasłonił się Kuśmirek. Śledczy ustalili, że pierwszym oficjalnym dokumentem w KPRM, w którym pojawia się lotnisko Siewiernyj, było pismo datowane na 15 marca 2010 r., jakie Wielowieyska skierowała do Bonieckiej z prośbą o zarezerwowanie Tu-154M na potrzeby premiera na dzień 7 kwietnia 2010 roku. Podczas przesłuchania Wielowieyska wskazywała, że w toku przygotowań do wizyty w Katyniu strona rosyjska nie proponowała innego lądowiska, zapewniając, że Siewiernyj będzie gotowe do przyjęcia samolotów. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga poinformowała, że aktualnie poza pismem skierowanym do MSW nie ma innych tego typu sygnalizacji w sprawie stwierdzonych przez śledczych uchybień w działaniach urzędników innych jednostek, w tym KPRM. Takie wystąpienia są jednak planowane. Mają one m.in. pomóc w wyciągnięciu od osób odpowiedzialnych za naruszenia konsekwencji służbowych.

drukuj