[WYWIAD] Ks. prof. P. Bortkiewicz: Nie można banalizować i traktować automatycznie sakramentu spowiedzi
Czy rozgrzeszenie może stać się „automatyczne”? W rozmowie o granicach przebaczenia, wolności człowieka i odpowiedzialności spowiedników teolog i etyk ks. prof. Paweł Bortkiewicz ostrzega m.in. przed banalizacją sakramentu pokuty i pojednania oraz fałszywie rozumianym miłosierdziem.
Red. Wojciech Grzywacz: Księże profesorze, ponad 40 lat temu św. Jan Paweł II w adhortacji „Reconcilatio et penitentia” alarmował, że sakrament pokuty jest w kryzysie, który wynika m.in. z utraty poczucia grzechu, na co zwracał też uwagę wcześniej jego poprzednik, Pius XII. Papież pisał o błędnych podstawach, w myśl których np. przebaczenie można otrzymać bez przystępowania do sakramentu pojednania, czy też przez pozbawioną żaru i prawdziwej spontaniczności rutynę w praktykowaniu spowiedzi. Czy nie uważa ksiądz profesor, że dzisiaj te słowa powinny nami jeszcze bardziej wstrząsnąć niż wtedy, kiedy zostały napisane?
Ks. prof. Paweł Bortkiewicz: Zdecydowanie tak. To były słowa z jednej strony bardzo aktualne, a z drugiej strony bardzo prorocze. Rzeczywiście Kościół przeżywał wtedy i przeżywa nadal dość poważny kryzys związany z wieloma niewątpliwie przyczynami.
Z jednej strony można mówić o niektórych nurtach tzw. nowej teologii moralnej po Soborze Watykańskim II, które św. Jan Paweł II wytknął i skrytykował w encyklice „Veritatis splendor”. To były takie nurty, które m.in. głosząc np. tzw. opcję fundamentalną stwierdzały, że – parafrazując Lieberta – uczyniwszy na wieki wybór nie muszę już nigdy wybierać. Raz dokonałem wyboru dobra, to dobro ma charakter fundamentalny i nigdy już tego dobra nie zmienię. To były też nurty, które mówiły o autonomii sumienia, o tym, że sumienie ma charakter kreatywny, nie musi liczyć się z prawem moralnym. Inaczej mówiąc jest kreatorem prawa moralnego, a nie jego lektorem. Nie odczytuje, ale tworzy to prawo moralne.
Z drugiej strony oczywiście były też wpływy kulturowe, chociażby związane z rokiem 1968 i tą rewolucją kulturową, która ogarnęła wówczas świat zachodni i na pewno jeszcze wiele innych przyczyn. W każdym razie na pewno te słowa św. Jana Pawła II były, raz jeszcze to podkreślam, wyrastające z głębokiej troski o Kościół jego doby. Ale dzisiaj, tak jak Pan podkreśla, one jeszcze bardziej powinny nami wstrząsnąć, ponieważ ten kryzys po prostu niestety ale trwa, a nawet się pogłębił.
Sam Pan Jezus zwrócił się do apostołów mówiąc: „Którym odpuścicie grzechy są im odpuszczone, a którym zatrzymacie są im zatrzymane”. Wypowiadając te słowa niejako zakładał możliwość braku rozgrzeszenia, a tymczasem coraz głośniejsze wydają się takie głosy, aby nigdy nie odmawiać rozgrzeszenia, do czego zresztą zachęcał nawet sam papież Franciszek, a co wielu księży naśladuje, powoli także w Polsce, chociaż na razie bardziej chodzi tutaj o Zachód Europy. Czy zdaniem księdza profesora takie wezwanie i taką postawę da się pogodzić z nauczaniem Kościoła i autentycznym rozumieniem miłosierdzia?
To jest rzeczywiście bardzo ważne pytanie, bo z jednej strony sakrament pokuty i pojednania jest sakramentem miłosierdzia, ogromnego miłosierdzia, które wciąż musimy cenić, a i tak nie jesteśmy w stanie, jak śmiem twierdzić, zrozumieć wielkości tego miłosierdzia. Ale oczywiście Bóg wychodząc na spotkanie w tym sakramencie ze swoim miłosierdziem, nadal spotyka się z naszą ludzką wolnością. I tutaj mogą pojawić się rozliczne problemy.
Ja nie mam wielkiego doświadczenia duszpasterskiego, ale niemniej jednak w swoim życiu doświadczyłem takich sytuacji, w których na przykład człowiek przystępujący do tego sakramentu nawet miał świadomość, że nie może otrzymać rozgrzeszenia, bo żyje właśnie na przykład w związku niesakramentalnym i nie zamierza tego zmienić. Ale przychodził po to, żeby przynajmniej wypowiedzieć te rzeczy, te sprawy, te grzechy. Ja oczywiście bardzo ceniłem takie sytuacje i cenię je nadal, bo to jest jakiś wyraz wielkiej pokory, wielkiego uniżenia człowieka. Jednak towarzyszy temu świadomość, z jednej i z drugiej strony konfesjonału, że niestety nie ma warunków do udzielenia rozgrzeszenia.
Ale bywały też sytuacje, powiedziałbym na wskroś cyniczne, kiedy ktoś przychodził na wydarzenie, które ośmielę się nazwać spowiedzią kartkową w tym znaczeniu, że mówił, iż ma kartkę do spowiedzi, bo ma być ojcem chrzestnym czy świadkiem na ślubie, bądź do jakiejkolwiek innej sytuacji sakramentalnej. On przychodził, żeby dopełnić tylko tej formalności, żeby uzyskać podpis i wszelka próba nawet naprowadzenia na rachunek sumienia, na wyznanie grzechów spotykała się z kompletnym niezrozumieniem ze strony penitenta. No nie sposób wówczas udzielać miłosierdzia, kiedy człowiek sam sobie tego miłosierdzia odmawia.
Więc takie sytuacje niestety istnieją. Oczywiście one nie mogą przesłonić zdecydowanej większości sytuacji, w których rozgrzeszenie zostaje udzielone. Ten przepływ miłosierdzia Bożego się dokonuje, ale musimy powiedzieć, że ta cena miłosierdzia jest wielka i są sytuacje, w których rzeczywiście do tego momentu pojednania nie dochodzi ze strony z winy człowieka. Natomiast zgadzam się tutaj z Pańską opinią, że istnieje dzisiaj wielka pokusa banalizacji miłosierdzia. Zapominamy o tym, że nawet w Koronce do Bożego Miłosierdzia mówimy „Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. To jest cena miłosierdzia – bolesna męka Jezusa Chrystusa. Nie można traktować tego miłosierdzia jako banału, jako oczywistości, jako czegoś, co nam się po prostu należy, że tak powiem, z automatu.
No właśnie, skoro rozgrzeszenie miałoby być w jakiś sposób automatyczne, to może też się rodzić myśl po co w ogóle sakrament pokuty i pojednania? Rezygnację ze spowiedzi sakramentalnej na dużą skalę obserwujemy przecież chociażby w Niemczech.
Tak, oczywiście. To jest sytuacja, która od lat niestety nęka zachodnie Kościoły lokalne, choć trzeba też powiedzieć, ponieważ mam pewne doświadczenie posługi duszpasterskiej wśród Polaków w Niemczech, że nasi rodacy w dużej mierze tym trendom się na szczęście nie poddają. W okresie zwłaszcza świątecznym, bo wtedy przebywam w Niemczech, muszę przyznać, że z wielkim wzruszeniem i z wielką satysfakcją przeżywam cudowne chwile w konfesjonale, mogąc słuchać właśnie spowiedzi Polaków.
Ale z drugiej strony wiem też, że nawet dzieci przystępujące do pierwszej spowiedzi, niemieckie dzieci, nie mają w ogóle pojęcia do czego przystępują. Także takim doświadczeniem mogę się podzielić. Tak więc oczywiście w sytuacji, w której banalizujemy grzech, banalizujemy sakrament pojednania, traktujemy go jako rzeczywistość zupełnie automatyczną, może dochodzić do przekonania, że jest to rzecz zupełnie zbędna, jest to rzecz banalna, która nie wymaga i nie musi wymagać od nas żadnego wysiłku. A tak po prostu nie jest.
Popularny jezuita o. Grzegorz Kramer napisał ostatnio, że nie pamięta, kiedy ostatnio odmówił rozgrzeszenia. Odwołał się tu do wspomnianej wcześniej zachęty papieża Franciszka, ale też wyraził przekonanie, że jeśli już ktoś przychodzi do konfesjonału i klęka, to jest to dla niego znak, że potrzebuje przebaczenia. „A to, że nie robi tego, jak ja bym oczekiwał – cytuję tu ojca Kramera – albo przewidziane normy, to naprawdę dla Boga nie jest to problem”. Ale czy aby na pewno to nie jest problem dla Pana Boga?
Trudno mi tutaj oceniać tak do końca te słowa, ponieważ być może rzeczywiście o. Grzegorz Kramer zaznał w swoim życiu duszpasterskim wyłącznie takich sytuacji, w których penitent przychodził spełniając warunki otrzymania rozgrzeszenia. Podkreślam to słowo warunki, bo to słowo nie jest słowem banalnym ani przypadkowym. Ono wyraźnie wskazuje na to, że istnieje zależność otrzymania rozgrzeszenia od pewnych warunków.
Być może o. Kramer w swoim życiu przeżył wyłącznie takie sytuacje, w których te warunki były spełnione przynajmniej w stopniu wystarczającym do tego, aby tego rozgrzeszenia udzielić. Ja wspomniałem o swoich doświadczeniach, które są nieco inne i pamiętam takie sytuacje, w których z wielkim bólem, ale mogłem jedynie udzielić błogosławieństwa na dalsze życie. Natomiast w niektórych sytuacjach oczywiście były takie okoliczności, które wskazywały na to, że można doprowadzić do podjęcia tych warunków.
Jeżeli tak jak wspomniałem ktoś traktował spowiedź wyłącznie czysto formalnie po to, żeby uzyskać podpis, to wystarczyłoby, gdyby rzeczywiście zechciał spełnić te warunki rachunku sumienia, żalu za grzechy, postanowienia poprawy i wtedy przystąpił do spowiedzi, dokonując także sposobnego zadośćuczynienia. Więc tutaj podkreślam, że różnimy się w takim razie swoimi doświadczeniami, ale to nie jest kwestia tylko doświadczeń osobistych. To jest kwestia doktryny Kościoła, to jest kwestia też dyscypliny Kościoła.
Podkreślam to słowo dyscyplina, bo ona jest zawarta w prawie kanonicznym, ona jest zawarta w Katechizmie Kościoła Katolickiego, a więc to nie jest kwestia zupełnie dowolna. To stwierdzenie, że Pan Bóg na pewno by uczynił to, czy owo, przyznam się, że w moim odczuciu jest dość ryzykowne. Nie jesteśmy Panem Bogiem. Natomiast wiemy, co Pan Bóg mówił i jak działał na kartach Pisma Świętego, jak działa właśnie poprzez dyscyplinę i doktrynę Kościoła i w tej sytuacji nie ryzykowałbym tutaj stawiania siebie w miejsce Pana Boga.
Czy zatem jeśli penitent nie spełnia w żaden sposób obiektywnych warunków ważności spowiedzi, a mimo to kapłan udzieli mu rozgrzeszenia, to można nazwać to świętokradztwem?
Na pewno jest to działanie niezgodne z misją Kościoła, tak bym to przede wszystkim określił, ale oczywiście można tutaj zastanawiać się nad tym, czy nie jest to działanie świętokradcze. Pamiętajmy, że kapłan jest szafarzem sakramentu, ale szafarstwo nie oznacza dowolnego dysponowania tym sakramentem, a więc skoro ja sobie uzurpuję prawa niezgodnie z tym, który zlecił mi to szafarstwo, to mogę mówić tutaj o bardzo poważnym nadużyciu. Czy nazwiemy to świętokradztwem, czy nazwiemy to bluźnierstwem, mniejsza może o słowa, choć one są tutaj oczywiście ważne, ale na pewno nie wahałbym się powiedzieć, że jest to bardzo poważne nadużycie.
Chyba warto też podkreślić, że ewentualny brak sakramentalnego przebaczenia nie powinien być traktowany przez penitenta jako kara.
Oczywiście, że tak. Tutaj dotyka Pan bardzo istotnego problemu, bo często właśnie spotykamy się z takimi opiniami, zwłaszcza spotykaliśmy się z nimi w kontekście problemu związków niesakramentalnych i przystępowania, czy też nieprzystępowania tych osób żyjących w związkach niesakramentalnych do Komunii Świętej. Pamiętam jak na konsystorzu poprzedzającym zwołanie synodu poświęconego małżeństwu, kardynał Walter Kasper użył takiej bardzo sugestywnej metafory mówiąc o tym, że w imię świętości Eucharystii skazujemy tych ludzi na śmierć z głodu, pozbawiając ich Chleba Eucharystycznego.
Ja sobie wtedy pomyślałem, że to jest metafora bardzo mocna, ale bardzo nieprawdziwa, dlatego że nawet jeżeli nie mogą ci ludzie przystępować do Ołtarza Pańskiego przyjmując Eucharystię, to mogą przecież korzystać z innych form pokarmu, tak jak człowiek, który z jakichś względów, na przykład glutenowych, nie może przyjmować chleba. W zamian przyjmuje powiedzmy ryż, warzywa czy inne pokarmy, które dają mu siłę życiową. Podobnie człowiek, który nie może skorzystać z rozgrzeszenia i w konsekwencji z sakramentu Eucharystii, może przecież żywić się modlitwą, może żywić się czynami miłosierdzia, rozważaniem Słowa Bożego czy wspieraniem misji.
Istnieje bardzo wiele form takiego działania, które można powiedzieć stanowi właśnie taki pokarm duchowy, który daje temu człowiekowi szansę życia, szansę rozwoju, szansę bycia w bliskości Boga. W takiej formie oczywiście stosownej, proporcjonalnej, ale nie mniej jednak to nie jest skazanie na śmierć i nie można tego traktować ani w kategoriach śmierci, ani w kategoriach jakiejś kary, którą Bóg czy Kościół wymierza. To jest konsekwencja ludzkiej wolności, to jest konsekwencja ludzkich decyzji.
A więc, Księże Profesorze, myślę, że najważniejszy wniosek, jaki płynie z naszej rozmowy to apel, żeby starać się unikać banalizacji tej wielkiej prawdy, która jest zawarta właśnie w sakramencie pokuty i pojednania.
Zdecydowanie tak. Powinniśmy traktować ten sakrament jako sakrament uzdrowienia, jako sakrament wielkiej łaski, sakrament miłosierdzia, ale im bardziej podkreślamy wielkość tego sakramentu, tym bardziej musimy zdawać sobie sprawę, że jest on tak wielki dzięki dziełu zbawczemu Chrystusa. Miarą tego sakramentu jest dzieło zbawcze Chrystusa, jest Jego krzyż, Jego odkupienie, a to wskazuje, że nie można tego sakramentu banalizować i traktować go w sposób automatyczny.
Były takie pomysły, przepraszam, że o tym wspomnę, zupełnie niedawno, gdzie w dobie współczesnej automatyzacji proponowano takie wręcz swoiste „grzechomaty”, a więc przychodzę do odpowiedniej maszyny, tak jak do bankomatu, wpisuję nie tyle kod, ile wpisuję swoje grzechy i otrzymuję z tej maszyny jakąś odpowiedź zalecającą mi pokutę.
To oczywiście jest świadectwem jakiegoś wielkiego cynizmu, jakiegoś wielkiego niezrozumienia istoty tego sakramentu. To jest sakrament osobowego, żywego spotkania człowieka z Chrystusem. Oczywiście za pośrednictwem osoby kapłana, ale to nie jest spotkanie penitenta, grzesznika z kapłanem. To jest spotkanie penitenta, grzesznika z Chrystusem. Człowiek, kapłan pełni tu rolę pośrednika, a więc nie może uzurpować sobie praw boskich, a z kolei penitent musi się liczyć właśnie z tym, że ostatecznie spotyka się poprzez osobę kapłana z samym Bogiem i też musi mieć świadomość tego misterium, tej tajemnicy Boga świętego, Boga miłosiernego, ale też Boga sprawiedliwego, który w tym sakramencie się pojawia.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Wojciech Grzywacz/radiomaryja.pl



