W krainie nowej utopii

Widmo reformy krąży nad polską szkołą od ponad dwudziestu lat, dając asumpt każdej kolejnej ekipie rządowej do zadowolenia. Biurka urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej puchną od projektów, programów pilotażowych, statystyk; pełne ręce roboty mają niezliczone organizacje pozarządowe, stowarzyszenia, fundacje i biznes żerujący na nieustannych zmianach w oświacie.

 
Choć wygląda na to, że na szkole, tak jak na zdrowiu, znają się niemal wszyscy, to o sens tych harców pytają tylko nieliczni: nauczyciele, rodzice, czasem uczniowie. A szkoda, bo troska o dobre wychowanie i wykształcenie dzieci była zawsze priorytetem polskiej rodziny, edukacja – przez wieki prowadzona w domu czy w szkołach zakładanych przez Kościół, a dopiero stosunkowo niedawno upaństwowiona – zajmowała poczesne miejsce w hierarchii celów naszej wspólnoty. Heroiczne zmagania o polską szkołę w dobie niewoli – Września, strajk szkolny; wspaniały owoc wysiłku edukacyjnego II RP w postaci pokolenia „Kamieni na szaniec”, fenomen tajnego nauczania podczas II wojny światowej (ponad półtora miliona uczniów szkół wszystkich szczebli) – to skarbiec doświadczeń i gotowych wzorów do naśladowania. Obok Kościoła, domu rodzinnego, wojska, właśnie szkoła stanowiła kuźnię kształtowania osobowości, charakteru, polskiego stylu życia, patriotyzmu. Dlaczego używam czasu przeszłego? Dziś permanentne reformowanie, czytaj: deformowanie polskiej edukacji, przybrało postać prawdziwej katastrofy w wymiarze państwowym i społecznym. I nie przysłonią tego faktu żadne propagandowe hasła o boomie edukacyjnym, upowszechnianiu matury, wyrównywaniu szans. Nazwijmy rzecz po imieniu: III RP dokonała świadomego demontażu jednego z filarów warunkujących rozwój Narodu, by na zgliszczach klasycznej edukacji zainstalować stricte ideologiczny projekt, doskonale wpisujący się w „ducha czasów” nowej lewicy. Kiedy to się zaczęło? Machina została puszczona w ruch u zarania tzw. transformacji w 1989 roku. Zapowiadały ją słowa młodego Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność”, temat „niechciany”, wywołujący „odruch buntu”, „brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać”. Alergia na patriotyzm, Naród, wartości chrześcijańskie połączyła część tzw. opozycji demokratycznej, która weszła do Unii Wolności, z postkomunistami. Zamiast uwolnić polską szkołę z okowów starego systemu, koryfeusze rewolucji na sztandarach wypisali hasła nowoczesnej, radosnej szkoły, uwolnienia uczniów od nadmiaru encyklopedycznej wiedzy. Do lamusa odesłano przyświecającą edukacji zasadę „semper in altum” – zawsze wzwyż, równając wszystko w dół. System oświaty zdewastowała za rządu AWS – UW tzw. reforma Handkego (podział na 6-letnią szkołę podstawową, 3-letnie gimnazjum i 3-letnie liceum). W ślad za tym poszło drastyczne obniżenie wymagań i poziomu nauczania, rezygnacja z wychowawczej funkcji szkoły, upadek karności i dyscypliny na rzecz destrukcyjnego „róbta, co chceta”. Głosy nawołujące do opamiętania kontrowano, zasłaniając się zaleceniami z Brukseli… „Reformy”, mimo ewidentnych oznak wywołanego przez nie kryzysu, kontynuuje i twórczo rozwija Donald Tusk (z wykształcenia historyk, za doradców mający również historyków) i jego ministrowie: Katarzyna Hall i Krystyna Szumilas. Pod rządami Platformy Obywatelskiej, bez oznak jakiegokolwiek sprzeciwu ze strony PSL, wraz z nową podstawą programową amputowano polskiej szkole historię i literaturę narodową, kwantum przekazywanej wiedzy stale maleje. Wprowadzona mimo potężnych protestów rodziców decyzja o upaństwowieniu 6-latków, a de facto 5-latków (obowiązkowe przedszkole), wskazuje na polityczne motywy tych działań. Współczesna „pierekowka” młodzieży, tym razem przeprowadzana nie pod lufami karabinów, ale w atmosferze przyjemnej zabawy, happeningu (jak premier Tusk nazwał bezczeszczenie krzyża na Krakowskim Przedmieściu), ma ten sam cel co dawniej: ukształtowanie nowego człowieka – bez korzeni, bez tożsamości, bez pamięci, żyjącego tu i teraz, bez odniesień do przeszłości. Taki obywatel krainy nowej utopii bezkrytycznie przyjmie wszystkie „prawdy” wtłaczane mu w głowę w zreformowanej szkole i te płynące ze szczytów władzy. Uwierzy w zapewnienia Donalda Tuska, że „sztafaż polskości to „ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń”. Z uznaniem spojrzy na ministra Radosława Sikorskiego, który zapewni go 1 sierpnia, że Powstanie Warszawskie to „katastrofa”. Będzie wdzięczny prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu i jego ministrowi Tomaszowi Nałęczowi (a jakże – historyk, jak i jego pryncypał), za to, że zapraszają na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego komunistycznego dyktatora Wojciecha Jaruzelskiego, który ma krew na rękach. Doceni troskę minister Szumilas, by nie obciążał swojej głowy nadmiarem wiedzy i zamiast poznawać dramatyczne losy żołnierzy wyklętych, zgłębiał życiorysy naprawiaczy komunizmu. Zaimponuje mu Katarzyna Hall, która podczas spotkania w szkole we Włocławku kazała zasłonić krzyż (symbolizujący męczeństwo ks. Jerzego Popiełuszki) widniejący w centrum panoramy miasta. Neobolszewikom pracowicie rzeźbiącym nową tożsamość naszej młodzieży szkoła oparta na ciągłości tradycji naprawdę nie jest potrzebna.

Małgorzata Rutkowska
drukuj