[TYLKO U NAS] Rolnik z obszaru dotkniętego ASF: Nasi rządzący zostawili nas z problemem. Minister rolnictwa w ogóle nie słucha

W czwartkowej audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja gośćmi byli rolnicy z obszarów woj. warmińsko-mazurskiego dotkniętych tzw. „czerwonymi strefami” wprowadzonymi ze względu na afrykański pomór świń: Dorota Łukaszewska, zajmująca się chowem trzody chlewnej, Lech Głębocki, produkujący prosięta do dalszego chowu oraz Sebastian Lipski. 

Afrykański pomór świń (ASF) to choroba wyniszczająca polskie rolnictwo. Niedawno pojawiło się kolejne ognisko epidemii. Wszyscy trzej goście „Aktualności dnia” pochodzą z województwa warmińsko-mazurskiego, z okolic, które zostały uznane za „strefy czerwone” (Iława, Działdowo i Nowe Miasto Lubawskie), czyli okolic najbardziej dotkniętych ASF.

– 26 lipca wybuchło ognisko w Radomnie. W związku z tym zostaliśmy umieszczeni w „strefie czerwonej”. Jest to obszar zagrożony w promieniu 10 km. W związku z tym nie możemy współpracować z naszymi dawnymi zakładami, nie możemy im sprzedawać świń, ponieważ nasze mięso musi ulec tzw. obróbce termicznej. Są co prawda badania krwi na wirusa, są one ważne 7 dni. Nasze świnie są zdrowe, ale w dalszym ciągu nie mogą być sprzedane normalnie do rzeźni, z którymi kiedyś współpracowaliśmy – mówiła Dorota Łukaszewska.

Wyjaśniła, jakie są skutki takiego stanu rzeczy.

– Z racji tego, że nie mamy sprzedaży, nie mamy pieniędzy na opłaty, nie mamy pieniędzy na zapłatę faktur, na zapłatę kredytów. Nie mamy tak naprawdę racji bytu – zwróciła uwagę.

Wybuch następnego ogniska przedłużył restrykcje o 30 dni. Jak poinformowała Dorota Łukaszewska, potrwają one do 27 września.

Jak tłumaczył inny z zaproszonych rolników, restrykcje i brak sprzedaży powodują, że świnie są poprzerastane, przez co zakłady nie chcą ich kupować, zaś pogłowie w fermach zajmujących się chowem w cyklu zamkniętym wzrasta ponadprogramowo.

Brak rozwiązań dla rolników dotkniętych tymi problemami tłumaczony jest przepisami epidemicznymi.

– Tak naprawdę te świnie są zdrowe. Dlaczego one nie mogą trafić normalnie na sklepowe półki? Dlaczego nie odciąży się rolnika? Przecież maciory nam się proszą i powinniśmy sprzedać tucznika. W miejsce tucznika sprowadzamy warchlaki, a w tej chwili jesteśmy zapchani – zaznaczyła Dorota Łukaszewska.

Podobnie jest w przypadku gospodarstw funkcjonujących na zasadzie chowu otwartego. Jak zaznaczył Lech Głębocki, hodowcy nie odbierają wyprodukowanych przez jego fermę prosiąt.

– Ja też jestem zapchany. Mam ponad 600 prosiąt na stanie i tego nie mogę w ogóle zbyć – przyznał.

Krytycznie odniósł się do działań polskich władz.

– Nasi rządzący zostawili nas z problemem. Gdy przychodzi kataklizm, pokazują się rządzący i każdy próbuje pomagać. Nam nikt nie pomaga. Nikt się nie interesuje, czy my zbędziemy tę trzodę, w jaki sposób ją odchowamy, w jaki sposób opłacimy wszelkie rachunki. O tym nikt nie mówi. Tylko jest ustawa, że to są zagrożone świnie itd., które – tak jak koleżanka mówiła – są przebadane, zdrowe. Z mojej perspektywy to chyba jakaś zmowa dużych firm czy dużych marketów, żeby zwykłe polskie rolnictwo wykończyć, żeby rolnicy, którzy tradycyjnie hodują świnie, nie mieli możliwości produkowania – wskazał rolnik.

Paradoksalnie mięso z „czerwonych stref” jest najzdrowsze, gdyż zostaje wielokrotnie przebadane.

– Mimo to zakłady i markety wykorzystują sytuację i próbują np. kupić te świnie po zaniżonych cenach nawet do 80 proc., wiedząc, że nie mamy wyjścia i po prostu musimy je sprzedać, bo jak ich nie sprzedamy, nie będziemy mieć miejsca na kolejne prosiaki – zaznaczył Lech Głębocki.

Tragiczna sytuacja rolników związana z ASF nadal postępuje. W „strefach czerwonych” następuje masowa likwidacja świń.

– Jak tak dalej pójdzie, to w sklepie nie będzie polskiego schabowego za 15 złotych, tylko niemiecki za 50. Należy pamiętać, że hodowla świń to naczynia połączone. Jak nie będzie świń, to nie będzie naturalnego nawozu, jak nie będzie naturalnego nawozu, to nie będzie pszenicy. Jak nie będzie pszenicy, to nie będzie chleba. Niestety tak to wygląda – tłumaczył rolnik.

Wielką tragedią jest też utylizacja zwierząt, nie tylko chorych, ale mogących mieć styczność z chorymi. W tzw. bąblach, czyli obszarach w promieniu ok. 1,5 km od ogniska zakażenia uśmiercane są wszystkie świnie – nieważne, czy to maciory prośne, prosięta czy tuczniki. W strefie 10 km od ogniska powstaje za to wspomniana „strefa czerwona”, gdzie nie ma odbioru trzody. Zwierząt z „czerwonych stref” nie można wywieźć poza ich obszar. Jeden z gości „Aktualności dnia” porównał je do swoistych „gett”.

Trauma wywołana eksterminacją inwentarza prowadzi nawet – jak podkreśla Dorota Łukaszewska – do prób samobójczych wśród rolników.

Pomimo starań rolników, rząd pozostaje głuchy na ich prośby.

– Minister rolnictwa w ogóle nie słucha. On nie wie chyba o tym problemie, że coś takiego z tego wynika. Jak mówię, jesteśmy zostawienie sami sobie. Nie ma szansy, żeby ktoś mógł nam pomóc – zwrócił uwagę Lech Głębocki.

Sebastian Lipski wypowiedział się z kolei na temat kosztów produkcji, które wzrosły przy 50 proc. spadku cen skupów.

– O jakiejkolwiek opłacalności nie może być mowy, dlatego następuje masowa likwidacja, która w naprawdę niedługim czasie doprowadzi do tego, że nie będziemy mieli w Polsce świń i będziemy uzależnieni tylko i wyłącznie od zachodniej wieprzowiny. Po jakich cenach? Chyba już sami się domyślamy, że bardzo wysokich – mówił gość Radia Maryja.

W ramach przeciwdziałania opłakanym skutkom restrykcji nakładanych na gospodarstwa w związku z ASF, rolnicy postulują za zmniejszeniem populacji dzików, które są wektorem choroby oraz skrócenie czasu kwarantanny z 30 do 15 dni, tak, aby możliwa była sprzedaż trzody chlewnej przed wybuchem kolejnego ogniska, powodującym nałożenie następnej kwarantanny.

Całość rozmowy z przedstawicielami rolników jest dostępna [tutaj]. 

radiomaryja.pl

drukuj