Rząd szuka sposobów na zasypanie dziury w NFZ. Fundusz ma ograniczyć zapłatę za tzw. nadwykonania

Narodowy Fundusz Zdrowia chce ograniczyć zapłatę za tzw. nadwykonania do 40 procent. Naczelna Izba Lekarska ostrzega, że to ograniczy zabiegi i uderzy w zdrowie i życie Polaków. To kolejny pomysł, który ma zasypywać dziurę w NFZ.

Jednym ze 100 konkretów obecnego rządu na pierwsze 100 dni były zmiany w opiece zdrowotnej. Obietnicy Koalicja Obywatelska nie dotrzymała, a minister Maciej Berek odpowiedzialny za nadzór nad wdrażaniem polityki rządu przekonuje, że NFZ nie powinien płacić szpitalom za nadwykonania. Rząd chce zapłacić najwyżej 40 proc. stawek za wykonane przez szpitale tomografie komputerowe, rezonanse magnetyczne czy kolonoskopie. NFZ ma na tym zyskać 800 mln złotych.

– Czy za zrealizowanie tego, co było ponad umowę, mamy płacić 100 proc. czy mamy powiedzieć: to nie jest uczciwe? To nie jest uczciwe, że umawiamy się z tobą na X, a ty robisz dwa razy X i mówisz: proszę mi zapłacić za wszystko, bo w istocie ten jest ten kontrakt – mówił Maciej Berek.

Minister mówił o kwotach, a chodzi o zdrowie i życie Polaków – alarmuje opozycja.

– Znieśliśmy limity na te badania w 2022 roku. Teraz ta koalicja do tego wraca – wskazał Zbigniew Kuźmiuk, poseł PiS.

Propozycja rządu jest nie do przyjęcia – przyznał prezes Naczelnej Izby Lekarskiej, Łukasz Jankowski.

– Nieuczciwe jest postępowanie, które proponuje Fundusz, czyli żeby z datą wsteczną rozliczać świadczenia po niższej cenie niż to zaproponowano. Nieuczciwe jest też dzisiaj porównywanie systemu ochrony zdrowia do fabryki ze śrubkami. To nie jest wina chorego, że zachorował i nie mieści się w limicie – akcentował Łukasz Jankowski.

Rząd chce, aby placówki wykonywały tylko tyle badań i zabiegów, na ile podpisały kontrakt. To oznacza, że część chorych zostanie bez pomocy. W tegorocznym budżecie NFZ brakuje 23 miliardów złotych. Rząd nie ma pomysłu, jak sobie z tym poradzić – podkreślił były wiceminister zdrowia, Janusz Cieszyński.

– Mamy do czynienia z totalnym bankructwem systemu ochrony zdrowia. Jest tylko gigantyczna dziura w budżecie NFZ, a cenę za ich nieudolność mają zapalić pacjenci – zaznaczył Janusz Cieszyński.

Rząd widzi rozwiązanie w konsolidacji zadłużonych szpitali. Do takiego procesu doszło w Bolesławcu i Zgorzelcu – co chwali minister zdrowia, Jolanta Sobierańska-Grenda.

– Cieszę się dlatego, że przede wszystkim jest to pierwsza konsolidacja – mówiła Jolanta Sobierańska-Grenda.

Rząd chce też płacić szpitalom za likwidację oddziałów, które według NFZ są nierentowne. Rozwiązanie krytykuje była minister zdrowia, Katarzyna Sójka.

– Przez dwa lata będzie płacił 50 proc. ryczałtu za to, że ktoś zamknie swój oddział. To jest bezczelność. Nie wiem, skąd znajdują te pieniądze, skoro na normalne świadczenie się pieniędzy nie znajduje – podkreśliła Katarzyna Sójka.

Tymczasem od początku roku w całej Polsce zlikwidowanych zostało już 18 porodówek. Premier Donald Tusk w sprzyjającej mu telewizji przekonywał, że nie jest tak źle, a informację o zamknięciu ostatniej porodówki w Bieszczadach w szpitalu w Lesku to nieprawda – choć od stycznia oddział jest zamknięty na stałe. Za swoje kłamstwo premier nie przeprosił, zrobił to jego rzecznik.

– Bardzo przepraszam, że opinia publiczna została wprowadzona w błąd – mówił Adam Szłapka, rzecznik rządu.

Rząd chce, aby zamykane porodówki zastępowały tzw. pokoje narodzin działające przy szpitalnych oddziałach ratunkowych. Opiekę mają sprawować głownie położne. Rozwiązanie budzi poważne zastrzeżenia lekarzy.

– Co, jeżeli urodzi się dziecko, które wymaga pilnej opieki? Jak będzie zapewniony transport? Jaka jest koordynacja między szpitalami? Tego wszystkiego brakuje – ocenił prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

NFZ ogranicza środki nie tylko dla szpitali. W Łodzi fundusz nie przedłuży kontraktów dla trzech fundacji, które zajmują się psychoterapią ponad 700 dzieci.

TV Trwam News

drukuj