fot. PAP/Marcin Obara

Prof. dr hab. K. Dębski dla „Naszego Dziennika” o „Krwawej Niedzieli”: Mój dziadek nie wierzył, że nacjonalizm ukraiński przybierze taką formę. Był lekarzem. Pomagał ukraińskim rodzinom. Miał dobre relacje z sąsiadami i nie wierzył, że może zginąć z rąk ludzi, z którymi żył po sąsiedzku

Mój dziadek nie wierzył, że nacjonalizm ukraiński przybierze tak straszną formę, że dojdzie do mordów i masakr. Był lekarzem. Pomagał ukraińskim rodzinom, leczył ich dzieci, także tych chłopców, którzy później zostali bojownikami UPA. Miał dobre relacje z okolicznymi mieszkańcami i nie wierzył, że może zginąć z rąk ludzi, z którymi przez długie lata żył po sąsiedzku. Moja babcia była Ukrainką, Kozaczką z Kubania. Tym bardziej trudno było uwierzyć, że nasza rodzina może stać się obiektem nienawiści. Dziadkowie mieli na swoim podwórku wykopaną studnię. Sąsiedzi Ukraińcy takiej studni nie mieli, dlatego przychodzili po wodę do dziadków (…). Gdy jednak przyszły mordy, okazało się, że nawet to stało się powodem do zazdrości i argumentem, że moich dziadków trzeba zabić, bo „oni mają studnię, a my nie” – powiedział prof. dr hab. Krzesimir Dębski, muzyk, kompozytor i potomek kresowej rodziny, w rozmowie z Krzysztofem Gajkowskim z „Naszego Dziennika”.

K. Gajkowski: Pana gniazdo rodzinne to Kisielin na Wołyniu. Czy poznał Pan to miejsce osobiście?

Prof. dr hab. Krzesimir Dębski: Byłem tam kilka razy, choć dziś jest to malutka miejscowość, a właściwie już tylko ruiny. Dawniej było to znaczące miasteczko. Ma ono wspaniałą historię. Założył je wojewoda kijowski Adam Kisiel – znany z „Potopu” Henryka Sienkiewicza – polski senator i etniczny Rusin. Mieszkali tam Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Karaimi, Niemcy, Czesi oraz przedstawiciele innych mniejszości. Można powiedzieć, że żyła tam wielonarodowa i wielokulturowa społeczność tworząca jedną wspólnotę. Kisielin jak w soczewce obrazował różnorodność kresowej Polski. Ten sielankowy krajobraz zniszczyła I wojna światowa, której front wschodni przebiegał od Bałtyku po Karpaty, właśnie przez Wołyń. Kisielin leżał bezpośrednio na linii frontu. Wyniszczająca wojna pozycyjna doprowadziła miasteczko do ruiny, a jego mieszkańców zmusiła do ucieczki. Część ludzi po Wielkiej Wojnie wróciła, by odbudować tam swoje życie. Wtedy pojawili się także nowi mieszkańcy, a wśród nich mój dziadek.

W dwudziestoleciu międzywojennym było to znowu wielokulturowe miasteczko tętniące życiem, otoczone sadami i polami uprawnymi. Ja już tego nie zobaczyłem. Kisielin, jaki poznałem, to mała wieś otoczona pustką. Jadąc ze Lwowa do Kisielina, przemierza się rozległe, puste obszary, na których po ruinach domów, dworów, kościołów czy cerkwi można poznać, że dawniej tętniło tu życie, że istniały majątki, gospodarstwa i sady, gdzie do dziś rosną jeszcze zdziczałe drzewa. Moi dziadkowie mieszkali w zupełnie innym Kisielinie niż ten, który ja poznałem.

Słyszał Pan o ich życiu w tej kresowej kulturowej różnorodności?

– Żyli dobrze z różnymi ludźmi. Chodzili do szkół z dziećmi Ukraińców, Żydów, Ormian, Karaimów i Niemców. Znali się. Kolegowali się. To było naturalne współistnienie. Nie spodziewali się, że różnice kulturowe mogą zostać wykorzystane do dzielenia ludzi i podsycania nienawiści. W tym właśnie kierunku zaczęły jednak zmierzać wydarzenia pod wpływem narastającej agitacji nacjonalistów ukraińskich, rosła nienawiść. Dorośli obserwowali to z niepokojem. W 1939 r. wybuchła II wojna światowa i niemal natychmiast zaczęły się napady na Polaków oraz dobijanie rannych żołnierzy.

Po kampanii wrześniowej Ukraińcy stali się niejako gospodarzami tych terenów, młodzi Niemcy zostali wcieleni do armii, a część z nich wróciła na Wołyń jako okupanci. Dawni sąsiedzi stanęli po dwóch różnych stronach. Policjantami zostali Ukraińcy, którzy wraz z innymi formacjami zorganizowanymi przez Niemców pełnili służbę m.in. jako strażnicy w obozach koncentracyjnych. Brali także udział w straszliwej akcji „Einsatz Reinhardt”, czyli zagładzie ludności żydowskiej na okupowanych terenach. Była to eksterminacja całego narodu prowadzona przez Niemców przy udziale ukraińskich formacji pomocniczych. Wtedy również na terenach wschodnich zaczęły narastać obecne już wcześniej antagonizmy narodowościowe. Już w dwudziestoleciu międzywojennym nacjonaliści ukraińscy podsycali wrogie Polakom nastroje. Gdy w 1939 roku polska obrona się załamała i żołnierze wracali do domów, zdarzało się, że nie docierali do swoich rodzin, ponieważ zostali zabici przez nacjonalistów ukraińskich. Te podsycane antagonizmy stawały się coraz bardziej niebezpieczne.

W jakich okolicznościach Pana rodzina musiała opuścić Kisielin?

– To była niedziela 11 lipca 1943 roku. Tego dnia nacjonaliści ukraińscy dopuścili się licznych ataków na polskie osady, wsie i kościoły katolickie. Wymordowano około 100 tys. Polaków. Moi rodzice, tata miał wtedy 18 lat, a mama 16, byli w kościele. Znajdowali się tam, gdy Ukraińcy zaczęli atakować i mordować ludzi. W świątyni zgromadziło się około 80 osób. Wierni zamknęli drzwi, ale nie wszyscy chcieli uwierzyć, że dojdzie do mordu. Przecież za drzwiami stali ich sąsiedzi, znane twarze ludzi, z którymi przez wiele lat łączyły ich zwykłe sąsiedzkie relacje.

Gdy drzwi otworzono, posypały się strzały i rozpoczęła się rzeź. Mordowano zarówno w kościele, jak i na zewnątrz pod murem i pod dzwonnicą. Z opowieści słyszałem, że jeden z bojowników UPA po zabiciu młodej kobiety zerwał z niej zakrwawiony sweter i wymachiwał nim, jakby był jego trofeum. Polacy byli nieuzbrojeni, a napastnicy mieli broń otrzymaną od Niemców, a poza tym posługiwali się gospodarskimi narzędziami. Idąc do kościoła, Polacy nie zabrali ze sobą niczego do obrony. Była to walka z góry skazana na niepowodzenie. Atak był dla nich całkowitym zaskoczeniem. Ginęli bezbronni, nierzadko także torturowani.

Broniono się tylko tym, co było pod ręką. Pomagało jedynie to, że wojewoda Adam Kisiel zbudował świątynię z murami o charakterze obronnym. Z okien, zza grubych murów, rzucano w napastników cegłami zgromadzonymi do remontu, który był potrzebny jeszcze po zniszczeniach I wojny światowej. Rzucono także maszynę do szycia przechowywaną przez księdza w jednym z pomieszczeń. Tyle mogli zrobić. Okna znajdowały się bardzo wysoko, a plebania również była na piętrze, dlatego napastnicy musieli wspinać się po drabinach, aby dostać się do środka. Moi rodzice ukryli się właśnie na górze.

Pierwszy atak uderzył w tych, którzy znajdowali się w nawie głównej. Zostali wywleczeni z kościoła i zadźgani nożami oraz sierpami. Potem zaczął padać deszcz i napastnicy nieco osłabli w swoim szaleństwie. Wtedy moim rodzicom udało się uciec.

A dziadkowie?

– Mój dziadek nie wierzył, że nacjonalizm ukraiński przybierze tak straszną formę, że dojdzie do mordów i masakr. Był lekarzem. Pomagał ukraińskim rodzinom, leczył ich dzieci, także tych chłopców, którzy później zostali bojownikami UPA. Miał dobre relacje z okolicznymi mieszkańcami i nie wierzył, że może zginąć z rąk ludzi, z którymi przez długie lata żył po sąsiedzku. Moja babcia była Ukrainką, Kozaczką z Kubania. Tym bardziej trudno było uwierzyć, że nasza rodzina może stać się obiektem nienawiści.

Dziadkowie mieli na swoim podwórku wykopaną studnię. Sąsiedzi Ukraińcy takiej studni nie mieli, dlatego przychodzili po wodę do dziadków. Korzystali z ich życzliwości i wydawałoby się, że powinni być za to wdzięczni. Gdy jednak przyszły mordy, okazało się, że nawet to stało się powodem do zazdrości i argumentem, że moich dziadków trzeba zabić, bo „oni mają studnię, a my nie”.

Nie zabito ich jednak od razu. Ukraińscy bojownicy UPA potrzebowali lekarza. Pojmali dziadków, przetrzymywali ich i wozili ze sobą, zapewne po to, aby dziadek leczył rannych. Później postanowili pozbyć się ich jako świadków swoich zbrodni. Zostali zamordowani.

Czy historia Pana dziadków i rodziców była w domu rodzinnym tematem rozmów?

– Tak. Były rozmowy, ale były też szczególne ku temu okazje, jak spotkania Wołyniaków ocaleńców z tamtych strasznych dni. To byli ludzie, którzy przedostali się do centralnej Polski i tutaj od nowa układali sobie życie. Moi rodzice najpierw znaleźli się w Zamościu. Potem walczyli w 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Ludzie stamtąd, koledzy i koleżanki moich rodziców, żołnierze i sanitariuszki spotykali się u nas w domu. To środowisko trzymało się razem.

Wśród nich był także Henryk Cybulski, podoficer Wojska Polskiego, wywieziony w czasie wojny przez Sowietów na Syberię, z której wrócił pieszo. Brał czynny udział w obronie Polaków w Przebrażu przed oddziałami UPA. Po wojnie napisał książkę „Czerwone noce”. Często bywał u nas w domu.

Wówczas mój ojciec zaczął zajmować się upamiętnianiem tych wydarzeń. Spisywał relacje świadków i nazwiska ofiar, stając się historykiem amatorem. Tworzył również ilustracje przedstawiające wołyńskie kościoły, które zostały zebrane w wydanym przez IPN albumie „Kościoły i kaplice na Wołyniu z obrazami Włodzimierza Sławosza Dębskiego”.

Wołyniacy i ocaleńcy – jacy to byli ludzie?

– To byli ludzie bardzo serdeczni, mieli w sobie wschodnią wylewność. Wszyscy czuliśmy się jak rodzina. Tym bardziej że byliśmy niejako obcymi w innych środowiskach. Rodzice po wojnie mieszkali najpierw w Wałbrzychu, a później w Kielcach. Niektórzy nazywali nas nawet „ruskimi”. Gdy przeprowadziliśmy się do Lublina, nawet tam patrzono na nas jak na podejrzanych przybyszów ze Wschodu.

Dlatego Wołyniacy chcieli się spotykać i jeździli na spotkania organizowane w różnych miejscach. Tam poznawałem zarówno moich rówieśników, jak i przedstawicieli starszego pokolenia. Było wiele rozmów i wspomnień zarówno o dobrych czasach sprzed wojny, jak i o tragicznych dniach wołyńskich mordów.

Czy jeżdżąc na Ukrainę, odwiedzając Kisielin, rozmawiał Pan o zbrodni wołyńskiej z Ukraińcami?

– Próbowałem, ale tam nie ma o czym rozmawiać. Ukraińcy albo nie wiedzą, o czym mówię, albo udają, że nic o tym nie wiedzą. Nie spotkałem Ukraińca, który wiedziałby cokolwiek na temat tego, że UPA była organizacją odpowiedzialną za ludobójstwo.

A dziś kult UPA się odradza.

– Odradza się, i to bardzo silnie. Wpłynęła na to także wojna z Rosją, ponieważ Putin uzasadniał atak na Ukrainę hasłem walki z faszyzmem. Ukraińcy zaczęli więc bronić własnej tożsamości i usprawiedliwiać kult UPA jako coś potrzebnego i słusznego, tym samym, moim zdaniem, wpisując się w narrację putinowskiej propagandy.

Teraz nadają imię Stepana Bandery jednostce wojskowej.

– Obawiam się, że ten problem będzie narastał. Ukraina decyduje się na takie kroki, a przecież chce wejść do Unii Europejskiej, gdzie nie ma miejsca na gloryfikowanie ideologii totalitarnych. W Niemczech obowiązują bardzo surowe kary za propagowanie faszyzmu. Ukraińcy zachowują się tak, jakby nie zdawali sobie z tego sprawy, a jednocześnie oddają cześć ludziom, których poglądów tak naprawdę nie znają. Nie znają tekstów Bandery ani Szuchewycza. Słyszeli o nich, ale nie poznali ich poglądów. To wielki błąd, ponieważ jestem przekonany, że gdyby przeczytali ich pisma, otworzyłyby im się oczy. To teksty napisane bardzo prostym językiem, mówiąc delikatnie – o niskim poziomie literackim. Są to zideologizowane programy, które trudno się czyta i które nie przystają ani do naszych czasów, ani do poziomu współczesnej kultury. Dziś trzeba apelować także do Ukraińców, aby sięgnęli po te teksty i przekonali się, kogo stawiają na piedestale. Dziwi mnie, że świat tak bardzo się zmienia, a jednocześnie tak anachroniczne poglądy nadal znajdują swoich wyznawców, którzy ślepo w nie wierzą.

Prawda historyczna może być tym fundamentem, na którym uda się zbudować z Ukrainą lepsze sąsiedzkie relacje?

– Wierzę, że da się jeszcze zbudować normalne relacje. Potrzeba jednak pracy i budowania rzetelnej świadomości historycznej. Jeszcze przed wojną widziałem w Kijowie paradę młodych ukraińskich nacjonalistów, wśród których byli i tacy, którzy z dumą hajlowali w mundurach SS-Galizien. Oni nie rozumieją, czym była ta formacja i jaka ideologia za nią stała. Trzeba wrócić do prawdy historycznej. Trzeba pokazać, że to, co dzieliło nas w sąsiedzkim życiu, nie było warte eskalacji, nienawiści i mordów. Przecież mamy wspólną historię, którą trzeba poznać i zrozumieć, aby móc ją docenić.

Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Gajkowski/Nasz Dziennik/radiomaryja.pl

drukuj