Operacja „Florek”

Rażący brak wyczucia Biura Ochrony Rządu. Operacji zabezpieczającej związanej z pogrzebem prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki nadano kryptonim „Florek”

10 kwietnia 2010 roku. Na miejsce katastrofy smoleńskiej skierowano trzech funkcjonariuszy BOR oraz pracowników Ambasady RP w Moskwie. Rosjanie około godz. 15.00 podjęli decyzję o wynoszeniu ciał z wraku samolotu pod mur oddzielający lotnisko od miejsca katastrofy. Teren został podzielony na 13 sektorów, a ciała układano w miejscach odpowiadających sektorowi, w którym je znaleziono. Cezary K. z BOR podkreślał w prokuraturze, że prowadzący czynności śledczy „poprosili nas o pomoc przy rozpoznawaniu zwłok i ewentualnym zabezpieczaniu niejawnych dokumentów oraz broni naszych funkcjonariuszy”. Jak zeznał inny oficer BOR Krzysztof P., ze względu na to, że grupa liczyła zaledwie kilka osób, „postanowiliśmy się skupić na identyfikacji ciał wynoszonych na przygotowaną folię”.

Trzeci funkcjonariusz BOR, Andrzej R., podkreślił w prokuraturze: „zależało nam na tym, aby być na miejscu, gdy odnalezione zostanie ciało prezydenta”. Stało się to około godz. 19.30 czasu rosyjskiego, a ciało zauważył konsul Stanisław Łatkiewicz, który zaraz dał znać funkcjonariuszom Biura Ochrony Rządu. – Zobaczyłem to ciało, jak leżało już na noszach, na skraju miejsca katastrofy, było to mniej więcej pomiędzy częścią środkową samolotu a jego częścią ogonową – mówił w prokuraturze Andrzej R., dodając, że było pozbawione ubrania i widoczne były obrażenia. – Dlatego na moją prośbę przykryto je prześcieradłem – zaznaczył. – Uszkodzenia ciała były duże (…). Zwłoki prezydenta były stosunkowo czyste i rozpoznałem też kolor włosów i fryzurę – relacjonował Cezary K. Oficerowie i konsul jednak nie potwierdzili Rosjanom kategorycznie, że to jest ciało polskiego prezydenta. – Chcieliśmy mieć kontrolę nad tym, co się z tym ciałem dzieje, żeby nie zabrali go jako zidentyfikowane – podkreślał Andrzej R.
Gdy wieczorem Rosjanie chcieli wywozić ciała ofiar do Moskwy, sprzeciwił się temu konsul Łatkiewicz. – Na moją prośbę Rosjanie odstąpili od zamiaru przeniesienia ciał prezydentów i marszałka Putry z miejsca katastrofy do czasu przyjazdu Jarosława Kaczyńskiego i premiera Tuska – przyznał konsul.
Andrzej R. zeznał jeszcze, że widział także odnalezione już dwie czarne skrzynki, które były pilnowane przez Rosjan. – W mojej ocenie, wyglądały na nieuszkodzone – stwierdził. Zrobił im zdjęcie, które wieczorem pokazał szefom Ministerstwa Obrony Narodowej i Ministerstwa Sprawiedliwości.
Pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego odbył się w Krakowie 18 kwietnia 2010 r., towarzyszyły mu uroczystości żałobne. Uczestniczyli w nich przedstawiciele władz państwowych i goście z zagranicy. Biuro Ochrony Rządu zorganizowało w tym celu operację ochronną, która jak wynika z kart ewidencji funkcjonariuszy, miała kryptonim „Florek”. Odbywała się ona między 17 a 19 kwietnia w Warszawie i Krakowie.

Głuchy telefon
Kasowanie pamięci telefonów komórkowych, zamęt na miejscu katastrofy, brak poszanowania dla ciał ofiar tragedii – taki obraz po katastrofie smoleńskiej wyłania się z zeznań naocznych świadków.
Iwona K., żona jednego z funkcjonariuszy BOR, która wraz z mężem przebywała wówczas w Rosji, relacjonowała, że 10 kwietnia 2010 r. około godz. 15.00-16.00 czasu lokalnego rozmawiała z córką przebywającą w Moskwie. Nagle rozmowa została rozłączona, ekran zrobił się biały, zniknął obraz – powiedziała śledczym. Postanowiła wyłączyć i włączyć telefon i zaraz zadzwoniła córka. – Było to jedyne od rana połączenie, które zostało w historii połączeń mojego aparatu z tego dnia, do momentu wylogowania mnie z sieci – podkreśla. Jak dodaje, jej córce także zniknęło archiwum połączenia. Jej mąż Gerard K. przyznał, że wykazy połączeń „zostały wymazane” również z aparatów telefonicznych pracowników Ambasady RP w Moskwie. Stało się to właśnie między godziną 15.00 a 16.00 czasu rosyjskiego. – Pierwszy raz w życiu mi się to zdarzyło – nie ukrywał zdumienia. Również z jego służbowego aparatu i telefonów innych funkcjonariuszy BOR „poginęły” niektóre połączenia. Natomiast widniały one na billingach telefonicznych. Według Gerarda K., to najprawdopodobniej efekt zamierzonych działań służb rosyjskich. – Słyszałem od córki, która studiowała w Moskwie, że jak były wybuchy w metrze moskiewskim, to jej znajomej też zginęły wykazy połączeń – stwierdza.

Ludzie w kitlach
O zamęcie na miejscu katastrofy świadczy informacja o rzekomym, niewyjaśnionym ostatecznie do dziś odnalezieniu trzech osób z oznakami życia. Dyplomata Tomasz Turowski, który pobiegł wraz z innymi pracownikami na miejsce, gdzie leżał wrak, relacjonował śledczym, że jeden z pracowników FSB powiedział mu, iż trzy osoby dawały „żyzniennyje riefleksy”, co jednak opisał jako odruchy bezwarunkowe, obecne nawet po śmierci. Informację tę przekazał naczelnikowi w MSZ Dariuszowi Górczyńskiemu. Zeznał on w prokuraturze, iż sytuacja wyglądała tak, że „trzy osoby przeżyły i w ciężkim stanie zostały przewiezione do szpitala”. Zapytał o to Pawła Kozłowa z FSO, który jednak nic o tym nie wiedział. – W pewnym momencie zauważyłem ludzi w kitlach, powiedzieli, że trzy osoby zabrała karetka – relacjonował z kolei śledczym Jarosław Drozd, konsul generalny RP w Sankt Petersburgu. Po sprawdzeniu wszystkich szpitali informacji tej nie potwierdzono. Zaczęła jednak żyć własnym życiem, przekazywano ją bowiem innym osobom.

Zakaz fotografowania
Funkcjonariusze BOR, którzy przyjechali z Katynia, robili wiele zdjęć, podobnie jak pracownicy ambasady. Jednak Turowski zabronił jednej z tych osób dalszego fotografowania. – Powstrzymałem panią J. przed wejściem na teren wypadku i dalszym filmowaniem, aby nie utrudniać dalszej pracy służbom ratowniczym – relacjonował w prokuraturze. – Ktoś ze strony polskiej zakazał mi robienia zdjęć – stwierdziła sama Emilia Jasiuk, dodając, że „wykonała kilka zdjęć aparatem komórkowym”. Z tego, co Turowski mówi, wynika, że to przy nich teren otoczono taśmami i nie wpuszczano poza nie osób postronnych. Jednak jeden z polskich konsuli zeznał, że jak przybiegli, a biegł razem z Turowskim i innymi pracownikami ambasady, taśmy już były umocowane. Z innych zeznań wynika, że funkcjonariusze rosyjscy pilnowali tylko, żeby nikt nie wchodził poza taśmy, nie ingerowali zaś w to, co działo się za nimi.

Zenon Baranowski

drukuj