fot. PAP

Kopacz nic nie zrobiła, aby zażegnać konflikt

Z dr. Jackiem Krajewskim, prezesem Federacji Porozumienie Zielonogórskie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Doktorze, minister zdrowia Bartosz Arłukowicz winą za problemy pacjentów z dostępem do świadczeń medycznych obwinia lekarzy, z kolei lekarze winią resort zdrowia. Gdzie w tych przepychankach jest pacjent?

– Tak naprawdę minister Bartosz Arłukowicz ustawił całą rozmowę na ścieżce wojennej. Zaangażował siły i wszystkie instytucje mu podległe do tego, aby zastraszyć całe środowisko lekarzy, którzy nie podpisali kontraktów na ten rok. Zdajemy sobie sprawę z tego, że w pewnym momencie ten upór może osłabnąć, że zwyczajnie lekarze wrócą do pracy. Tak czy inaczej to minister zdrowia doprowadził do tego, że w akcie desperacji nie otworzyliśmy gabinetów, a powodem tego było to, że nie mieliśmy umów, które skończyły się z dniem 31 grudnia.

To może trzeba je było podpisać…?

– Niestety warunki, jakie nam postawiono, były nie do przyjęcia. W tym wszystkim minister zdrowia jako konstytucyjny przedstawiciel rządu, który ma obowiązek dbać o bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów, stwierdził, że ma plan B i spokojnie sobie poradzi bez lekarzy. W związku z tym argumentując, że ma na wszystko sposób, wziął na siebie odpowiedzialność, fundując niewygodę pacjentom. Mamy dziś sytuację, kiedy minister toczy z lekarzami wojnę, co niestety odbija się na pacjentach.

Spór  lekarzy z rządem sięga zenitu, tymczasem patrząc wstecz, to lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego zawierali umowę z PO, z Donaldem Tuskiem i Ewą Kopacz…

 – To prawda, w 2007 r. liczyliśmy, że podstawowa opieka zdrowotna będzie fundamentem systemu ochrony zdrowia. Wówczas na nasze postulaty czy też wnioski odpowiedziała Platforma Obywatelska i właściwie z żadnej innej strony nie było zachęty, żeby modelować ten system ustawami czy uchwałami na szczeblu Sejmu czy rządu. W związku z tym uznaliśmy, że skoro ta partia zobowiązuje się do pewnych działań w tym kierunku, to może jest to dobry sposób na to, żeby poprawić funkcjonowanie POZ i doprowadzić do tego, że do POZ przyjdą lekarze, którzy z tą dziedziną zwiążą swoją przyszłość, tym samym służąc pacjentom. Chodziło o poprawę jakości świadczeń i stworzenie warunków, w których będzie tak, jak w tej dziedzinie powinno być, tak jak w innych krajach, gdzie POZ jest naprawdę mocna i dojrzała, gdzie tak naprawdę cała podstawa ochrony zdrowia opiera się i zależy od POZ. Prawda jest bowiem taka, że tam, gdzie źle funkcjonuje POZ, tam kuleje cały system. Uznaliśmy, że jeżeli program PO zostanie pod tym kątem przygotowany, to warto go poprzeć. Poszło to tak daleko, że jeden z naszych liderów Marek Twardowski został wiceministrem zdrowia. Byliśmy przekonani, że to wszystko pójdzie w dobrym kierunku.

Dziś już tak nie uważacie…?

– Niestety… Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Teraz już nie mamy żadnych złudzeń, że ta ekipa ma jakikolwiek sposób czy pomysł na polityczną działalność i poprawę niewydolnego systemu ochrony zdrowia.

Czy zatem lekarze POZ są zawiedzeni poczynaniami rządu PO – PSL?

– W pewnym momencie działania tej ekipy spowodowały podwyższenie finansowania POZ – tak było chociażby w 2008 r., zresztą w ogóle nastąpiły podwyżki płac w służbie zdrowia, ale poza tym mieliśmy jedynie drobne korekty i tak na dobrą sprawę, jeśli chodzi o finansowanie POZ, pozostało ono na tym samym poziomie. To z kolei spowodowało, że POZ przestała być atrakcyjnym miejscem pracy dla młodych lekarzy. W efekcie do POZ przychodzili, jeżeli w ogóle przychodzili, nie młodzi, ale starsi lekarze. POZ zaczęła się wyludniać, ale wcale nie spadła liczba pacjentów, wprost przeciwnie, coraz więcej pacjentów przypada na jednego lekarza, podczas gdy zaczęło brakować rąk do pracy. Dzisiaj przeciętny wiek lekarza w POZ to pięćdziesiąt kilka lat. Reasumując, zarówno sposób finansowania, jak i rozwój kariery lekarzy stanął w miejscu. Zahamowano drogę w kierunku dalszej specjalizacji, a lekarz POZ może się specjalizować tylko w medycynie przemysłowej, geriatrii oraz gerontologii. Nic zatem dziwnego, że wielu młodych lekarzy uznało, że jest to hamulec dla ich dalszego rozwoju, i wybrało inne dziedziny, które dają większe możliwości. Tak więc ten rząd nie spełnił naszych oczekiwań, gdy chodzi o rozwój, mało tego, w ostatnich trzech latach minister zdrowia nawet odwrócił bieg spraw, bo medycyna rodzinna jest rzadko wybieraną specjalizacją, jest w odwrocie. Zaangażowano pediatrów i internistów, którzy przyjmują dzieci i dorosłych, natomiast nie ma dziedziny, która umożliwiałaby objęcie specjalistyczną opieką całej rodziny. Wygląda na to, że działania obecnej ekipy idą w kierunku wyeliminowania medycyny rodzinnej z systemu ochrony zdrowia.

NFZ zapowiada, że lekarze, którzy nie otworzą gabinetów, nie otrzymają pieniędzy za każdy dzień, w którym nie będą pracować. Nie obawia się Pan, że widmo utraty tych pieniędzy zmusi lekarzy do ustępstw?

 – Owszem, jest to jedno z zagrożeń, ale nie oznacza to, że przestaniemy protestować. To jest jakby sprawa naturalna, że skoro nie pracujemy, to nie możemy otrzymywać wynagrodzenia. Myślę, że jest to bardziej uczciwe postawienie sprawy niż zastraszanie i groźby, które wytacza przeciwko nam minister Arłukowicz i podległe mu służby, łącznie z zapowiedzią tworzenia nowych podmiotów w POZ i warunków dla tworzenia nowych firm. Nie bardzo jednak wiem, skąd minister zdrowia weźmie lekarzy, żeby zrealizować swój plan. Polska jest krajem, gdzie na tysiąc mieszkańców przypada najmniej lekarzy w Europie. Dlatego w mojej ocenie należałoby bardziej zadbać o to, aby istniejące kadry miały satysfakcję i motywację do pracy, niż rozpoczynać walkę, jak to robi Bartosz Arłukowicz.

Przeciwko komu skierowany jest protest lekarzy?    

– Przeciwko złym, chaotycznym i nieprzemyślanym rozwiązaniom fundowanym przez ministra zdrowia, których konsekwencje usiłuje się zrzucić na ludzi – lekarzy. Są to decyzje, które mogą być obciążone ogromnym ryzykiem dla pacjenta w wyniku postawienia złej diagnozy pod presją czasu. To, co swoją arogancją niszczy minister Bartosz Arłukowicz, stwarza poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa i dobra pacjentów.

Jednak wśród pacjentów, którzy dziś odbijają się od drzwi zamkniętych gabinetów, funkcjonuje przekonanie, że lekarzom zależy tylko na pieniądzach.

– Może w tej sytuacji warto powiedzieć, o jakich pieniądzach mówimy. Nie wiem, czy wszyscy pacjenci mają świadomość, że obecnie miesięczna stawka na jednego pacjenta to jest 8 złotych. Nie za każdą wizytę, ale za cały miesiąc – niezależnie od tego, czy pacjent przychodzi po poradę jeden raz, czy np. pięć razy, czy nawet codziennie. W przypadku dużego rejonu, obejmującego np. 2 tysiące pacjentów, jest to 16 tysięcy złotych. Dodatkowe korektory obejmują np. dzieci w wieku do 6 lat, pacjentów między 7. a 19. rokiem życia oraz pacjentów powyżej 65. roku życia, oraz chorych na cukrzycę i z dolegliwościami układu krążenia. Z tych pieniędzy lekarz musi opłacić czynsz za praktykę, media, ubezpieczenie, opłacić pielęgniarkę, która w tej praktyce pracuje, ponadto pokryć koszty leków, jakie w ramach tej praktyki doraźnie otrzymuje pacjent, a także zapłacić za wszystkie badania, które zleca pacjentowi w ramach opieki. I tak naprawdę z tej sumy, pomijając już odpowiedzialność i wkład pracy, lekarzowi pozostaje niewielka suma, najczęściej jest to 10-15 proc., jakie przysługują na utrzymanie danej praktyki. Chcę zatem rozwiać mit o tym, że lekarze rodzinni zarabiają nie wiadomo jak duże pieniądze. Natomiast to, że krzyczymy i upominamy się o większe pieniądze, to chodzi tu o większe środki na badania i o czas dla pacjentów, żeby nie tylko jeden lekarz ich przyjmował, a np. dwóch, żeby oprócz biurokracji wymaganej przez NFZ był także czas na rozmowę z pacjentem, a wszystko po to, aby mu pomóc, a nie traktować rutynowo, jak chcą NFZ i resort zdrowia. Jest to szczególnie ważne, gdy chodzi o schorzenia przewlekłe, które wymagają dłuższego namysłu i weryfikacji terapii. To z kolei wiąże się z większymi nakładami. Zatem nasz spór toczy się w jakimś sensie o pieniądze, ale bardziej dotyczy możliwości wypełniania przez lekarza obowiązków, jakie nakłada na niego obowiązek i sumienie człowieka. Pieniądze, jakie obecnie oferuje nam ministerstwo, nie są wystarczające.

Sprawą zamkniętych gabinetów lekarskich i działań PZ ma zająć się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Czy nie jest tak, że lekarze stoją pod ścianą, a Bartoszowi Arłukowiczowie udaje się rozbić środowisko lekarskie?

– Z tym mamy do czynienia już od dłuższego czasu. Kiedy Bartosz Arłukowicz obejmował stanowisko, zaufanie do lekarzy sięgało 74 proc., teraz według statystyk jest to zaledwie 44 proc. Działania ministra Arłukowicza sprawiły, że wielu pacjentów poważnie zwątpiło i straciło zaufanie, które jest tak ważne w kontakcie lekarza z pacjentem, zaufanie, które pomaga w terapii, a także sprzyja skutecznej interwencji lekarskiej. Natomiast mamy politykę eskalacji problemu i działania ministra Arłukowicza na zasadzie, ja wam pokażę, i kwestia jest tylko w tym, kiedy minister się opamięta. To, z czym mamy do czynienia, nie służy niczemu dobremu, ani systemowi ochrony zdrowia, ani lekarzom, a już na pewno nie pacjentom.

Dziwi Pana milczenie premier Ewy Kopacz…?

– Przyznam, że milczenie premier Kopacz trochę mnie dziwi, bo jeśli do końca grudnia nie mogliśmy się porozumieć z ministrem zdrowia, to premier powinna zrobić wszystko, żeby ten konflikt zażegnać. Tymczasem nie zrobiła nic. Dlaczego…? Tego nie rozumiem. Jedno jest pewne, interwencja premiera powinna nastąpić wcześniej, nie wiem, być może jeszcze nastąpi…

Czy jest możliwe zakończenie tego sporu z korzyścią dla pacjentów i lekarzy?

– Myślę, że wciąż jest na to szansa. Im wcześniej, tym lepiej. My jesteśmy otwarci. Niestety z drugiej strony jest ogromne zacietrzewienie.

Co musi się wydarzyć, żeby gabinety znów stanęły otworem dla chorych?

– Potrzebna jest być może mediacja z udziałem osób o dużym prestiżu. Czekamy też na ruch premier Kopacz i pomoc w negocjacjach. Dzisiejszy dzień pokazał, jak wiele jest problemów. Przed nami sobota i niedziela, jest zatem czas, aby podjąć rozmowy i wypracować rozwiązania, które pozwolą lekarzom od poniedziałku podjąć pracę, żeby wszystko powróciło do normy. Nie działamy przeciwko pacjentom, ale nasze działania są wymierzone przeciwko systemowi, który w takiej formie nie może dalej funkcjonować. Potrzebne są zdrowe, mądre rozwiązania, protezy już dłużej nie mogą pełnić funkcji żywych organów.

Lekarze są otwarci na rozmowy?

– Jesteśmy gotowi do rozmów, tyle tylko, że takiej woli brakuje po drugiej stronie. Jest natomiast zastraszanie, grożenie i próby skłócenia środowiska lekarskiego. Powtórzę jeszcze raz, że to, co proponuje minister Arłukowicz, jest złe, trzeba to zrobić inaczej. Proponujemy pewne rozwiązania, jesteśmy gotowi do rozmów, a nie tylko szukania pretekstu do zerwania negocjacji, jak dotychczas robił to minister zdrowia.

Co w tej sytuacji ma zrobić pacjent, który wymaga porady i odbija się od drzwi przychodni jak od ściany?

– Pacjent musi się przede wszystkim zwrócić do NFZ i dowiedzieć się o adresy czynnych przychodni, gdzie zostanie mu udzielone świadczenie. Jeżeli jego dotychczasowa poradnia jest zamknięta, to powinna tam się znaleźć informacja, gdzie jest najbliższa czynna przychodnia. Mamy nadzieję, że minister Arłukowicz przestanie się obrażać, dąsać i w końcu zacznie rozmawiać z lekarzami.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki/Nasz Dziennik.pl

drukuj