[Jestem w Kościele] Katoliku, wstydź się swojej ortodoksji!
Coraz częściej można się ostatnio zetknąć z narzekaniami na poziom polskiej teologii. Zarzuty te pochodzą przede wszystkim ze środowisk związanych z liberalnym skrzydłem Kościoła, a można je w gruncie rzeczy sprowadzić do jednego mianownika – polska teologia jest zbyt konserwatywna, tradycyjna i w ogóle zacofana. To, że w naszej rodzimej myśli teologicznej wciąż jeszcze dominuje ortodoksja oraz wierność Magisterium Kościoła i Tradycji, miałoby natomiast być powodem do wstydu.
Przyczynkiem do napisania niniejszego felietonu była rozmowa o kondycji polskiej teologii, którą na łamach „Tygodnika Powszechnego” przeprowadził Piotr Sikora (ten jegomość zasłynął ostatnio m.in. z przekonywania, że aby pogłębić swoje chrześcijaństwo, powinniśmy zgłębiać buddyzm) z Tomaszem Polakiem (profesorem teologii i byłym księdzem, a także apostatą i ateistą) i Sebastianem Dudą (nie inaczej reprezentantem „Kościoła otwartego”, choć z tego grona bodaj najbardziej umiarkowanym). Punktem wyjścia do dyskusji było odrzucenie habilitacji ks. Eligiusza Piotrowskiego, który przedstawił w przewodzie habilitacyjnym książkę o zmartwychwstaniu Chrystusa. Co w tym kontrowersyjnego? A no to, że autor zaprezentował tam po prostu niekatolickie, wręcz heretyckie poglądy, jakoby zmartwychwstania jako wydarzenia historycznego w gruncie rzeczy nie było. Rozprawa została wręcz zmiażdzona przez 3 z 4 recenzentów, wobec czego habilitacja ks. Piotrowskiego upadła. I właśnie ta książka była wychwalana we wspomnianym artykule, a jej odrzucenie stanowi według „Tygodnika Powszechnego” dowód na upadek polskiej teologii. Mnie natomiast dźwięczą w tym kontekście słowa Benedykta XVI: „Interpretacja Biblii może rzeczywiście stać się narzędziem Antychrysta. Sołowjow nie jest pierwszym, który to powiedział; jest to głęboka wymowa samej historii kuszenia. Z pozornych osiągnięć egzegezy naukowej skompilowano najgorsze książki, dokonujące destrukcji postaci Jezusa, demontażu wiary. (…) A Antychryst z miną wielkiego uczonego mówi nam, że egzegeza, która czyta Biblię w duchu wiary w żywego Boga i wsłuchuje się przy tym w Jego słowo, jest fundamentalizmem”.
W postawie prezentowanej zarówno przez ks. Piotrowskiego, jak i jego obrońców przebija błąd określony w „Instrukcji o powołaniu teologa w Kościele” mianem ideologii fillozoficznego liberalizmu. Jak czytamy w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary: „Z niej wywodzi się skłonność do uważania, że dany osąd ma tym większą wartość, im bardziej jest samodzielny i indywidualny. W ten sposób wolność myśli przeciwstawia się autorytetowi tradycji, uważanej za przyczynę zniewolenia. Nauka, która została przekazana i przyjęta przez ogół, z góry staje się podejrzana, a wartość prawdy w niej zawartej jest kontestowana. Dochodzi do tego, że rozumiana w ten sposób wolność sądu liczy się bardziej, aniżeli sama prawda”.
Wydaje się więc, że pedagogika wstydu, która zatruła myślenie całej rzeszy Polaków w kontekście historii, zbiera dzisiaj żniwo także w dziedzinie teologii, czy nawet szerzej, bo dotyczy polskiego katolicyzmu jako takiego. Wszakże te same liberalne środowiska często z pogardą odnoszą się do swoich rodaków, wyśmiewając z pozycji wyższości ich prostą (lecz zarazem głęboką) wiarę. Podobnie było za czasów PRL-u, kiedy ks. kard. Stefan Wyszyński był atakowany za to, że tak bardzo doceniał pobożność ludową, zamiast zachłysnąć się wszechobecną ideologią „aggiornamento” (nie mylić z autentycznym przesłaniem Vaticanum II), której skutki zwłaszcza na Zachodzie były opłakane, a mimo to niektórzy uparcie chcą powielać tamtejsze błędy. Tymczasem to właśnie tacy prości ludzie często stali i wciąż stoją na straży prawdziwej wiary Kościoła, w opozycji do różnych inteligenckich kręgów i zadufanych w sobie teologów, mających aspiracje do wymyślania magisterium na nowo. To prawda, że pod wieloma względami nie jest idealnie, ale nie pozwólmy sobie wmówić, że wierność Bogu i Jego Kościołowi jest powodem do wstydu.
Wojciech Grzywacz



