Jan Mulder o kolejnym siedmioletnim budżecie UE

Z Janem Mulderem, holenderskim eurodepotowanym (członkiem Komisji Budżetowej oraz Komisji Kontroli Budżetowej w Parlamencie Europejskim) rozmawia Dawid Nahajowski

DN: Parlament Europejski zaakceptował Wieloletnie Ramy Finansowe na kolejne siedem lat. Zanim o szczegółach tego porozumienia powróćmy na chwilę do przeszłości. Nie tak dawno tzw. polityczne porozumienie w tej sprawie zostało odrzucone przez tę instytucję. Dlaczego?

JM: Było to porozumienie pomiędzy szefami rządów państw członkowskich Unii Europejskiej osiągnięte w lutym tego roku. Porozumienie nie spełniło oczekiwań Parlamentu przedstawionych wcześniej w przyjętej rezolucji. Różnica nie polega jednak na tym, że po raz pierwszy w historii siedmioletni budżet Unii Europejskiej będzie mniejszy. To zostało zaakceptowane. Jednak ważniejsze dla Parlamentu Europejskiego jest to, że mamy większą elastyczność w wykonywaniu tego budżetu.

DN: Mając na uwadze kryzys gospodarczy w Europie, ale też dobro krajów rozwijających się, takich jak Polska, Pana zdaniem dobrze się złożyło, że siedmioletni budżet Unii Europejskiej będzie mniejszy?

JM: Zawsze byłem zwolennikiem takiego rozwiązania i uważam, że zmniejszenie budżetu Unii to dobry sygnał dla państw członkowskich.

DN: Jest Pan zadowolony, że wieloletnie ramy finansowe Unii Europejskiej zostały przyjęte w takiej formie? Może, gdyby to od Pana zależało to zmieniłby Pan coś?

JM: Głosowałem za przyjęciem tych ram. Przede wszystkim dlatego, że mamy mniejszy budżet niż w poprzedniej siedmioletniej perspektywie finansowej. To dobry znak w czasach oszczędzania funduszy. Po drugie, głosowałem za, ponieważ są pewne sygnały, że Rada może być gotowa do rozmów na temat nowego systemu finansowego.

DN: Mamy siedmioletnią perspektywę finansową. Podziela Pan opinię, że pięcioletnia perspektywa finansowa byłaby lepsza?

JM: Popieram pięcioletnie ramy finansowe. Powinny one pokrywać się z wyborami do Parlamentu Europejskiego. W przyszłym roku odbędą się wybory do PE. Można dyskutować na ten temat, ale wieloletnie ramy finansowe już zostały mniej więcej ustalone. W wyborach raczej nie chodzi o ramy finansowe. Chociaż w 2016 roku dokonamy śródokresowej rewizji budżetu, co oznacza, że może się on zmienić, ale podczas kolejnych wyborów do PE w roku 2019, możemy podjąć debatę na temat następnej perspektywy finansowej, która rozpoczyna się w roku 2020.

DN: Porozmawiajmy o szczegółach przyszłego siedmioletniego budżetu Unii. Co oznacza zaakceptowany przez Parlament Europejski postulat elastyczności np. dla Polski? Pana zdaniem polski rząd będzie miał decydujący głos w sprawie przesunięcia środków finansowych np. z autostrad na koleje?

JM: Nie, nawet pomimo siły polskiego rządu, w przypadku budżetu Unii Europejskiej, decyzje w tej sprawie podejmują dwie instytucje, tzn. Rada i Parlament Europejski. Tak więc, jeśli Polska chce coś zaproponować, to może to uczynić na forum Rady. Jeśli uzyska poparcie większości w Radzie, wówczas może wprowadzić pewne zmiany. Nie może jednak jednostronnie decydować o wykorzystaniu środków na rolnictwo lub inny cel i odwrotnie.

DN: Chciałbym zapytać Pana o politykę spójności. Premier polskiego rządu powiedział, że Polska będzie największym beneficjentem tych funduszy. Na Radzie Europejskiej w lutym ustalono, że ma to być około 73 miliardów euro w siedmioletniej perspektywie finansowej. Pana zdaniem Polska może w pełni wykorzystać tę sumę?

JM: Dużo zależy od samej Polski, ponieważ jest pewna kwota środków unijnych do dyspozycji. Ale Polska musi również współfinansować realizowane projekty z budżetu centralnego czy samorządowego. O ile znajdą się te pieniądze, wówczas można je wydawać zgodnie z przepisami. Jeśli Polska będzie wykorzystywać środki niezgodnie z przeznaczeniem, będzie musiała je zwrócić.

DN: Jak Pan ocenia zwycięzcę europejskich beneficjentów unijnych funduszy na lata 2014 – 2020? Polski premier powiedział, że jest nim Polska. A jakie jest Pana zdanie, mając na uwadze np. przeliczenie funduszy na jednego mieszkańca mojego kraju?

JM: Nie znam na pamięć sytuacji każdego kraju. Myślę, ze Polska negocjowała bardzo dobrze. Ja jestem z Holandii. Polska jest być może największym beneficjentem netto, ale Holandia jest największym płatnikiem netto. W naszych rozmowach Holandia zajmowała o wiele bardziej prominentne miejsce niż Polska.

DN: Pana zdaniem, kto jest zwycięzcą budżetowych negocjacji na lata 2014 – 2020?

JM: W tego typu negocjacjach, które mogą trwać dwa, trzy lata nikt nie jest wygranym i nikt naprawdę nie przegrywa. Każdy coś wygrywa i przegrywa.

DN: Czy obecnie prowadzone są jakieś negocjacje budżetowe na poziomie międzyinstytucjonalnym? Mam na myśli na linii Rada Unii Europejskiej – Parlament Europejski. Wiem, że najdalej w roku 2016 ma być rewizja budżetowa…

JM: W roku 2016 budżet zostanie skorygowany, Parlament może zgłosić własne propozycje, ale Rada musi w tej sprawie zdecydować jednogłośnie. To największa przeszkoda. Dwadzieścia osiem państw członkowskich musi wyrazić na to zgodę. Niektórzy uważają, że szanse na to, byśmy coś zmienili w 2016 są niewielkie, ale wszystko będzie zależało od warunków ekonomicznych. Państwa członkowskie być może będą bardziej pozytywnie nastawione do rewizji budżetu. Ale w tym momencie trudno cokolwiek powiedzieć.

DN: Pana zdaniem, jakich metod należy użyć, aby dobrze wykorzystać przydzielone nam unijne środki finansowe?  

JM: Najwięcej zależy od samego rządu w Warszawie. To rząd musi opracować palny wykorzystania tych pieniędzy, czy to na drogi, czy na budowę lotnisk, czy też na inne cele. Następnie musi te projekty realizować zgodnie z przepisami, a także zapewnić zaangażowanie środków własnych.

DN: Teraz inna kwestia. Chciałbym poznać Pana opinię na temat zarządzania pieniędzmi przez Unię Europejską. Europosłowie spotykają się w Brukseli i Strasburgu. Nie uważa Pan, że Strasburg to starta pieniędzy?

JM: Tak, jestem posłem do Parlamentu Europejskiego od prawie dwudziestu lat i zawsze głosowałem za każdą rezolucją, w której była mowa o ustanowieniu jednej siedziby Parlamentu. W Holandii nic bardziej nie irytuje ludzi, niż posiadanie dwóch siedzib. Wszyscy uważamy, że to marnowanie pieniędzy.

DN: Jakie przykładowe sumy pieniędzy przeznacza Unia Europejska na siedzibę w Strasburgu?

JM: Jest to kwota około 200 milionów euro rocznie. Oznacza to, że w ciągu siedmiu lat wydajemy 1,4 miliarda euro na finansowanie drugiej siedziby Parlamentu Europejskiego.

DN: Co może tak naprawdę zrobić Parlament Europejski, aby zlikwidować siedzibę w Strasburgu?

JM: Niedawno uczyniliśmy pierwszy krok. Głosowaliśmy nad rezolucją, która została przyjęta ogromną większością głosów. W rezolucji tej stwierdzamy, że Parlament powinien posiadać jedną siedzibę. Teraz musimy jedynie przekonać państwa członkowskie i potrzebna jest jednomyślność przy zmianie traktatu. Do tej pory tylko jeden kraj członkowski Unii tzn. Francja sprzeciwiała się temu. Uważam, że musimy zaoferować Francji coś w zamian, coś co miałoby przynajmniej taką samą wartość jak posiadanie siedziby Parlamentu. Dla mnie najlepszą propozycją byłoby przeniesienie tam spotkań Rady Europejskiej. Co trzy miesiące w Brukseli odbywają się posiedzenia szefów rządów. Nie ma potrzeby, aby spotkania odbywały się w Brukseli.

DN: Jak Pan postrzega gospodarowanie pieniędzmi przez Unię Europejską w świetle sprawozdania rocznego Trybunału Obrachunkowego za rok 2012?

JM: Jest to przedmiotem naszej troski od 1994 roku. Europejski Trybunał Obrachunkowy co roku przedstawia ocenę wydatkowania pieniędzy przez Unię Europejską, która to ocena jest negatywna już od dziewiętnastu lat. Moim zdaniem jest to nie do przyjęcia. Nie da się obronić budżetu euro przed opinią publiczną, kiedy co roku niezależny Trybunał stwierdza, że budżet ten nie jest właściwie wydawany lub, że nie jest realizowany zgodnie z regułami. Dlatego też uważam, że receptą dla Parlamentu Europejskiego byłoby wydawanie 80% funduszy w ramach wspólnej odpowiedzialności państw członkowskich. Jednak państwa członkowskie odmawiają podawania dostatecznych danych dotyczących wydatkowania środków, a Parlament zwraca się do państw członkowskich o przedstawianie corocznej deklaracji, dotyczącej wydawania przez nich środków. Do tej pory jedynie cztery państwa członkowskie przedstawiają takie deklaracje: Szwecja, Dania, Wielka Brytania i Holandia. Czekamy z niecierpliwością na moment, kiedy uczyni to również Polska.

DN: Powróćmy na chwilę do szczegółów wieloletnich ram finansowych. Jeżeli np. w roku 2014 nie wykorzysta się unijnych środków w całości, to będzie je można przesunąć na rok 2015?

JM: Budżet został już zatwierdzony. Zmiany są możliwe, ale musi je zatwierdzić ustawodawca. Ustawodawcami są Rada i Parlament. Niedawno głosowaliśmy nad szczegółami, nad dokumentami dotyczącymi np. rolnictwa czy regionów i jest tam mowa o dużych pieniądzach na rolnictwo w Polsce itd. Ogólnie mówiąc jeżeli budżet został zatwierdzony przez Parlament i Radę wszyscy muszą się do tego dostosować.

DN: A teraz sprawa funduszy ze Wspólnej Polityki Rolnej. Wielu ludzi w moim kraju nie jest zadowolonych, że w lutym tego roku Rada Europejska ustaliła dla Polski kwotę ponad 28 miliardów euro na kolejne siedem lat. Czy obecnie na poziomie unijnych instytucji można wywalczyć więcej dla mojego kraju?

JM: Zostałem posłem do Parlamentu Europejskiego w 1994 roku. Każdy eurodeputowany może zostać członkiem jakiejś delegacji. Ja w 1994 roku postanowiłem zostać członkiem delegacji do spraw stosunków z Polską. I dlatego w okresie od 1994 roku do 2004 roku, co cztery lub pięć miesięcy wyjeżdżałem do Polski by prowadzić rozmowy z polskimi posłami na temat członkostwa Polski w Unii Europejskiej. W tamtym czasie rolnicy polscy odnosili się niezmiernie krytycznie, co do przystąpienia Polski do Unii, ponieważ obawiali się, że będzie to miało negatywny wpływ na rolnictwo w Polsce. Wydaje mi się, że polscy rolnicy są teraz dość zadowoleni. Jeżeli kwoty dotacji, jakie otrzymują nie są wystarczające, to i tak jest to więcej niż mieli do dyspozycji przed akcesją.  Mam wrażenie, że ich niechęć wobec Unii Europejskiej znacznie osłabła.

DN: Ale gdyby tak Pan porównał np. dopłaty bezpośrednie w Polsce, a w innych krajach Unii Europejskiej, np. w Niemczech czy Grecji…

JM: To jest dla mnie trudny temat. Dopłaty bezpośrednie nie są dotacjami, są one wynagrodzeniem za usługi świadczone na rzecz społeczeństwa. Nigdzie na świecie nie wymaga się od rolników podejmowania aż tylu działań na rzecz ochrony środowiska jak w Europie. Np. rolnicy mają chronić siedliska ptaków, chronić bioróżnorodność a to oznacza ograniczenia, co do sposobu upraw. Musimy jednocześnie konkurować na kilku rynkach. Uważam wobec tego, że rozsądnym jest, że płacimy rolnikom za ich usługi. Ale w przypadku Holandii, skąd pochodzę minimalna cena 1 hektara ziemi wynosi 50 tysięcy euro. Nie wiem jakie są ceny ziemi w Polsce, ale na pewno hektar nie kosztuje 50 tysięcy euro. Dlatego sądzę, że dopłaty do hektara w Holandii powinny z definicji być wyższe niż w Polsce, ale taki punkt widzenia moim zdaniem nie jest zbyt popularny. Ale to moja osobista opinia.

DN: Wie Pan, w Polsce rolnicy otrzymują ponad 200 euro do hektara, jeżeli mówimy o dopłatach bezpośrednich.

JM: W Holandii około 400 euro.

DN: Współpracował Pan z prof. Mirosławem Piotrowskim podczas którejś z wizyt w Polsce?

JM: Tak, zaprosił mnie do Lublina gdzie miałem wystąpienie na temat mojej wizji Europy, która się nieco różni od wizji Pana Piotrowskiego. Sądzę jednak, że dobrze się nam współpracuje. Na tym właśnie polega Europa, że pomimo różnic poglądów można ze sobą współpracować na rzecz dalszego rozwoju Europy.

DN: Powracając na moment do końcowego głosowania nad wieloletnim budżetem UE. Wiem, że znaleźli się posłowie, którzy chcieli jeszcze zgłaszać poprawki do wynegocjowanego międzyinstytucjonalnego porozumienia. Co w nich było?

JM: Nie wiem, co to były za poprawki. Jest już po czasie i budżet został przyjęty na sesji plenarnej. A tam nie głosowaliśmy nad tymi poprawkami.

DN: Dziękuję za rozmowę.

drukuj