generał Marian Janicki (fot. PAP)

Donos na prezydenta

Bezpardonowy atak szefa BOR na prezydenta Lecha Kaczyńskiego

Tłumacząc się śledczym z wywiadu prasowego, jakiego udzielił w kwietniu 2011 roku „Gazecie Wyborczej”, gen. Marian Janicki robił wszystko, aby pokazać, jak doskonale BOR realizuje zadania ochrony najważniejszych osób w państwie. I gdyby nie sami ochraniani, nie byłoby w zasadzie żadnych kłopotów.

Szef BOR zaczyna swą opowieść od tego, że sam nie uczestniczył „bezpośrednio” w przygotowaniach do wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Jako odpowiedzialnych wymienia płk. Jarosława Florczaka, dowódcę zabezpieczenia wizyty, i swojego zastępcę gen. Pawła Bielawnego, sprawującego nadzór ze strony kierownictwa BOR. Zaraz wychodzi na jaw, że z przygotowaniami nie wszystko było, jak należy. W jeden ze styczniowych poniedziałków 2010 r. Janicki odbył emocjonującą rozmowę z Florczakiem po porannej odprawie, bez świadków. Stan rozmówcy określił jako zdenerwowanie, załamanie, niemal – desperację. Wzburzony oficer, po powrocie z jednej z wizyt Lecha Kaczyńskiego, miał – tak jak to zapamiętał Janicki – ostrzec w czasie tej wymiany zdań, że pan prezydent doprowadzi kiedyś do tragedii, zginie wielu niewinnych ludzi. Szef BOR poprosił o wyjaśnienia. Florczak miał wytykać rozbieżności między programem wizyty a jego realizacją i ogólny bałagan, ale bez żadnych możliwych do weryfikacji przez śledczych szczegółów. I rzekomo poprosił, żeby Janicki nie wysyłał go nigdy więcej z prezydentem. 41-latek miał też powiedzieć, że może nie nadaje się do tego zadania z racji swojego wieku.

Zero konkretów
Marian Janicki zaczął uspokajać oficera, u którego – jak mówi pod rygorem odpowiedzialności karnej – zauważył objawy załamania, za pomocą argumentu, że BOR musi wykonywać swoje obowiązki w zakresie przygotowania i realizacji wizyt perfekcyjnie, bo tego wymaga ustawa. Po jakimś czasie wrócił do rozmowy z funkcjonariuszem. Kiedy szef BOR zapytał o szczegóły współpracy z Kancelarią Prezydenta, znów informacji nie uzyskał („nie chciał mi powiedzieć, o jakie sytuacje konkretnie chodziło”), ale też się ich specjalnie od podwładnego nie dopominał. Florczak miał za to mówić o ideale, jakim była dla niego współpraca z Kancelarią Prezydenta za czasów Aleksandra Kwaśniewskiego. Obrazek wręcz doskonały w porównaniu z „prowizorką” kancelarii Kaczyńskiego. Rozkaz przygotowania wizyty w Katyniu pozostał jednak w mocy.
Czy z obu tych rozmów zachowały się wiarygodne notatki służbowe potwierdzające bądź nie wersję Janickiego, nie wiadomo – rzecznik BOR mjr Dariusz Aleksandrowicz przebywa na urlopie. Dla ekspertów alarmujący jest jednak fakt, że gen. Janicki, powziąwszy tego typu informacje, w żaden sposób nie zareagował i nie odsunął go od realizacji zadań ochronnych przy wizycie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu.

Zaniechanie
– Jeżeli Janicki wiedział o tym, że płk Florczak nie jest w stanie z pewnych przyczyn koordynować przygotowań do wizyty w Smoleńsku delegacji pana prezydenta, powinien tę funkcję powierzyć komu innemu. Rozumiem, że to było polecenie służbowe. W przypadku jednak, kiedy funkcjonariusz z różnych względów nie jest w stanie podołać jego realizacji, powinno się to zadanie powierzyć innemu – zauważa płk Andrzej Pawlikowski, szef BOR w latach 2006-2007. – Nie zapominajmy, że płk Florczak opuścił na dwa dni Smoleńsk, wrócił do Warszawy z delegacją pana premiera. Nie wiem, jakie były tego powody, ale w efekcie ekipa BOR pozostała bez nadzoru. Powstała luka, o której kierownictwo BOR wiedziało, akceptowało ten stan rzeczy i nic z tym nie zrobiło. Na ten czas powinien przylecieć ktoś z Polski i zastąpić Florczaka – wskazuje nasz rozmówca. – Warto też pamiętać, że nie kto inny jak tylko płk Florczak wskazywał na różnego rodzaju zagrożenia, brak chęci współpracy ze stroną rosyjską. Mam tu na myśli brak zgody na wpuszczenie funkcjonariuszy BOR na teren lotniska czy też zakaz posiadania broni na terenie Federacji Rosyjskiej. To już był sygnał dla kierownictwa BOR, że dzieje się coś niedobrego, że są pewne utrudnienia, które mogłyby świadczyć o tym, że może nastąpić jakieś zagrożenie w stosunku do osoby ochranianej. Dlatego Janicki powinien tu podjąć bardziej zdecydowane kroki, złożyć stosowny meldunek do pana premiera i pana prezydenta, że ta współpraca źle się układa – dodaje Andrzej Pawlikowski.
Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że to nie pierwsza próba zdyskredytowania płk. Florczaka, który zginął pod Smoleńskiem, przez szefa BOR.
Warto tu przypomnieć wywiad „Chciałbym się dowiedzieć, czy musieli zginąć” z 8 kwietnia 2011 roku, którego szef BOR udzielił „Gazecie Wyborczej”. Wektor wypowiedzi Janickiego skierowany był tu właśnie na osobę Jarosława Florczaka. Janicki mówił wtedy, jakoby płk Florczak przeczuwał, iż dojdzie do nieszczęścia, był sfrustrowany i zdenerwowany. Oficer BOR na dwa dni wrócił ze Smoleńska do Polski, by spędzić czas z rodziną. Z wypowiedzi medialnych Janickiego wynika, że o tym wiedział, ale decyzję podjął jego zastępca, gen. Paweł Bielawny.
Dlaczego gen. Janicki nie odsunął płk. Florczaka od przygotowywania wizyty głowy państwa po domniemanym powzięciu informacji o jego niedyspozycji do pełnienia obowiązków służbowych? – Florczak dostał polecenie służbowe. Musiał je wykonać. Ale jest inny aspekt tej sprawy – dlaczego Janicki nie reaguje, skoro jego oficer informuje go, że coś przebiega nie tak z przygotowaniem tej wizyty? Dlaczego nie bierze tych przygotowań na siebie, nie pyta o szczegóły naruszeń, zaniedbań, tylko poprzestaje na wysłuchaniu, że coś idzie źle? Proszę sobie przypomnieć – szef BOR w dniu katastrofy rano idzie na bazarek na zakupy, nie śledzi, jak przebiega lot, nie dzwoni do obecnych na pokładzie oficerów BOR – chyba nie trzeba więcej dodawać – komentuje ppłk Tomasz Grudziński, były wiceszef BOR.

Sygnalizacje w toku
Zdaniem gen. Janickiego, praca Biura Ochrony Rządu, a w szczególności jego samego, jest niemal perfekcyjna i zgodna z przepisami. Deklaracje te stoją jednak w sprzeczności z dalszymi decyzjami praskiej prokuratury, której najwidoczniej argumenty szefa BOR nie przekonały – śledczy wysłali już pismo do ministra spraw wewnętrznych Jacka Cichockiego w sprawie uchybień ze strony szefa BOR. Uchybienia, o których postanowiono zawiadomić szefa MSW (w jego gestii leży nadzór nad BOR), to m.in. bezpodstawne zaniżenie stopnia zagrożenia obu wizyt – czyli z 7 i 10 kwietnia 2010 roku; nierozpoznanie lotniska Siewiernyj; brak rozpoznania pirotechnicznego; nieprzeprowadzenie rekonesansu na lotnisku; brak informacji, jakich sił i środków użyje strona rosyjska; brak łączności z ochroną i osobami ochranianymi. Jak poinformował w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prokurator Mariusz Piłat, zastępca prokuratora okręgowego, kolejne tzw. sygnalizacje są przez prokuratorów referentów finalizowane. Chodzi o sygnalizacje do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Przypomnijmy, że sygnalizacje są przygotowywane w trybie art. 19 kodeksu postępowania karnego odnoszącego się do uchybień w instytucji państwowej, samorządowej lub społecznej. Wedle tego zapisu kpk: „W razie stwierdzenia w postępowaniu karnym poważnego uchybienia w działaniu instytucji państwowej, samorządowej lub społecznej, zwłaszcza gdy sprzyja ono popełnieniu przestępstwa, sąd, a w postępowaniu przygotowawczym prokurator, zawiadamia o tym uchybieniu organ powołany do nadzoru nad daną jednostką organizacyjną, zaś w razie potrzeby także organ kontroli”. Organ jest zobowiązany dokonać analizy tego, co ustaliła prokuratura. Sąd lub prokurator może zażądać nadesłania w wyznaczonym terminie wyjaśnień i podania środków podjętych w celu zapobieżenia takim uchybieniom w przyszłości. W razie nieudzielenia wyjaśnień w wyznaczonym terminie można nałożyć na kierownika organu zobowiązanego do wyjaśnień karę pieniężną w wysokości nieprzekraczającej najniższego miesięcznego wynagrodzenia. Na odpowiedź minister Cichocki ma 30 dni. – Nie wyobrażam sobie, by minister spraw wewnętrznych zawiadomiony w tym trybie nie udzielił nam odpowiedzi – konstatuje prokurator Piłat. – Sam fakt wystosowania przez prokuratora zawiadomienia o takim uchybieniu stanowi o tym, że uchybienie jest poważne. W drobnych sprawach ta instytucja [sygnalizacji – red.] stosowana nie jest – dodaje prokurator. MSW dopytywane o tę kwestię deklaruje, że uwagi prokuratury są przez ministra Cichockiego analizowane.

Anna Ambroziak

drukuj