Czas mierzony krokami Papieża

Kraków, 26-28 majaPiątek, 26 maja

Benedykt XVI przybywa do Krakowa, więc kiedy tylko mąż wraca do domu, podaję
mu obiad i wychodzę. Najpierw biegnę na majówkę do kapucynów. Stamtąd już blisko
pod papieskie okno.
Godz. 19.00. Choć ludzi wszędzie mnóstwo, udaje mi się z koleżanką wejść na
plac przed kurią. Wraz z innymi stoimy, modlimy się, śpiewamy. Jeden z ojców
mówi mi, że Papież dopiero kończy majówkę w Częstochowie, więc będzie spóźniony.
Czekamy, a plac coraz bardziej napełnia się ludźmi.
Przypominam sobie, że po raz pierwszy byłam pod papieskim oknem jako 15-letnia
dziewczyna. Wtedy spotkałam się tam z Janem Pawłem II. Ojciec Święty mówił
wówczas do zgromadzonej młodzieży: "Miejcie siłę przebicia". Wtedy
niewiele z tego rozumiałam, ale słowa zapamiętałam. Towarzyszą mi od kilkunastu
lat i pomagają zwłaszcza wtedy, gdy przychodzą ciężkie chwile.
Teraz, w piątek, na spotkanie z Ojcem Świętym szłam radosna. Wiedziałam, że
młodzi przyjdą, że będą chcieli słuchać Benedykta XVI. Nie zawiodłam się i
razem z innymi skandowałam: "Benedetto", "Kraków wita Cię, Kraków
kocha Cię, Kraków dziękuje Ci".
Już po godz. 21.00 dostajemy sms, że Papież właśnie przesiada się do pojazdu
panoramicznego na Salwatorze, więc niedługo będzie pod kurią. Napięcie rośnie…
Kiedy spóźniony Ojciec Święty przyjechał na Franciszkańską, poczułam się jak
przed laty. Młodzi od razu – jak niegdyś z Janem Pawłem II – przeszli z Ojcem
Świętym na "ty": "Przemów do nas! Wyjdź do okna!" – prosili.
A kiedy przez kilka minut Benedykt XVI nie wychodził do okna, skandowali: "Kardynale,
puść Papieża!".
Nie minęło wiele czasu i biała sylwetka Papieża ukazała się w oknie. Tłum szalał
z radości, ale kiedy Benedykt XVI zaczął mówić, zapanowała cisza, przerywana
tylko oklaskami i wołaniem: "Dziękujemy". Ojciec Święty nie mówił
długo, ale to, co powiedział, zostało przyjęte przez młodych z wielkim entuzjazmem.
Po błogosławieństwie zebrani przed papieskim oknem zaśpiewali Papieżowi "Abba,
Ojcze", a potem w wielkim modlitewnym skupieniu "Nie bój się, wypłyń
na głębię".
Stojąc tam, na placu, cieszyłam się, że po raz kolejny jestem razem z młodymi,
modlę się z nimi, oczekuję na wielkiego Gościa, a potem cieszę się z jego przybycia.
Choć to Benedykt XVI podziękował nam za to, że go odwiedziliśmy. Czyli Ojciec
Święty tam, w Pałacu Arcybiskupim na Franciszkańskiej, był u siebie! Powiedział
przecież: "Jeszcze raz dziękuję wam za wizytę, którą zechcieliście mi
złożyć tego wieczoru". Cieszyłam się, że po raz kolejny mogłam odczuć
moc, siłę wspólnoty Kościoła. To naprawdę ważne doświadczenie, kiedy widzisz,
że nie jesteś sam! Że inni stoją obok ciebie i modlą się.
Wracając do domu, zastanawiałam się, jakie słowa dla mnie, we mnie pozostaną
z tego nocnego spotkania. Dziś już wiem. Będą to słowa, które Benedykt XVI
powtórzył za Janem Pawłem II: "Nic nie poradzimy. Jest tylko jedna rada
na to. To Pan Jezus. ‚Jam jest zmartwychwstanie i życie’, to znaczy pomimo
starości, pomimo śmierci – młodość w Bogu". Mam nadzieję, że te słowa
będą mi pomagały w życiu, tak jak te o "sile przebicia". Że będą
dawały nadzieję, siłę i radość. Że będą pomagały "trwać mocno w wierze".
Rozmawiałam z młodymi pod papieskim oknem. Wiem, że dla nich to spotkanie także
było bardzo ważne. Na pewno go nie zapomną! Niektórzy już snuli plany, że przyjdą
pod papieskie okno także podczas kolejnej pielgrzymki.
Do domu wróciłam późno, ale bardzo radosna.

Sobota, 27 maja
Wstajemy wcześnie, szybko jemy śniadanie, robimy zakupy i za pośrednictwem
radia śledzimy to, co robi Papież. Przed południem całą rodziną wyruszamy
do Łagiewnik. Wokół sanktuarium już stoją ludzie, modlą się, odmawiają Koronkę.
Kwadrans po godz. 12 przyjeżdża Ojciec Święty. Po krótkiej modlitwie w kaplicy
św. Siostry Faustyny podjeżdża pod bazylikę i… swoje kroki kieruje do nas,
do tych, którzy stoją przed bazyliką. Wychyla się przez barierkę, wyciąga
ręce, błogosławi, a my skandujemy: "Kochamy Cię". Moi synowie patrzą
zauroczeni, chyba jeszcze nie rozumieją, dlaczego ich mama płacze… A ja
mówię: "Zobaczcie, Ojciec Święty nas wszystkich przytula". Jakie
zdziwienie ogarnia mnie, gdy po kilku minutach słyszę z ust Benedykta XVI: "Chciałbym
was wszystkich przytulić"…
Jakaś kobieta po angielsku pyta mnie, co skanduje tłum. Odpowiadam: "We
love you", więc ona zaczyna wznosić ten okrzyk. Jednak zaraz przechodzi
na polski: "Kochamy Ciebie". Pytam, skąd jest. Mówi, że ma na imię
Maria i przyjechała na pielgrzymkę Papieża z Anglii.
Po kilkunastu minutach Benedykt XVI opuszcza Łagiewniki. Idziemy radośni do
domu. W tym czasie dostaję sms: "Benedykt pogłaskał Hanię". To moja
koleżanka w telewizji zobaczyła, jak Ojciec Święty podszedł do córki naszego
kolegi – chorej Hani, i pogłaskał ją po głowie. Cieszę się. Dzwonię do Marty
i Henia, rodziców Hani, by powiedzieć, jak się cieszę. Są bardzo wzruszeni
i wdzięczni Ojcu Świętemu.
Jemy szybki obiad i wychodzę na Błonia. Zastaję tam tłumy. Sektory dla młodzieży
są już zamknięte, więc wyciągam legitymację prasową i wchodzę. Kilka godzin
stoję razem z młodymi. Sama bardzo przeżywam to spotkanie, ale także obserwuję.
Widzę, jak młodzi cieszą się z przyjazdu Ojca Świętego, jak oddziałują na nich
obrazy z telebimu pokazujące rozbite rodziny, narkomanów, młode samotne matki.
Kiedy Ojciec Święty zaczyna mówić, wielu wyciąga kartki i długopisy. Notują
to, co mówi. Oby czytali te słowa codziennie, oby się nim przejęli. Zaskoczyło
mnie proste, ale jakże piękne przesłanie do młodych. Benedykt XVI trafia w
dziesiątkę. Mówi o tęsknocie do domu pełnego miłości. Daje receptę na to, jak
ten dom zbudować.
Wracam z Błoni ze łzami w oczach. Po raz kolejny zbudowana atmosferą wspólnoty,
wzajemnej życzliwości. Naładowana słowem Benedykta XVI. Ale wciąż mi mało.
Biegnę więc pod okno. Dostaję sms od mojej bratowej: "Niech żyje Jezus,
Papież i młodość. Okno wciąż puste". Odpowiadam, że Papież czeka na mnie…
Dobiegam pod kurię. Oczywiście, już nie udaje mi się wejść na plac, lecz staję
pod jakimś drzewem zajętym przez młodych. Otwiera się okno, staje w nim Benedykt
XVI, który dziękuje młodym za serdeczne przyjęcie. Błogosławi nas, mówi pięknie
po polsku: "dobranoc". Odpowiadam mu: "dobranoc", i pełna
szczęścia kieruję się w stronę domu. Tramwaj nie jedzie, więc część drogi pokonuję
pieszo. Choć jest już późno, niemal z każdej ulicy dobiegają charakterystyczne
okrzyki: "Benedetto". Wracam do domu, który jest już uśpiony. Krótko
rozmawiam z mężem, przygotowuję mu kanapki i koło północy kładę się spać.

Niedziela, 28 maja
Pobudka zaledwie po godzinie snu. Deszcz chlapie po szybach. Mój mąż wstaje,
gdyż wybiera się na Błonia. Tym razem ja zostaję z chłopakami. Nogi strasznie
mnie bolą, dopiero teraz to czuję. Robię mężowi herbatę i kanapkę. Przed
godziną drugą wychodzi na Błonia. Ja kładę się jeszcze spać. O godzinie szóstej
budzą mnie chłopcy. Znowu słyszę: "Benedetto", jak dobrze. Nie
mogę dodzwonić się do męża. Ciekawe, czy udało się mu dojść blisko ołtarza.
Z synkami jemy śniadanie i siadamy przed telewizorem. Radujemy się, że tak
wiele osób przybyło na Błonia. Polacy kochają Papieża. Słowo Benedykta XVI
mnie wzrusza. Mieszkam w jego Krakowie, tego się nie spodziewałam…
Gdzieś koło godz. 14.00 wraca szczęśliwy, choć mocno zmęczony mąż, więc ja
biegnę na godzinę 16.00 do kościoła na Mszę Świętą. Jestem prawie pewna, że
Benedykt XVI wyjdzie jeszcze do okna. Niestety, mnie już tam wtedy nie będzie.
Wracam i zaraz o to pytam. Mąż mówi, że Ojciec Święty wyszedł pożegnać się
z młodzieżą. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Tak sobie myślę, że młodzi sprzed
27 lat dziś w wielu przypadkach są już dziadkami, a młodzi wciąż przychodzą
pod okno. Tradycja jest kontynuowana… Miejmy nadzieję, że tak nadal będzie.
Benedykt XVI powiedział: "jak Bóg da".
Oglądam w telewizji spotkanie w Auschwitz-Birkenau. Wielka modlitwa Ojca Świętego.
Cisza… Chciałabym, aby pozostała w tym miejscu.
A potem pożegnanie. Ostatnie słowa. Radość w smutku. Smutek w radości. Samolot
podrywa się w niebo. A ja z Bogusiem, moim starszym synem, szepczę: "Zdrowaś
Maryjo…", święty Krzysztofie, módl się za nim, Opatrzności Boża, prowadź
go. I tylko patrzymy za nim z tęsknotą w niebo, stojąc mocno na ziemi… Benedykt
XVI, nasz Benedykt odleciał do Watykanu. Został jednak w naszych sercach. Zostawił
nam swoje słowa.

Małgorzata Pabis

drukuj