Tempo dyktują Rosjanie
Z Andrzejem Jackiem Tomaszewskim, mężem śp. Izabeli Tomaszewskiej,
dyrektor Zespołu Protokolarnego Prezydenta RP, która zginęła w katastrofie pod
Smoleńskiem, rozmawia Anna Ambroziak
Jak ocenia Pan śledztwo w sprawie katastrofy rządowego samolotu pod
Smoleńskiem?
– Moim zdaniem, polska prokuratura działa tak, jak pozwalają na to Rosjanie. Być
może polscy prokuratorzy wojskowi, którzy prowadzą śledztwo, rwą się do roboty,
ale trudna do zrozumienia jest opieszałość strony rosyjskiej w przekazywaniu
dokumentów ze śledztwa. Kompletnie niezrozumiałe jest dla mnie to, że nie mamy
dotąd wyników sekcji zwłok i testów DNA. W Moskwie po wielogodzinnym
przesłuchaniu przez rosyjskiego prokuratora zaprowadzono mnie do sali sekcyjnej.
Ciało mojej śp. żony było zachowane fragmentarycznie i identyfikacja była
trudna. Już po pogrzebie na podstawie analiz DNA zidentyfikowano luźno
znalezione fragmenty ciał, w tym należące do mojej żony, które następnie
spopielono i pochowano w urnach, głównie we wspólnej mogile na Powązkach. Dostęp
do wyników analiz DNA ciał pochowanych w trumnach mógłby upewnić mnie, że
trafnie rozpoznałem szczątki mojej żony.
Ma Pan jakieś zastrzeżenia do współpracy rodzin ofiar z prokuraturą?
– Rodziny współpracują z prokuraturą w tym sensie, że stawiają się w
Prokuraturze Wojskowej na przesłuchania. Scenariusz jednego z takich przesłuchań
i kwestionariusz pytań był przesłany z Rosji, z prośbą o tzw. pomoc prawną. Ta –
powiedziałbym – ankieta zawierała pytania o personalia i wykonywany zawód. Padły
też dość enigmatyczne pytania o to, czy uważam się za osobę pokrzywdzoną
moralnie i materialnie i czy będę dochodził swoich praw. Jeżeli jest się
członkiem najbliższej rodziny ofiary bądź pełnomocnikiem rodziny, można też
zapisywać się na studiowanie akt i wertować przez cały dzień opasłe tomy z
dokumentami. Dokumenty te nie są poukładane rzeczowo, a są wpinane do teczek w
takiej kolejności, w jakiej napływają. Akta te przegląda się w małych pokoikach,
obok siedzi jakaś osoba, zwykle prokurator, który zajmuje się swoimi sprawami.
Podczas przeglądania tych teczek coś Pana zaniepokoiło czy też w jakiś
szczególny sposób zainteresowało?
– Zwróciłem uwagę na to, co zrobiono z rzeczami osobistymi, które pozostały po
naszych zmarłych. Najpierw, jak pamiętamy, zgromadzono je w Mińsku Mazowieckim,
gdzie rodziny mogły je rozpoznawać i ostatecznie odebrać. Po jakimś czasie
niezidentyfikowane rzeczy przewieziono do Modlina i chciano je zutylizować.
Proces ten jednak wstrzymano i wysłano je do firmy Eko-Top w Rzeszowie, gdzie
obecnie są zmagazynowane. Studiując niedawno akta, natknąłem się na dość
szczegółowy spis rzeczy wysłanych do Rzeszowa. Wśród nich były przedmioty,
których nie widziałem w Mińsku, a które na pewno należały do mojej żony –
portfel damski firmy Fendi i zielony scyzoryk. Zadzwoniłem do prokuratora z
pytaniem, czy jest jakiś tryb odzyskania takich rzeczy. Nie umiał mi
odpowiedzieć. Dla nas przedmioty te mają wartość sentymentalną, a dla
prokuratury powinny mieć znaczenie dowodowe. Zdawałoby się, że dotarcie do nich
będzie czymś prostym, tymczasem prokurator prowadzący śledztwo nie umie
powiedzieć, jak rodziny mogą takie przedmioty odzyskać.
Co Pana żona mówiła o współpracy z pierwszą damą Marią Kaczyńską?
– Współpraca ta układała się bardzo dobrze. Żona była nominalnie szefową
protokołu w Kancelarii Prezydenta RP, ale głównie zajmowała się sprawami pani
prezydentowej. Pracowały często razem, i to do późnego wieczora. Bo pracy było
sporo – trzeba było przejrzeć nawet kilkadziesiąt listów dziennie, odpowiedzieć
na nie, autoryzować wywiady, badać prośby o patronat, przygotowywać akcje
charytatywne i przemówienia, w tym wygłaszane na różnych uroczystościach za
granicą, gdzie pani prezydentowa często reprezentowała oficjalnie głowę państwa.
Dziękuję za rozmowę.
