Temida bezradna wobec „nietykalnych”
Polski wymiar sprawiedliwości od 20 lat cierpi na "niemoc" w
osądzeniu prominentów PRL. Umorzenie 16 grudnia br. przez warszawski sąd sprawy
o zniesławienie wytoczonej prawie 7 lat temu 19 dziennikarzom i dyplomatom przez
Jana Kobylańskiego jeszcze raz pokazuje, że Temida jest bezradna także wobec
grupy "nietykalnych" w III RP.
Polonijny biznesmen z Urugwaju pozwał dziennikarzy, redaktorów naczelnych i
publicystów m.in. "Gazety Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Polityki" i
"Newsweeka" oraz ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego i Jarosława
Gugałę, byłego ambasadora w Urugwaju, obecnie dziennikarza TV Polsat, za to, że
w swoich publikacjach i wypowiedziach, głównie w latach 2004-2005, przedstawiali
go m.in. jako szmalcownika, który podczas II wojny światowej wydał Niemcom
żydowską rodzinę. Gazety, a wraz z nimi media elektroniczne, ogłosiły także
Kobylańskiego współpracownikiem dyktatora Paragwaju i naczelnym antysemitą
południowoamerykańskiej Polonii. – To było działanie przemyślane i
skoordynowane, a więc z pewnością nieprzypadkowe. Na ogół nie dzieje się
przecież tak, że kilkanaście stacji radiowych, telewizyjnych, gazet codziennych,
periodyków, miesięczników i tygodników w tym samym czasie napisało to samo na
ten sam temat – wskazuje Andrzej Lew-Mirski, adwokat reprezentujący
Kobylańskiego.
Jednak wysuwane przeciw niemu oskarżenia o szmalcownictwo okazały się
bezpodstawne. Prowadzone kilka lat temu przez IPN śledztwo w sprawie rzekomej
denuncjacji przez Jana Kobylańskiego żydowskiej rodziny zostało w 2007 r.
umorzone, ponieważ nie znaleziono dowodów potwierdzających, że to właśnie Jan
Kobylański (osoba podejrzewana w śledztwie nazywała się Janusz Kobylański)
dopuścił się tego czynu. Pozwani dziennikarze i dyplomaci nie potrafili też
udowodnić, że szef USOPAŁ kolaborował z dyktatorem Paragwaju. Nie uzasadnili w
wystarczający sposób także innych stawianych mu w swoich publikacjach i
wypowiedziach medialnych zarzutów. Dlatego brak argumentów próbowali zasłaniać
podczas kolejnych rozpraw oskarżeniami polonijnego biznesmena o antysemityzm.
Sąd nie uniewinnił oskarżonych, choć jednocześnie nie skazał ich, mimo iż nie
uzasadnili swoich oskarżeń. Zaś wśród potencjalnie skazanych mogli się znaleźć
m.in.: naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik czy obecny redaktor naczelny
"Rzeczpospolitej" Tomasz Wróblewski.
Sądy chorujące na "niemoc"
– Akt oskarżenia złożyłem prawie 7 lat temu. Sąd miał wystarczająco dużo czasu,
by rozpoznać ewentualne wnioski dowodowe strony przeciwnej i zakończyć proces w
terminie – dziwi się mecenas Lew-Mirski. Jednak 4 lata trwało samo ustalanie,
który sąd ma zająć się tą sprawą. – W efekcie tego czasu oczywiście musiało
zabraknąć [na zakończenie w terminie samego procesu – przyp. red.], bo niestety
sprawy z oskarżenia prywatnego szybko się przedawniają – konstatuje adwokat.
Czemu tak długo trwało ustalanie, który sąd ma zająć się sprawą? Lew-Mirski
dostrzega przyczyny formalnoprawne. – Najwidoczniej dla naszych sądów znacznie
ważniejsze wydają się sprawy z oskarżenia publicznego i one mają zdecydowany
priorytet, a takie jak omawiana traktowane są z pewnością po macoszemu –
tłumaczy, przyznając jednak, że zna przypadki procesów o zniesławienie, które
toczyły się w polskich sądach o wiele krócej.
Warto w tym kontekście przypomnieć proces, jaki w 2008 r. Adam Michnik wytoczył
Instytutowi Pamięci Narodowej o ochronę dóbr osobistych. Wówczas sądy wykazały
się zadziwiającą sprawnością. W ciągu zaledwie roku wydano 2 wyroki w sądach
pierwszej i drugiej instancji! IPN przegrał wówczas proces. W przypisie do
publikacji o wydarzeniach z marca 1968 r. napisał bowiem, że ojciec naczelnego
"Gazety Wyborczej" otrzymał wyrok sądowy za szpiegostwo na rzecz Związku
Sowieckiego. Tymczasem Ozjasz Szechter został skazany obok 56 innych działaczy
Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy za… działalność w nielegalnej
organizacji, której celem była zmiana ustroju II Rzeczypospolitej lub oderwanie
części jej terytorium, co było traktowane jako zdrada stanu. KPZU dążyła do
oderwania kresów II Rzeczypospolitej i przyłączenia ich do Związku Sowieckiego.
Tymczasem jak wskazuje prof. Ryszard Bender, senator poprzedniej kadencji,
obserwujący ciągnący się latami proces wytoczony przez Jana Kobylańskiego, w tym
przypadku widoczne było ewidentne przeciąganie sprawy przez sądy. – A przecież
to głównie z tego powodu doszło do przedawnienia stawianych oskarżonym zarzutów
– podkreśla. Również on zaznacza, że w innych tego typu sprawach sądy często o
wiele szybciej wydają wyroki. – To stwarza społeczne wrażenie, że niektórzy
obywatele nie są równi wobec prawa, co z kolei łamie poczucie sprawiedliwości
społecznej – podkreśla.
"Nietykalni" III RP mogą bezkarnie obrażać?
Skąd taka nierychliwość sądów w podejmowaniu niektórych spraw? – Wystarczy
popatrzeć na sytuację polityczną w kraju. Proces gen. Wojciecha Jaruzelskiego,
który wytoczył wojnę Narodowi Polskiemu, toczy się już kilkanaście lat. Sądy nie
potrafią go skazać i w efekcie zapewne także tę sprawę doprowadzą do
"przedawnienia". Podobnie sytuacja ma się z Czesławem Kiszczakiem – wskazuje
kapitan żeglugi wielkiej inż. Zbigniew Sulatycki. – Gdy Polacy obalili komunizm
przed 20 – już z górą laty – byłem przekonany, że w Polsce w końcu zapanuje
prawo i sprawiedliwość, że wszyscy będą traktowani równo wobec prawa –
podsumowuje.
Opieszałość w rozpoznawaniu spraw, nie tylko zresztą takich jak omawiana, jest
powszechnie znaną dolegliwością polskiego wymiaru sprawiedliwości i pomimo
rozlicznych zapewnień na naszej "zielonej wyspie" nic w tym zakresie nie uległo
zmianie. Zdaniem adwokata Jana Kobylańskiego, w sprawach o zniesławienie trzeba
dochodzić swoich praw przed sądami. Choć to w polskich warunkach niezwykle
trudna i kosztowna droga, to jednak w jakiś sposób "temperuje" poczucie
bezkarności u tych, którzy chcieliby zapewnić sobie monopol na kształtowanie
rzeczywistości w III RP.
Mariusz Bober
