Pisarze prześladowani i prześladujący
Środowisko literackie, podobnie jak artystyczne czy dziennikarskie, poddane było od końca lat 40. ścisłej kontroli politycznej i ideologicznej, zwłaszcza po całkowitym zdobyciu władzy przez komunistów pod koniec lat 40. i stworzeniu na lata sowieckiego systemu w Polsce.
Ta ściślejsza kontrola rozpoczęła się zwłaszcza od odgórnego wprowadzenia programu tzw. socrealizmu, wyznaczającego ideologiczne treści nie tylko w literaturze, dziennikarstwie, sztuce, w tym nawet w muzyce, ale także w postawach politycznych ich twórców. Trzeba pamiętać, że wykorzystano do tego celu część pisarzy komunizujących jeszcze przed wojną, współpracujących od jej początków we Lwowie z władzami sowieckimi i przejmujących ich strategię wobec państwa polskiego. Po wojnie ta grupa „polskich pisarzy sowieckich”, jak się sami określali, stanowiła trzon upolitycznionego Związku Literatów Polskich i to już stanowiło gwarancję nie tylko zewnętrznej, partyjnej kontroli, ale i wewnętrznej samodzielnej dyscypliny. Kontrola ta była podwójnie ścisła, bo w środowisku pisarskim rozwinęła się z czasem inwigilacja, prowadzona przez Służbę Bezpieczeństwa. Dziś, dzięki dokumentom IPN, można poznać w szczegółach, jak działała wewnętrzna agentura ZLP stworzona w samym środowisku pisarzy.
"Hańby domowej" ciąg dalszy?
Zajęła się tym gruntownie Joanna Siedlecka w dwóch książkach: „Obława. Losy pisarzy represjonowanych” i „Kryptonim „Liryka””, powstałych z poszukiwań w archiwach IPN. W pierwszej opisywała m.in. inwigilację Wańkowicza, Szaniawskiego, Zawieyskiego, Jasienicy i wielu innych, mniej znanych, których tym łatwiej niszczono. Tom drugi jest bardziej zróżnicowany, bo oprócz pisarzy „rozpracowywanych” przez SB, śledzonych, poddawanych rozmaitym szykanom, takich jak Słonimski, Dygat, Tyrmand czy Agnieszka Osiecka, autorka ujawnia także tajnych współpracowników SB z tego samego literackiego środowiska, którzy donosili na tych i innych kolegów, współpracowali w rozbijaniu i konfliktowaniu własnego środowiska tylko na użytek władz. Wśród nich najgorliwiej służyli SB krytycy literaccy. Najbardziej wydajni, wręcz narzucający się, byli ze starszych Kazimierz Koźniewski (TW 33), Wacław Sadkowski (TW „Olcha”), a także Henryk Gaworski (TW „Grześ”), a z młodszych Leszek Żuliński, Władysław Huzik, Lech Isakiewicz, Tadeusz Żółciński. Byli wśród nich niestety także pisarze, i to znani, jak Andrzej Kuśniewicz (TW „Andrzej”), Aleksander Minkowski (TW „Redaktor”, „Zaleski”, „Aleksander”), Eugeniusz Kabatc (TW „Krab”), J.M. Gisges (TW „Maria”) i – co jest najbardziej przykrą niespodzianką – Włodzimierz Odojewski, choć jego współpraca była krótka i pełna uników, trwała do jego wyjazdu na Zachód w 1971 roku, co było zapewne decyzją polityczną i życiową, podyktowaną również chęcią uwolnienia się od wpływów Służby Bezpieczeństwa. Zachowały się jednak dowody jego współpracy w postaci pokwitowania za pobrane pieniądze i zobowiązania do zachowania w tajemnicy prowadzonych z SB rozmów. Wiele jest jego relacji spisywanych przez oficera prowadzącego, które są regularnymi donosami na bliższych czy dalszych kolegów po piórze, takich jak Herbert, Krzysztoń czy Iwaszkiewicz i Dąbrowska, często na poziomie zwykłych plotek, choć dla SB są to zawsze cenne materiały do inwigilacji i szantażu wobec innych. Mimochodem tylko wspomina autorka opisywaną już rolę znanego i głośnego w latach 90. pisarza Andrzeja Szczypiorskiego, kreującego się na autorytet moralny, który był po prostu donosicielem TW „Mirek”, czy znanego tłumacza Roberta Stillera TW „Kryspin”, „Literat”, „Stanisław Wisłocki”, „Tras”, lub też słynną już „Ewę-Max”, czyli Zofię O”Bretenny, która została żoną Jasienicy, by na niego donosić.
Wreszcie pokazuje autorka kilka przypadków pisarzy, poetów i krytyków, takich jak Krzysztof Karasek czy Henryk Bereza, których bezpieka starała się nakłonić do współpracy, ale potrafili oni odmówić, nie ulec pokusom, przeciwstawić się. Musieli liczyć się z tym, że sami staną się obiektem inwigilacji i szykan. Musieli często rezygnować z takich przywilejów, jakimi były wtedy (w latach 60. i 70.) wyjazdy zagraniczne, odmawiano im najczęściej paszportów. Autorka opisuje też przypadki rozpoczęcia takiej współpracy w wyniku szantażu lub z powodu zaskoczenia i uległości, jak było w wypadku krytyka Krzysztofa Mętraka, a później jej zerwania i zakończenia bez szczególnych sankcji ze strony SB. Jej książka pokazuje więc całą skomplikowaną i niejednoznaczną sytuację współpracy z SB, rozmaite przypadki i warianty, różny przebieg i ostateczny bilans. Pokazuje też dobitnie, że można było odmówić lub w różny sposób zbyć propozycje współpracy bez większych sankcji, choć na pewno nie ułatwiało to później pisarskiego życia.
„Syzyf”, „Stan”, „Baron”, „Osa”
Czyli w języku SB Słonimski, Dygat, Tyrmand, Osiecka. Każdy przypadek inwigilacji był inny. Różne były zarówno biografie i losy represjonowanych lub tylko inwigilowanych, jak i metodyka donosicielstwa, dopasowywana i zmieniana przez SB w zależności od osoby i sytuacji. Były też niepowodzenia i trzeba było nieraz przerwać lub zakończyć współpracę na skutek rozmaitych uników zwerbowanych agentów, bezczynności lub odmowy wprost. Słonimski został uznany za opozycjonistę przez władze komunistyczne dopiero w latach 60. i 70. Wcześniej bowiem, po wojennej emigracji, wrócił z Londynu i wspierał nowe porządki w Polsce. Pamiętny jest jego wiersz o zdradzie Miłosza, który w trakcie kariery dyplomatycznej zdecydował się w 1951 roku pozostać na Zachodzie. Późniejsze nękanie Słonimskiego to były tylko drobne szykany w porównaniu z wcześniejszymi represjami. Standard był w tym wypadku taki: zbieranie donosów przeważnie od agentów z samego środowiska literackiego, kontrola korespondencji i podsłuch telefoniczny, co pozwalało w pełni monitorować akcje delikwenta i jego inspiracje opozycyjne, choć najczęściej były to tylko opinie polityczne i wypowiedzi o ludziach ze środowiska. W aktach SB zachowały się nawet zdjęcia ze spotkań kawiarnianych Słonimskiego, otoczonego zawsze przez wybranych, zaufanych słuchaczy. Jego dowcip i błyskotliwe uwagi potwierdzają także dokumenty SB. Można by powiedzieć, że dzięki skrzętnej pracy SB zachowała się niejedna anegdota czy kąśliwa wypowiedź o rzeczywistości i ludziach PRL. Oto przykłady. Po „Liście 34” źródło „Tatra” donosiło z wieczoru autorskiego Słonimskiego w ZLP w 1965 roku: „Podkreślił po powitaniu, że nie czytano ostatnio jego wierszy w radiu ani w TV z różnych przyczyn. Jest ich dużo, aż 34”. Z innej informacji SB: „Podczas swego jubileuszu w ZLP Słonimski powiedział: Ogromne wzruszenie i coś jeszcze nie pozwala mi mówić”. Z podsłuchu telefonicznego notowano także plotki, anegdoty, żarty, czego delikwent był zapewne świadomy. Notatka z 1956 roku: „Od 17.30 do 18.10 przebywała u figuranta Monika. Porządkując mu bibliotekę, wspominała, że słyszała ostatnio o jego spotkaniu z Iwaszkiewiczem, który chwalił mu się kupionym właśnie małym fiatem z wieloma częściami zagranicznymi: angielskimi, włoskimi, francuskimi, co Słonimski miał skwitować stwierdzeniem: „Ale pedał jest jednak polski”. Słysząc to roześmiał się i nadmienił, że krążą różne jego dowcipy, przyznaje się jednak wyłącznie do dobrych”.
Służba Bezpieczeństwa nie dała Słonimskiemu spokoju nawet po tragicznej śmierci w wypadku samochodowym. Kontrolowała sekcję zwłok, zrobiła pełną dokumentację pogrzebu z listą osób na nim obecnych, interesowała się, kto będzie jego spadkobiercą.
Stanisław Dygat, świetny, błyskotliwy prozaik, autor powieści „Pożegnania”, „Jezioro Bodeńskie”, „Podróż”, które były inteligenckimi rozrachunkami z przeszłością, zwłaszcza wojenną, i z polskimi kompleksami, był postrzegany przez władze, jak wynika z dokumentów, jako wróg klasowy (z racji wcześniejszego obywatelstwa francuskiego), kosmopolita, co było szczególnym zarzutem, i przeciwnik ustroju. Dygat prowadził bujne życie towarzyskie, zapraszając do swego domu, który prowadził z żoną, znaną aktorką Kaliną Jędrusik, licznych gości, którymi SB szczególnie się interesowała: pracowników zachodnich ambasad, kolegów po piórze, ludzi ze świata artystycznego. „Skupiał też wokół siebie – raportował funkcjonariusz SB po „Liście 34″ – elementy opozycyjne, warcholskie, rewizjonistyczne, opiniotwórcze i liczące się w środowisku, prowadził w nim aktywną działalność, propagując wrogie poglądy, rozpowszechniał i złośliwie komentował informacje z Wolnej Europy”. Nie unikał postawy „kosmopolitycznej, demagogicznej, antysocjalistycznej, zwłaszcza wobec polityki kulturalnej partii”. SB nie miała jednak łatwego do niego dostępu. Dygat był nieufny i otaczał się tylko sprawdzonymi ludźmi, z czasem coraz bardziej był zmuszany ograniczać krąg swoich znajomych. Pozostawał więc tylko podsłuch telefoniczny i przechwytywanie korespondencji, co SB nagminnie prowadziła wobec wielu pisarzy. Ten wpływ, psychologiczne nękanie i osaczanie, były bardzo skuteczne, Dygat podupadł na zdrowiu, wycofał się z życia towarzyskiego, przestał prawie pisać, zamknął się w sobie. Zmarł przedwcześnie w wieku 64 lat, a jego żona Kalina Jędrusik w wieku lat 60.
Inaczej było z Tyrmandem. Z racji bogatego życia towarzyskiego i licznych kontaktów także z dziennikarzami i urzędnikami zagranicznymi SB obstawiała go wieloma agentami. Wystarczy wymienić ich pseudonimy od 1946 roku: „Olek”, „Jacek”, „Mały”, „Fatum”, „Marynarz”, później także „Bartek”, „Justyna”, „W.R.” oraz ważniejsi i bardziej płodni TW 33, czyli Kazimierz Koźniewski, i TW „Adam” ze środowiska muzycznego, w którym Tyrmand się obracał, czyli znany dziennikarz i konferansjer koncertów jazzowych Roman Waschko. Śledził on zwłaszcza kontakty zagraniczne Tyrmanda, podobnie jak inny znany dziennikarz, później major, Wiesław Górnicki, TW „Kawa”, który za swe zasługi został w stanie wojennym doradcą gen. Jaruzelskiego.
Ciekawy wątek wiąże się z innym agentem, zapewne podwójnym, Waldemarem Babiniczem (nie wiadomo, czy to prawdziwe nazwisko), a poprzez niego z początkami biografii Tyrmanda w okupowanym Wilnie. Jako niespełna 20-letni chłopak współpracował wtedy krótko z sowiecką „Komsomolską Prawdą”. Mimo to wkrótce został aresztowany przez służby sowieckie za współpracę z polską konspiracją, udało mu się jednak uciec z deportacji na Wschód po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Po latach Tyrmand wspominał, że organizatorem tej młodzieżowej konspiracji w Wilnie był Babinicz, w PRL robiący dużą karierę polityczno-ubecką, prawdopodobnie agent NKWD, przewerbowany z agenta niemieckiego do rozpracowywania czy też organizowania konspiracji kontrolowanej przez NKWD na terenie Wileńszczyzny. SB zwracała się nawet w 1961 roku do KGB o informacje o Tyrmandzie w czasach wojny, które potwierdziło, że Tyrmand był aresztowany w 1941 roku za przynależność do organizacji podziemnej. Później, zwłaszcza w latach 90., próbowano odwrócić tę sytuację, zapewne nie bez udziału jego dawniejszych, a nieżyczliwych znajomych, przekonując, że komunistyczne początki Tyrmanda to taki sam przypadek jak kolaboracja komunistycznych „polskich pisarzy sowieckich” we Lwowie w latach 1939-1941.
Gdy po wielu latach oczekiwań udało się Tyrmandowi uzyskać paszport w 1964 roku, do kraju już nie powrócił. Ale nawet w USA, gdzie osiadł i prowadził ożywioną działalność polityczną i publicystyczną, donosił na niego okazjonalnie kolega po piórze Aleksander Minkowski, TW „Aleksander”, który objął po Tyrmandzie wykłady na Uniwersytecie Columbia w 1970 roku. „Aleksander” donosił do centrali, że „zwolniono stamtąd Tyrmanda za lekceważenie obowiązków i niski poziom wykładów. Profesor Segal wypowiadał się o nim z ironiczną pogardą, a jego teksty z „New Yorkera” skomentował jako niegodziwe wazeliniarstwo wobec Ameryki, robią jednak karierę wśród drobnomieszczaństwa, do którego są adresowane”.
Przypadek Agnieszki Osieckiej (w dokumentach SB pod kryptonimem „Osa”), poetki, autorki piosenek Studenckiego Teatru Satyryków, to już przykład inwigilacji twórców następnego pokolenia. Zainteresowano się nią i środowiskiem STS z powodu kontaktów, nie politycznych zresztą, z paryską „Kulturą”, ściślej z Jerzym Giedroyciem. Namawiano ją do współpracy, a kiedy odmówiła, pozbawiono możliwości wyjazdów na Zachód na wiele lat. Odmowa paszportu to jeden z ważniejszych i typowych wówczas sposobów zmiękczania i łamania tych, którym na tych wyjazdach szczególnie zależało. Osiecka do nich należała. Zachowały się dość przykre dokumenty jej próśb o paszport, przyznawanie się do niepopełnionych win, kajania się przed bezpieką, by tylko móc wyjechać. Później wyszła za mąż za znanego dziennikarza Daniela Passenta, o którym dziś wiadomo z dokumentów, że wyrywkowo współpracował z SB. W środowisku STS miała zresztą SB dobrze umieszczonego agenta, którym był Andrzej Drawicz (TW „Kowalski”, „Zbigniew Kowalski”), rusycysta i krytyk literacki, który od roku 1989 był prezesem Telewizji Polskiej.
Związek agentów?
Obraz życia i środowiska literackiego, jaki wyłania się z książki Siedleckiej, jest więc dość ponury. Związek Literatów Polskich był kontrolowany nie tylko politycznie i partyjnie – duża część pisarzy należała przecież do PZPR – ale też był inwigilowany policyjnie, i to za pośrednictwem kolegów po piórze. Pisarze tacy jak Kuśniewicz, Minkowski czy Kabatc robili na tym kariery, mieli zapewnione wydanie każdej książki. Kuśniewiczowi SB organizowała nawet karierę międzynarodową, finansując przekłady i wydania zagraniczne. TW „Andrzej” nie zniżał się do własnoręcznego pisania donosów, choć rozpracowywał gruntownie swoje środowisko, do brania za to pieniędzy, choć nie odmawiał praktycznych wtedy podarunków. Zanotowano, że w roku 1969 i 1970 był to „kosz delikatesowy wartości 600 złotych, zawierający m.in. koniak, kawę neskę, ptasie mleczko, rodzynki, torcik wedlowski, dwie paczki papierosów Carmen”, w 1978 roku – koniak „Rubin” za 620 złotych, w 1979 – „Istra Premium” za 700. W jego wypadku „odstąpiono od pobierania pokwitowań ze względu na jego wrażliwość oraz wysoką pozycję zawodową; mogłoby go to również zrazić do naszej służby”. SB ceniła wysoko jego współpracę, przewidując w 1980 roku, że zostanie prezesem ZLP po chorym Iwaszkiewiczu, wystawiła mu swoisty list polecający: „Jest pisarzem dostrzegającym walory swojej twórczości i lubi – mimo pozorów skromności – gdy jego osoba jest eksponowana w prasie, radiu, telewizji. Chętnie godzi się na udzielanie wywiadów”. Nie miał skrupułów w donoszeniu na kolegów, wypełniał zamówienia SB, wykazując się własną inicjatywą. Tadeusza Konwickiego, od którego dostał wydany w podziemiu w 1977 roku „Kompleks polski”, opisał jako „przepojonego jadem nienawiści do polityki kulturalnej władz, który książkę swą wydał z pełną świadomością skutków, jakie może wywołać. Mimo to jest nadal kierownikiem literackim jednego z zespołów filmowych”. Raporty z Obór, czyli z domu pracy twórczej ZLP, były bardziej wszechstronne, ale przypominały raczej satyryczne obrazki: „panie z KOR-u to rozhisteryzowane, niewyżyte seksualnie baby i na tej drodze (działalności politycznej) szukają wrażeń.(…)Sandauer przyjechał ze swoją siostrą z Izraela, która wizę polską otrzymała przez naszą ambasadę w Rzymie. Pułkownik Zbigniew Załuski z młodą, podstawioną mu podobno Rosjanką (…), Andrzej Braun przysiadł się np. do stolika Brandysów, gdy tylko zwolniło się miejsce, a podczas oglądania dziennika telewizyjnego głośno i bezpardonowo krytykował podawane informacje. Z pokoju Stryjkowskiego najgłośniej słychać Wolną Europę, Andrzejewski ciągle pijany, uważa się za najwybitniejszego polskiego pisarza, pyta Kuśniewicza, dlaczego nie wystąpił z partii”.
Opinie i donosy personalne takich postaci jak Koźniewski czy Sadkowski miały często większe znaczenie niż oceny oficerów SB. Podsuwali oni niejednokrotnie strategie dezintegracji własnego środowiska, motywując to ideologicznie i politycznie, mogli wpływać na kariery poszczególnych osób. Byli to już nie tylko tajni współpracownicy (TW), ale konsultanci, ranga wyższa dla donosicieli należących do partii. Według standardów SB TW rekrutowano wśród bezpartyjnych. Pisarzy śledziło często kilku agentów, ale i agenci kontrolowali agentów, nie wiedząc oczywiście o tym, co zabezpieczało przed przekłamaniami w sieci SB. Taka konfrontacja donosów zapewniała SB pełniejszą wiedzę o obiektach, możliwości większego szantażu i wewnętrzne uwikłanie agentury. Te informacje były w ten sposób również łatwo weryfikowane wewnątrz SB. Dobrym przykładem rozgrywania środowiska ZLP przez SB, wzajemnego nastawiania, kontroli aż do stworzenia swoistego, oddolnego systemu wewnętrznej inwigilacji, był „trójkąt”: Kuśniewicz TW „Andrzej” oraz O”Bretenny „Ewa-Max” – wobec jej męża Pawła Beynara-Jasienicy. Obydwoje donosili na Jasienicę i zarazem wzajemnie na siebie, nic oczywiście o tym nie wiedząc. „Ewa-Max” wprowadziła „Andrzeja” do swojego domu i poznała z mężem. Z czasem „Andrzej” wkradł się na tyle w łaski Jasienicy, że ten radził się go w sprawach swej działalności w ZLP i PEN-Clubie, gdzie Jasienica był wiceprezesem w burzliwym roku 1968. Kuśniewicz wykorzystał tę sytuację, by zdobywać informacje o PEN-Clubie, opanowanym całkowicie przez opozycję, gdzie dotąd nie miał kontaktów. Gra była nieraz tak subtelna, że agent Kuśniewicz pomagał opozycjoniście Jasienicy w wydawaniu jego książek, gdy cenzura je zatrzymywała. Sytuacja stawała się coraz bardziej pikantna, gdy „Andrzej” składał SB doniesienie o przebiegu przyjęcia weselnego „Ewy-Max” i Jasienicy w końcu 1969 roku i o obecnych tam gościach. Nie przeszkodziło to w najbardziej perfidnych, bezwzględnych donosach „Andrzeja”, gdy pół roku później chory na raka Jasienica znalazł się w szpitalu. „Cierpi na chorobę krwi typu rakowego – donosił Służbie Bezpieczeństwa Kuśniewicz – nierokującą wyleczenia. Za miesiąc powinien znaleźć się w domu, lecz stan jego pozostaje krytyczny lub wręcz beznadziejny”. Nawet tę tragiczną sytuację wykorzystał do śledzenia jeszcze jednego opozycjonisty, Stefana Kisielewskiego, którego spotkał przy łóżku umierającego Jasienicy. Napomknął mu wtedy mimochodem, że „z nasłuchów radiowych dowiedział się, jakoby paryska „Kultura” wydała nową książkę Tomasza Stalińskiego. Uczynił to celowo, jako eksperyment psychologiczny, sprawdzający zachowanie się Kisiela, który w tym momencie jakby drgnął i zmieszał się wewnętrznie, co potwierdza, że jest Stalińskim”. Kuśniewicz rozszyfrował więc Kisielewskiego jako autora „Kultury”, czego SB nie była dotąd pewna, składając jednocześnie sprawozdanie o agonalnym stanie Pawła Jasienicy. A zatem pisarz bardziej zasłużony jako agent niż człowiek kultury.
To wszystko przekonuje, że dokumenty SB nie mogły być łatwo preparowane, jak twierdzą krytycy posługiwania się tymi dokumentami i przeciwnicy lustracji w ogóle. W zasadzie nie było możliwości ich fałszowania, co jest pewnym paradoksem działania systemu komunistycznego, który w tym jednym wypadku, bo na swój użytek, nie mógł być kłamliwy. Trzeba też pamiętać, że duża część tego środowiska była zdominowana przez partię i jej przedstawicieli we władzach ZLP. Specjalista od literatów w MSW (późniejszy generał, za zasługi) Krzysztof Majchrowski, który skutecznie tę sieć agenturalną organizował i prowadził, zyskał sobie uznanie u władz PRL. Miał licznych współpracowników i następców, takich jak późniejsi generałowie Stachura i Pudysz, Jan Pawłowski czy Andrzej Sieradzki, który miał także ambicje literackie.
Rzecz jasna, dokumenty pochodzące z UB i SB nie powinny być jedynym źródłem wiedzy o PRL. Nie można ich jednak pominąć, pokazują bowiem PRL od strony jej władz i sposobów zawiadywania w sposób totalny całym społeczeństwem. Trudno bez nich dochodzić prawdy o PRL, poznawać sedno systemu komunistycznego, to, czym był w istocie i do czego doprowadził, bez nich nie da się w pełni pojąć i rozpoznać specyficznego zła komunizmu.
Dr Marek Klecel
