Rozwiążmy sprawę roszczeń przesiedleńców
Z prof. Janem Sandorskim, prawnikiem z Katedry Prawa Międzynarodowego i Organizacji Międzynarodowych Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, rozmawia Mariusz Bober
Do polskich sądów wpływa coraz więcej spraw dotyczących roszczeń tzw. późnych przesiedleńców. Orzeczenia sądów – często przychylne dla obywateli Niemiec – wzbudzają wśród ekspertów obawy, czy tym sposobem nie zostaje podważony porządek prawno-majątkowy na polskich Ziemiach Odzyskanych. Podziela Pan te obawy?
– Sprawa jest niezwykle skomplikowana. Wynika to m.in. z zamieszania spowodowanego różnymi interpretacjami Ustawy o gospodarce terenami w miastach i osiedlach z lipca 1961 roku. Zakłada ona, że obywatelstwo polskie wraz z wiążącymi się z nim prawami majątkowymi do zajmowanych nieruchomości przysługiwało osobom, które jeszcze przed wybuchem II wojny światowej zamieszkiwały na terenach tzw. Ziem Odzyskanych oraz deklarowały narodowość polską. Ta sama ustawa przewidywała, że ich majątek przechodzi na własność Skarbu Państwa, jeśli opuściły one kraj, tracąc obywatelstwo polskie. Chodziło o tych, którzy oddawali dowody osobiste, a otrzymywali dokument podróży uprawniający do wyjazdu z kraju. Wydawano je m.in. późnym przesiedleńcom. Zgodnie z uchwałą Rady Państwa z 1956 r. obywatelstwo polskie utraciły osoby, które w ten sposób opuszczały Polskę, mimo iż w końcu lat 40. deklarowały narodowość polską.
Skąd w takim razie wzięły się rozbieżności w interpretacji tych przepisów?
– Z różnego traktowania uchwały Rady Państwa. Jedni twierdzą, że był to akt stosowania prawa, inni – że był to akt wykonawczy do ustawy o obywatelstwie polskim z 1951 roku. W polskim orzecznictwie zarysowało się stanowisko interpretujące uchwałę jako akt wykonawczy do ustawy z 1951 roku. Skoro zaś została ona zastąpiona nową – z 1962 r., to tym samym akt wykonawczy, czyli uchwała Rady Państwa z 1956 r., przestał obowiązywać w tym samym czasie. Ja uważam jednak, że był to akt stosowania prawa, dlatego nie przestał obowiązywać. Ale rozbieżności w tej sprawie widać nawet w stanowisku polskich sądów administracyjnych. Istnieje bowiem wyrok Warszawskiego Sądu Administracyjnego z 2007 r., który orzekł, że uchwała z 1956 r. była aktem stosowania prawa. Jednak jest też kilka innych wyroków, które uznają ją wręcz za akt administracyjny, który w związku z tym powinien podlegać procedurze administracyjnej. Ale przecież wówczas Rada Państwa była najwyższym organem władzy, a nie szczeblem administracji!
Jakie skutki ma dwoista interpretacja tej uchwały?
– Jeśli przyjmiemy, że omawiana uchwała była aktem stosowania prawa, do którego realizacji nie były potrzebne inne akty prawne – rodzajem dyspozycji ogólnej dotyczącej traktowania przez prawo dowolnej liczby obywateli – to znaczy, że nie wymagała ona wydawania indywidualnej zgody na opuszczenie kraju przez osoby, które teraz określamy jako późnych przesiedleńców. Po prostu na mocy samej uchwały takie osoby traciły polskie obywatelstwo. W takim razie decyzje o pozbawieniu obywatelstwa większości późnych przesiedleńców należałoby utrzymać w mocy, mimo że większość z nich nie otrzymała indywidualnych decyzji o utracie polskiego obywatelstwa. Chciałbym w tym miejscu wskazać na ważny aspekt związany z obowiązywaniem prawa międzynarodowego. Wykazuje ono bowiem tendencję, by poszczególne kraje nie uznawały tzw. wielorakiego obywatelstwa. Polska także podpisała, choć jeszcze nie ratyfikowała Europejskiej Konwencji o Obywatelstwie z 1997 r., która zawiera regulacje w tej sprawie. Posiadanie obywatelstwa tylko jednego państwa jest według mnie ważne także dla obywateli, żeby nie okazało się, że będą mieli np. obowiązek służenia w armiach kilku krajów, albo że jedna z nich uzna obywatela za dezertera. To zresztą tylko jeden z problemów tolerowania tzw. wielorakiego obywatelstwa.
Gdyby uznać te argumenty, to osoby, które przyjęły obywatelstwo niemieckie, traciłyby polskie automatycznie, z mocy ustawy. Jakie to miałoby konsekwencje dla stosunków własnościowych w Polsce?
– Wspomniana wcześniej uchwała z 1956 r. zakładała właśnie, że w przypadku przyjęcia obywatelstwa niemieckiego osoba taka traciła obywatelstwo polskie. Przesiedleńcy składają wnioski do wojewodów o przywrócenie obywatelstwa, ale są one zwykle odrzucane. Wówczas składają pozwy do sądów.
Problemem dla sądów jest również to, jak traktować rodziny późnych przesiedleńców, które występują do polskich sądów jako spadkobiercy…
– Tutaj pojawia się problem tzw. spadkobrania. Jeżeli do RFN wyjeżdżał np. ojciec, który zostawiał w Polsce majątek, i składającym roszczenia uda się udowodnić, że nie utracił on polskiego obywatelstwa, to starają się oni wtedy wykazać, że nie zadziałała Ustawa o gospodarce terenami w miastach i osiedlach, a więc własność jest nadal rodzinna, czyli rodzina może dziedziczyć. Sądy różnie podchodzą do takich osób. Gdyby sędziowie jasno i konsekwentnie traktowali tego typu roszczenia, nie dochodziłoby do „wyszarpywania” własności i wywoływania poczucia krzywdy u osób, którym się wydawało, że zgodnie z prawem zajęły majątki późnych przesiedleńców na mocy decyzji organów władzy PRL. Dlatego potrzebna jest tu klarowna praktyka orzekania przez polskie sądy. A z tym rzeczywiście jest problem. Sądy zajmują niejasne stanowisko i nie wiedzą, jak rozstrzygać takie sprawy. Wydaje mi się, że podejmując te decyzje, sędziowie nie konsultowali się z ekspertami, ale wydawali wyroki, kierując się wyłącznie własnym rozeznaniem.
Skoro polscy sędziowie mają problemy z interpretacją często bardzo skomplikowanych spraw o zwrot majątków późnych przesiedleńców i ich spadkobierców, może potrzebne jest opracowanie polskiej doktryny prawnej, które pomogłoby sędziom w ocenie takich roszczeń…
– Całkowicie podzielam ten pogląd. Uważam, że dobrze byłoby, gdyby powstało obszerne opracowanie np. pod egidą Ministerstwa Sprawiedliwości. Mogłoby ono być wzorowane na tym dotyczącym uregulowania po II wojnie światowej spraw majątkowych na Ziemiach Odzyskanych. Tamto opracowanie pt. „Problem reparacji, odszkodowań i świadczeń w stosunkach polsko-niemieckich 1944-2004” powstało pod egidą Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ukazało się ono pod redakcją prof. Witolda M. Góralskiego. Teraz natomiast trzeba byłoby przygotować podobną analizę poświęconą sprawie utraty obywatelstwa i majątku przez osoby określane mianem późnych przesiedleńców. Niestety, w okresie PRL popełniono wiele poważnych błędów, np. w podejściu do rdzennych mieszkańców Warmii i Mazur. Ówczesne władze nie traktowały ich jak stuprocentowych Polaków. Trzeba byłoby zatem dobrze się przygotować, aby uniknąć krzywdzących decyzji.
Co powinna zawierać taka doktryna, by spełniać swoją rolę?
– Powinni nad nią pracować eksperci różnych dziedzin prawnych, przede wszystkim od prawa cywilnego i majątkowego, ale także administracyjnego i międzynarodowego.
Czy taka doktryna mogłaby być pomocna w ewentualnych pozwach niemieckich przesiedleńców z czasów wojny lub okresu zaraz po jej zakończeniu?
– Dzięki decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu [z października 2008 r. – przyp. red.] Niemcy z Powiernictwa Pruskiego i inni przesiedleńcy nie mają szans na dochodzenie roszczeń majątkowych wobec Polski w tym trybunale. Stanął on na stanowisku, że umowa w Poczdamie załatwiła sprawę takich roszczeń, a prawo do reparacji wojennych obejmowało nie tylko majątek III Rzeszy, ale także obywateli RFN. Potwierdza to wcześniejsze podejście ekspertów do tego problemu, zgodnie z którym to cały naród niemiecki odpowiada za rozpętanie II wojny światowej, a nie tylko hitlerowcy.
Dziękuję za rozmowę.
