PO obraża część wspólnoty narodowej
Z dr Barbarą Fedyszak-Radziejowską, socjologiem, adiunktem w
Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, rozmawia Paulina Jarosińska
Czy
można, według Pani, zbudować jakiś rys socjologiczny elektoratu
Bronisława Komorowskiego?
– Nie będę oceniać elektoratu
Komorowskiego, ponieważ sam zwyczaj oceniania wyborców „lepsi – gorsi”
uważam za problem. To politycy i eksperci – zwolennicy Platformy,
narzucili polskiemu społeczeństwu taką diagnozę „stanu” elektoratów, w
których jedni są wartościowani pozytywnie, a inni negatywnie. To jest
dla demokracji dramatycznie destrukcyjne zagrożenie. Zwolennicy
Komorowskiego, kiedy słyszą, że na Jarosława Kaczyńskiego głosowała
„wieś, ludzie niewykształceni i starsi”, zdają się czuć „młodszymi”
także wtedy, gdy dawno przekroczyli sześćdziesiątkę. To zabawne, jak
elektorat Komorowskiego ucieka w „lepszość”. To jest złamanie
podstawowej zasady demokracji – etosu egalitarnego. Mamy prawo oceniać
zachowania konkretnych ludzi, np. Janusza Palikota czy Andrzeja Leppera.
Ale obrażanie ich elektoratów jest zagrożeniem dla demokracji. Kiedyś w
dobrym tonie było obelżywe odnoszenie się do zwolenników Leppera,
dzisiaj ta zasada obejmuje prawie połowę Polaków głosujących na
Kaczyńskiego. To zjawisko likwiduje merytoryczną dyskusję, a wyborcy
wybierają partię „lepszą”, by poprawić sobie samopoczucie. Ale takie
mechanizmy nie budują wspólnoty. Prowadzą do jej osłabienia i sprawiają,
że demokracja źle funkcjonuje. Znaczna część obywateli otrzymuje ze
strony elit opiniotwórczych stygmatyzujący komunikat – jesteście
niepełnowartościowymi członkami wspólnoty. To czysta socjotechnika i
przykład nieuczciwie prowadzonej walki politycznej, w której nie racje
programowe, a obrażanie elektoratu przeciwnika jest główną metodą
rywalizacji. Tak zwany twardy elektorat nie ulega tej presji, ale mniej
zorientowany wyborca nie będzie ryzykował poczucia marginalizacji i
wybierze zgodnie ze „słuszną linią”. Jeśli obrażanie politycznej
konkurencji jest skuteczne, komfort sprawowania władzy i poczucie
bezkarności rządzących niebezpiecznie wzrasta. Mam nadzieję, że wynik
wyborów prezydenckich stwarza szansę uniknięcia tych zagrożeń i
przywraca do życia demokrację budowaną na etosie egalitarnym. Obywatele
RP, których widzieliśmy po tragedii smoleńskiej przed Pałacem
Prezydenckim, na ulicach, gdy towarzyszyli uroczystościom pogrzebowym,
nie wyginęli i, jak sądzę, nie wyginą w najbliższych latach jak
dinozaury. Nawet wtedy gdy zwolennicy Komorowskiego nadal będą ich
obrażać. Demokracja funkcjonuje dobrze, to znaczy sprawnie i efektywnie,
gdy wszyscy członkowie wspólnoty czują się równi w swoich obywatelskich
prawach, a opozycja jest równie ważna i traktowana z takim samym
szacunkiem jak rządzący.
Mamy do czynienia z pozyskiwaniem
poparcia poprzez budowanie fałszywego wizerunku elektoratu konkurencji
politycznej?
– Dokładnie tak. To przypomina prostactwo nuworysza,
który jeszcze nie nauczył się demokratycznych obyczajów, ale już pyszni
się swoim zwycięstwem, demonstruje swoją wyższość i lekceważy tych, co
do których sądzi, że są niżej. To cechy bardzo niedojrzałej osobowości i
bardzo niedojrzałej demokracji. Elektorat z Polski Wschodniej i
Południowo-Wschodniej możemy opisywać, sięgając do retoryki „wieś i
rolnictwo”, ale równie dobrze – zgodnie z historyczną prawdą – jako
miejsce, gdzie najdłużej trwał opór przeciwko komunizmowi. Pewnie
dlatego tak skutecznie dyskryminowano gospodarczo te tereny w okresie
PRL. Wskaźniki sukcesu i porażki są więc bardzo zróżnicowane, podobnie
jak cechy wyborców, którzy przegrywają lub wygrywają wybory. Podlasie
było rejonem silnego oporu przeciw komunizmowi, terenem o tradycjach
patriotycznych i zarazem „trudnym”, bo biednym regionem u początku
przemian 1989 roku. Dzisiaj stało się przykładem ogromnego sukcesu
gospodarczego w rolnictwie, przetwórstwie rolnym i tzw. małej i średniej
przedsiębiorczości.
Czy wskaźniki np. poziomu wykształcenia
mówią coś konkretnego o elektoracie?
– Proszę wybaczyć, ale po
obu stronach i we wszystkich elektoratach są ludzie wykształceni.
Niewiele osób ma świadomość, że za Samoobroną stała i wspierała ją dawna
kadra popegeerowska, a więc najlepiej wykształceni w rolnictwie
dzierżawcy i nowi właściciele majątków popegeerowskich. Ale rzeczywiście
jest bezpośredni związek z mieszkaniem na wsi i mniejszą szansą na
równie wysokie i dobre wykształcenie jak w społecznościach największych
miast. Problem tkwi więc przede wszystkim w naszym poczuciu wspólnoty i
współodpowiedzialności. W PiS programowe rozwiązania uwzględniają ten
sposób myślenia, w PO – ponieważ obraża się część wspólnoty narodowej
pozornie naukową charakterystyką „starzy, wieś, niewykształceni” –
niestety nie. Sprawować władzę trzeba z myślą o wszystkich obywatelach, a
nie ze zdumiewającym programem „z lepszymi i dla lepszych”. Można by
zadać pytanie, po co tym „lepszym” wsparcie władzy, przecież sami sobie
powinni – jako „lepsi” – poradzić.
Dochodzimy do
niebezpiecznego wartościowania.
– Ono jest z istoty rzeczy bardzo
niebezpieczne, bo rozbija wspólnotę, a bez niej demokracja nie może
funkcjonować. Demokracja jest zgodą na to, że inni myślą inaczej, tym
samym mają prawo być opozycją i oceniać aktualnie rządzących. Tak
surowo, jak robiły to media i elity opiniotwórcze za rządów PiS. Tak
powinno być również teraz. Tymczasem PO zaczyna pełnię władzy od ustawy
medialnej, która pozwoli „uporządkować” media publiczne. Nic dodać, nic
ująć.
Jak w tej sytuacji mogą zachowywać się wyborcy
niezdecydowani?
– Twarde elektoraty przypominają opisany przez
prof. Mirosławę Grabowską „podział postkomunistyczny” na centrolewicę i
centroprawicę i to się nie zmienia. Batalia toczy się o ludzi nie w
pełni aktywnych na obywatelskiej i politycznej niwie. W każdym kraju tak
jest i nie ma w tym nic wartościującego. Wybory tej części elektoratu
wiążą się z zaspokojeniem potrzeby pewnego komfortu psychicznego –
dobrze wybrałem, wybrałam. Nie chcę oceniać takich wyborców PO, bo
unikam stylu naznaczania. Nie do wyborców bowiem, lecz do polityków
odpowiedzialnych za retorykę wyborczą kieruję swoje oceny i krytyczne
opinie. Nie przypadkiem tuż przed wyborami nawet premier zaatakował PiS i
Jarosława Kaczyńskiego wedle tej retoryki, a inny ważny polityk
lubelskiej Platformy mówił o patroszeniu przeciwnika. To był komunikat
skierowany właśnie do tych wyborców.
Taki chwyt przynosi
sukces, przecież Komorowski wygrał.
– Oczywiście, że przynosi
sukces. Nie kieruję swojej krytycznej opinii do dziennikarzy, chociaż
także do nich, jeśli w tym „naganianiu” wyborców uczestniczą, lecz
przede wszystkim do polityków i ekspertów, bo oni wiedzą, co robią, są
tego w pełni świadomi. Przekonywanie wyborców odbywa się nie na poziomie
programu, ale polega na wzbudzaniu emocji, głównie lęku, że dokonany
wybór polityczny spowoduje zaliczenie do gorszej części społeczeństwa.
Niewątpliwie każda grupa społeczna ma swoje elity, podobnie jak
specyficzne interesy czy wartości. W PRL oczywiste było sformułowanie
„awans do miasta” (czyli: zostajesz na wsi, nie awansujesz), dzisiaj
ojciec inżynier pyta syna inżyniera: „Synu, nie wstyd ci, że głosujesz
tak jak wieś?”. Stopień stereotypizacji z winy polityków i elit
opiniotwórczych staje się dzisiaj problemem w relacjach rodzinnych,
prywatnych i zawodowych. Ja mam wątpliwą przyjemność obserwować to
zjawisko na wyższych uczelniach i w społeczności naukowców.
Dziękuję
za rozmowę.
