Największym błędem było oddanie śledztwa MAK
Polski rząd popełnił olbrzymi błąd, przyzwalając na to, aby Rosjanie
prowadzili śledztwo w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem – podkreśla były
doradca prezydenta Władimira Putina Andriej Iłłarionow. Ten czołowy rosyjski
ekonomista, a obecnie pracownik naukowy w Cato Institute w Waszyngtonie, który
kilka lat spędził na Kremlu, zna mentalność rosyjskich władz. Podkreśla, że w
całej tej sprawie mamy do czynienia z ogromem nieprawidłowości, niespójności i
celowym okłamywaniem opinii publicznej, ma to na celu przeforsowanie tezy,
jakoby winę za katastrofę ponosili wyłącznie polscy piloci.
– Od 10 kwietnia podawano społeczeństwu wiele informacji, które były pomyłkami,
jeśli nie kłamstwami – podkreśla Andriej Iłłarionow, były doradca Władimira
Putina i jeden z czołowych ekonomistów rosyjskich, który znalazł się także wśród
sygnatariuszy listu rosyjskich dysydentów ostrzegających przed przekazaniem
śledztwa stronie rosyjskiej. Jego zdaniem, obecnie celem Rosji jest forsowanie
tezy, jakoby winę za katastrofę ponosili wyłącznie polscy piloci. Iłłarionow,
który w 2005 roku zrezygnował ze stanowiska doradcy prezydenta Putina w związku
z – jak to określił – narastaniem tendencji autorytarnych w państwie rosyjskim,
podkreślił w wywiadzie udzielonym TVP1 w programie "Bronisław Wildstein
przedstawia", że w całej katastrofie i prowadzonym śledztwie jest mnóstwo
nieprawidłowości i kłamstw. Wśród nich wymienił m.in. forsowane nieprawdziwe
informacje, jakoby Tu-154M podchodził do lądowania cztery razy. – To kłamstwo
było jasne od początku, ponieważ ludzie, którzy byli na lotnisku w Smoleńsku,
powiedzieli, że żadnych czterech podejść do lądowania nie było – mówi Iłłarionow.
Jego zdaniem, poważnie powinno nas zastanowić to, że tak wielkim problemem – i
do dziś ostatecznie niewyjaśnionym – jest ustalenie czasu katastrofy polskiego
samolotu rządowego. – Skoro samolot rozbił się 300 metrów od końca pasa
startowego, a wiele osób było na lotnisku, to ustalenie czasu katastrofy nie
stanowiło problemu. Mimo to przez kilka tygodni podawano nieprawdziwą
informację, gdy mówiono, że to było o 10.56 rosyjskiego czasu – zaznaczył
rosyjski dysydent, podkreślając, że prawdziwą godzinę podały nie instytucje
państwowe, ale zupełnie niezależni obywatele.
Zaniepokojenie Iłłarionowa budzi także fakt, iż do tej pory nie podawano
oficjalnie, kto 10 kwietnia znajdował się na wieży kontroli lotów lotniska w
Smoleńsku. Jego zdaniem, niedopuszczalne było również to, że wieża w Smoleńsku
podawała polskiej załodze nieprawdziwe dane dotyczące pogody. – Jeden z
kontrolerów po opublikowaniu tych informacji przez polską stronę powiedział
otwarcie, że ich zadanie polegało na tym, aby nie dopuścić do lądowania
polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku. To dziwne, mówiąc delikatnie –
podkreśla. – Ze stenogramu wynika też, że kiedy samolot zmniejszał wysokość,
wieża w Smoleńsku długo milczała. Milczała, kiedy samolot podchodził do
lądowania i tracił wysokość dużo szybciej – przynajmniej według tych danych –
niż powinien – dodaje. – Jeśli tak było, to takie zniżanie się nie mogło
pozostać niezauważone przez pilotów i kontrolerów. A jednak nie było na to
żadnej reakcji. Samolot tracił wysokość z niewiarygodną szybkością. A zgodnie z
tym stenogramem, który czytaliśmy, kontroler powtarza tylko: "Wszystko w
porządku, znajdujecie się na pasie!" – zauważa Iłłarionow.
Zdaniem byłego doradcy Putina, wymienione przykłady to zaledwie część
niedociągnięć i przekłamań, jakich dopuściła się i nadal dopuszcza się w tej
kwestii strona rosyjska. – Były też inne fakty, na które zwrócili uwagę zwykli
polscy i rosyjscy obywatele, a które każą mieć wątpliwości co do autentyczności
dokumentu opublikowanego pod nazwą "stenogram" i który był przekazany przez
rosyjskie władze jako dokument oficjalny władzom polskim. Są poważne powody,
żeby sądzić, że informacje tam podane nie odpowiadają rzeczywistości – zauważa.
Wspomina w tym kontekście film z miejsca katastrofy i kolejnych pojawiających
się w polskich mediach rzekomych jego autorów, którzy jednym głosem podkreślają,
że nie ma na nim nic niepokojącego. Największym jednak błędem było – w opinii
Iłłarionowa – oddanie śledztwa MAK. – Przypomnę, że na początku, zgodnie z tym,
jak dogadały się polska i rosyjska strona, śledztwo miało być wspólne,
rosyjsko-polskie. Ale okazało się, że jest wyłącznie rosyjskie, praktycznie bez
polskiego uczestnictwa i tylko od czasu do czasu – pod wpływem tych albo innych
wystąpień – rosyjska strona przekazuje tę czy inną informację polskiej stronie –
zauważa. Dodaje również, że nawet jeśli rosyjska strona nie dopuszczała polskich
śledczych, to wina polskiej strony polega na tym, iż ta "nie nalegała, nie
mówiła o tym publicznie i nie wyniosła tej sprawy na najwyższy możliwy poziom".
– Ta sprawa nie ma osobistego charakteru i nie odnosi się do osobistych relacji
polskiego prezydenta czy pełniącego obowiązki prezydenta. To pytanie dotyczące
polskiego społeczeństwa, polskiego państwa. W tym wypadku polskie władze powinny
przedsięwziąć wszystkie możliwe i niemożliwe środki, żeby nie pozwolić
rosyjskiej stronie prowadzić śledztwa samodzielnie. Jeszcze raz powtórzę – nawet
w przypadku, gdyby w stosunku do rosyjskiej strony nie było żadnego
zastrzeżenia. Nawet gdyby strona rosyjska nie myliła się, gdyby nie było żadnego
przekłamania z jej strony, to jest sprawa odpowiedzialności władz polskich przed
własnym narodem – konkluduje Iłłarionow.
Marta Ziarnik
