Korea trzech Kimów

Co takiego jest w odległej Korei Północnej, że przykuwa uwagę możnych tego
świata? Dlaczego już siódmy dziesiątek lat – rekord pobity tylko przez Związek
Sowiecki – trwa tam równie okrutny jak absurdalny reżim? I czy zmiana na
szczytach władzy, przejęcie jej przez trzecie pokolenie samowładczej dynastii –
rzecz sama w sobie bez precedensu – stwarza szanse na zmianę istniejącego
porządku?

Geopolityczna beczka prochu
Najprościej jest odpowiedzieć na pytanie pierwsze. Otóż Półwysep Koreański
położony jest w jednym z najbardziej newralgicznych i zarazem najbardziej
niebezpiecznych regionów świata. Prawda, że obszar euroatlantycki jest jeszcze
lepiej uzbrojony, niemniej – w znacznej mierze na skutek sieci sojuszów,
wspólnych organizacji, wreszcie demokratycznego ustroju – możliwość wybuchu jest
tam wręcz znikoma. Z kolei tzw. – wedle określenia Zbigniewa Brzezińskiego –
euroazjatyckie Bałkany, rozciągające się od Azji Środkowej po Egipt, mają
większe nasycenie "gorących" konfliktów, ale nie ma tam prawdziwych mocarstw.
Tylko jeden kraj (Izrael) jest uznawany za posiadacza broni jądrowej. Innymi
słowy, niebezpieczeństwa związane z regionem bliskowschodnim wynikają bardziej z
obawy wciągnięcia w konflikt graczy naprawdę potężnych niż z formatu samych
grających. Tymczasem na Półwyspie Koreańskim stykają się aż cztery mocarstwa
nuklearne: ChRL, Rosja, USA (w postaci swych baz) oraz Koreańska Republika
Ludowo-Demokratyczna. Obok znajduje się mocarstwo niejądrowe, ale mogące mieć tę
broń właściwie w każdej chwili (Japonia). Mamy także potęgę gospodarczą – Koreę
Południową, a stosunkowo niedaleko kolejną – Republikę Chińską na Tajwanie.
Równie wymyślnie nafaszerowanej beczki politycznego prochu nie ma żaden inny
region świata.
Przypomnieć należy – bo nader często się o tym zapomina – że konflikt między obu
państwami koreańskimi ma charakter domowej wojny tout court, która może zostać
zakończona tylko likwidacją jednego ze zwaśnionych organizmów państwowych.
Dominująca w regionie cywilizacja konfucjańska uchodzi (po części słusznie) za
mało wojowniczą. Wszelako traktowanie przez nią państwa jako rodziny, z władcą
występującym w roli patriarchy, sprawia, że konflikt wewnętrzny, czyli
podniesienie ręki na władzę mieniącą się jedynie prawowitą, jest równoznaczne z
próbą ojcobójstwa – najstraszniejszą zbrodnią godną wszystkich kar i mąk. Dzieje
cywilizacji chińskiej, pod której wpływem Korea pozostawała przez tysiąclecia,
pełne są opowieści o morderczych konfliktach bratobójczych, w których strona
przegrywająca musiała być totalnie unicestwiona. Charakterystyczny dla Zachodu
świat teoretycznie równych sobie antycznych poleis, a potem średniowiecznej Res
Publica Christiana, gdzie wszyscy władcy byli z założenia suwerenni (i jako
równi pisali do siebie per "mój panie bracie"), nie występował nigdy w Azji
Wschodniej.
Komunizm północnokoreański wyrósł z zatrutego pnia stalinizmu, prędko jednak
przybrał cechy nader swoiste. Znakomity krakowski politolog prof. Marek
Bankowicz zauważył kiedyś celnie, że twórca reżimu Kim Ir Sen, jako najbardziej
groteskowy dyktator współczesnego mu świata, był wszelako dyktatorem
najpełniejszym. Urzeczywistnił bowiem dwa odwieczne marzenia tyranów: o poddaniu
całości życia społecznego wszechogarniającej kontroli władzy i o wyniesieniu
tejże władzy na piedestał świętości. Ponieważ Kim Ir Sen pozostaje (mimo śmierci
w 1994 r.) proklamowanym oficjalnie Wieczystym Prezydentem Korei, mówienie o nim
w czasie przeszłym nie jest do końca prawdziwe. W tym miejscu warto przypomnieć,
że trwający już siódmy dziesiątek lat północnokoreański komunizm poprzedzony był
w całej Korei ponadczterdziestoletnimi kolonialnymi rządami Japonii, które w
ostatniej fazie nabrały totalitarnego charakteru. Osobliwością totalitaryzmu
japońskiego było zaś wprzęgnięcie w jego służbę starożytnego mitu o niebiańskim
pochodzeniu tamtejszej dynastii cesarskiej. Otóż nawet zupełny laik dostrzeże
bez trudu, że wiszące w wielu północnokoreańskich instytucjach konne portrety
Kim Ir Sena i młodocianego Kim Dzong Ila, przedstawiające ich jako wodzów
antyjapońskiej partyzantki, niekiedy do złudzenia przypominają oficjalne
podobizny cesarza Hirohito pozdrawiającego poddanych z wysokości siodła swej
klaczy Śnieżynki.

Czerwona dynastia
Podobieństwo do systemu japońskiego zwiększa niesamowity fakt dziedziczności
najwyższej władzy w KRL-D, określanej czasem mianem komunistycznej monarchii. Tu
kwestia jest jednak bardziej skomplikowana. Wyborny specjalista, prof. Jacek
Bartyzel, nazwał ostatnio system północnokoreański monokracją, a więc
jedynowładczą formą sprawowania rządów, w której mimo braku formalnych zasad
sukcesji następuje jednak ewolucja w stronę monarchii de facto. Władza pozostaje
bowiem w rękach jednej rodziny, w której obrębie sukcesora określa wszakże wola
aktualnie rządzącego, a nie jakikolwiek porządek naturalny czy zwyczajowy.
Aktualny przywódca KRL-D Kim Dzong Un jest bowiem młodszym synem zmarłego Kim
Dzong Ila, podczas gdy w europejskich monarchiach absolutnych władca nie mógł
dowolnie zmienić reguł następstwa tronu (nawet w formie desygnowania młodszego
syna przed starszym). Frapującą analogią jest tu instytucja antycznej tyranii, w
której jedynowładca wyznaczał następcę – zwykle właśnie syna – w sposób
arbitralny. Nie mogąc uzasadnić swego wyniesienia prawem zwyczajowym ani
naturalnym, puszczał w obieg opowieści o "wieszczych znakach" zapowiadających
jego władzę. (Na tej właśnie zasadzie narodziny każdego z Kimów miały poprzedzić
niezwykłe zjawiska atmosferyczne). Żadnej jednak rodzinie helleńskich tyranów –
nawet sławnym ateńskim Pizystratydom – nie udało się zachować władzy przez okres
dłuższy niż dwa pokolenia. Z tego właśnie powodu osiągnięcie czerwonej
koreańskiej despotii jawi się jako jedyne w swoim rodzaju.
Łatwo można też określić przyczyny względnej pobłażliwości świata dla
zbrodniczego reżimu Kimów. Jego sednem jest mianowicie fakt – który Kim Dzong Il
trafnie zauważył i wykorzystał – że tak naprawdę żadne z państw regionu nie chce
likwidacji KRL-D. Dla Japonii zjednoczenie Korei oznaczałoby pojawienie się w
najbliższym sąsiedztwie blisko osiemdziesięciomilionowego (czyli porównywalnego
z samą Japonią), potencjalnie silnego gospodarczo i wyposażonego w broń
nuklearną sąsiada, z racji zaszłości historycznych niekorzystnie przyjaznego.
Dla Chin i Rosji byłoby to sąsiedztwo z dużym, silnym i co gorsza mającym na
swym terytorium amerykańskie garnizony państwem – a przeciw takiemu rozwiązaniu
Pekin i Moskwa wystąpiły zbrojnie podczas wojny koreańskiej (1950-1953).
Wreszcie, perspektywa taka nie musi też zachwycać Waszyngtonu. Pominąwszy
problemy w relacjach z Rosją, Chinami i Japonią, zjednoczona Korea mogłaby
wyprosić ze swego terytorium wojska USA (których pobyt ma na celu właśnie obronę
przed Północą). Silna, nuklearna Korea niepowstrzymywana przez żadnego alianta
mogłaby wywołać uzbrojenie się w broń nuklearną Japonii (a może i Tajwanu). Nie
trzeba dodawać, że nikt tego nie chce. O urzeczywistnieniu takiego scenariusza
nie marzą też zapewne władze w Seulu. Wobec potencjalnych kosztów zjednoczenia
ze zrujnowaną komunistyczną Północą, wyrzeczenia o ileż bogatszych od
Koreańczyków zachodnioniemieckich Wessis, zmuszonych dopłacać po zjednoczeniu do
swych wschodnich braci Ossis, okazać by się mogły tylko bagatelą.

Reformy czy bezruch?
Nowy władca Korei Północnej, niespełna trzydziestoletni Kim Dzong Un, stanowi w
rzeczy samej zagadkę dla świata. Niejasna jest nawet data jego urodzenia (1983
czy 1984 rok?). Jego, skądinąd zaskakująca, edukacja w demokratycznej Szwajcarii
(wcześniej ukończył elitarną szkołę dla prominentów partyjnych) jest wśród
politologów powodem rozmaitych, najczęściej bezzasadnych, rachub i spekulacji.
Dotyczą one naturalnie ewentualnych przemian i reform, które mógłby (?)
wprowadzić następca tronu. Otóż wydaje się oczywiste, że Kim Trzeci nie posiada
(choćby ze względu na wiek) ani odpowiednio rozbudowanej legendy własnej, ani
zastępu wystarczająco licznych, zawdzięczających wszystko tylko jemu
pretorianów. Jego głównym atutem pozostaje nazwisko i poparcie rodziny
(stanowiącej od 40 procent do połowy członków Komitetu Centralnego Partii Pracy
Korei). Jednak właśnie z tego powodu jest mało prawdopodobne, by chciał
odchodzić od modelu władzy stworzonego przez ojca i dziada. Kwestionowałby w ten
sposób własną pozycję jako jedynego prawowitego dziedzica kimirsenowskiej
filozofii dżucze, czczonej w Korei Północnej jako niezmienne i szczytowe
osiągnięcie myśli ludzkiej. Niektórzy sugerują, że Kim najmłodszy mógłby pójść
tzw. chińską drogą, rozumianą jako przemiany gospodarcze przy zachowaniu
(przynajmniej pozornym) partyjno-politycznej ortodoksji. Warto im wobec tego
przypomnieć, że chińskie reformy były dziełem nie wyedukowanej młodzieży (ta
ostatnia dała się wciągnąć w "rewolucję kulturalną"), ale dobiegającego
osiemdziesiątki Deng Xiaopinga, z którego życiorysem rewolucyjnym rywalizować
mógł tylko sam Mao Zedong.
Jeśli dodamy do tego, że Pekin i Moskwa (ta ostatnia w nieporównanie mniejszym
stopniu) czerpią realne korzyści z amerykańskiej wiary, że za ich pośrednictwem
można wywierać pewien wpływ na KRL-D, to dojdziemy do ponurego wniosku, że
prawdziwych przemian w Phenianie nie chce nikt. Mocarstwa chciałyby jedynie
widzieć u steru Północy kogoś bardziej przewidywalnego, kto respektowałby
traktaty i nie przeszkadzał.
Ten "racjonalny" scenariusz nie opłaca się wszakże samemu Phenianowi. W rzeczy
samej wymierne korzyści – w tym stałą pomoc materialną dla swego sypiącego się
państwa – Kim Dzong Il czerpał z wiary społeczności międzynarodowej, że jest on
szaleńcem gotowym naprawdę – jeśli nie spełni się jego żądań – nacisnąć na
atomowy guzik. Gdyby go za takiego nie uważano, nikt by się nim nie interesował
– tak jak nikt nie interesuje się juntą w Birmie ("Myanmarze") czy większością
dyktatur afrykańskich. Dyktator z Phenianu musi więc od czasu do czasu
organizować spektakle potwierdzające jego nieobliczalność – zatopić jakiś
statek, wystrzelić rakietę przelatującą nad Japonią, ostrzelać miasteczko lub
wybrzeże w Korei Południowej. Wszelka ewolucja á la chinoise oznaczałaby bowiem
nieuchronny kres systemu, który trwa przede wszystkim dzięki swojej
niezmienności.

 

Prof. Jakub Polit historyk, Uniwersytet Jagielloński
 


Autor zajmuje się historią stosunków międzynarodowych na Dalekim Wschodzie.

***

Północ żegnała dyktatora

Ośmiogodzinny przejazd limuzyny z trumną z ciałem Kim Dzong Ila
ulicami Phenianu rozpoczął wczoraj zaplanowane na dwa dni uroczystości
pogrzebowe przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Zaśnieżonymi
ulicami stolicy tysiące Koreańczyków po raz ostatni odprowadzało zmarłego
genseka do mauzoleum, gdzie spocznie dziś obok swojego ojca Kim Ir Sena.

Ceremonia rozpoczęła się o godz. 13.00 czasu lokalnego (godz. 5.00 rano czasu
polskiego), gdy z mauzoleum Kumsusan, gdzie przez ostatnie dni wystawiona była
trumna z ciałem Kim Dzong Ila, wyruszył olbrzymi pochód. Na czele konduktu
jechała czarna limuzyna z ogromnym portretem uśmiechniętego Kima, za nią auto
wypełnione białymi kwiatami, a następnie czarna, ekskluzywna limuzyna z owiniętą
czerwonym kirem trumną, którą przez osiem godzin obwożono ulicami Phenianu,
pokonując łącznie – jak wylicza północnokoreańska agencja KCNA – około
40-kilometrowy dystans. Obok trumny szedł najmłodszy syn Kim Dzong Ila, uznawany
za jego następcę 30-letni Kim Dzong Un, oraz jego wuj – Dzang Song Tek, który
najprawdopodobniej będzie sprawował funkcję regenta do momentu oficjalnego
objęcia władzy przez Kim Dzong Una. Pochód zamykały dziesiątki mercedesów
wiozących dygnitarzy partyjnych i wojskowych, za którymi kroczyło kilkadziesiąt
tysięcy żołnierzy z pochylonymi głowami. Wielogodzinny przejazd kawalkady
odbywał się przy akompaniamencie granej przez orkiestrę wojskową muzyki
żałobnej. Komentatorzy podkreślają, że trasa pochodu była powtórzeniem drogi,
jaką podążał kondukt Kim Ir Sena w 1994 roku, a uroczystości nawiązywały do
ówczesnych odbywających się z wielką pompą pokazów przywiązania obywateli do
wodza i siły militarnej państwa.
Jak zauważa BBC, wielogodzinna parada i przesadne emocje Koreańczyków
żegnających dyktatora były niczym innym jak wyreżyserowaną choreografią służącą
zjednoczeniu kraju w smutku, który – jak podkreślają zachodni eksperci – czyni
zbliżające się przekazanie władzy "bardziej bezpieczne". Pokazanie zjednoczenia
narodu z rządzącą dynastią ma na celu także przekonać świat, że pomimo słabego i
niedoświadczonego przyszłego przywódcy kraj ten nadal będzie w stanie odpierać
wszelkie zapędy ze strony sąsiadów. Zwłaszcza że analitycy z Korei Południowej
przewidują, iż zaraz po pogrzebie rozpocznie się wśród urzędników partyjnych i
starszych wojskowych okres przepychanek politycznych i walka o władzę.
Potwierdzać tę tezę może fakt, że do uroczystości pogrzebowych nie zostały
dopuszczone żadne delegacje zagraniczne. Przybyłych do Phenianu kilku dyplomatów
zaproszono tylko na stadion, skąd zabrano ich do Kumsusan, gdzie obserwowali
jedynie przejazd pochodu. Zdaniem BBC, może to oznaczać, że walka o wpływy i
ustalanie nowej hierarchii władzy w Korei Północnej jeszcze się nie zakończyła.
Pompatyczne uroczystości pogrzebowe przez cały dzień transmitowała
północnokoreańska telewizja państwowa, przeplatając ze sobą obrazy
przedstawiające olbrzymi korowód żałobny i podążających za nim zapłakanych
Koreańczyków. Mówiąc o olbrzymim bólu, w jakim znajdują się obywatele, telewizja
zwróciła też uwagę na zmianę pogody (tego dnia temperatura znacznie spadła, a w
stolicy padał śnieg), interpretując to jako "płacz nieba" za "ukochanym
przywódcą". – Śnieg pada bez końca jak łzy. Jak niebo nie mogłoby płakać, skoro
straciliśmy naszego generała, który był wielkim człowiekiem z nieba? – mówił
jeden z żołnierzy. Słowa te, nieco rozbudowane, były później co jakiś czas
cytowane przez spikerów. Godziny poprzedzające wyruszenie konduktu żałobnego
telewizja wypełniła Koreańczykom nadawaniem marszów żałobnych i nagraniem z
wtorkowej wizyty Kim Dzong Una przy szklanej trumnie ojca. Po zakończeniu
transmisji z pochodu nadawano długie filmy sławiące dokonania wodza i jego
życie, co miało przygotować obywateli do dzisiejszych specjalnych uroczystości
upamiętniających Kim Dzong Ila, które zakończą żałobę narodową.
Kim Dzong Il zmarł 17 grudnia na atak serca w wieku 69 lat.

 

Marta Ziarnik

 

drukuj