Kardynał z Krakowa

Niezwykły był rok 1978 – rok trzech Papieży: Pawła VI, Jana Pawła I, Jana Pawła II. Wszystko dokonało się między 6 sierpnia a 16 października – w ciągu 72 dni. W tym czasie wraz z kilkoma innymi pracownikami i studentami KUL uczestniczyłem w kursie języka i kultury francuskiej w Genewie. Tam zastała nas śmierć i pogrzeb Pawła VI oraz wybór i śmierć Jana Pawła I. Bardzo pragnąłem wziąć udział w pogrzebie Pawła VI. Jego słowa ze środowej audiencji: „Szczęściem jest umiłować Boga ludzkim sercem”, uczyniłem bowiem mottem mego kapłaństwa. Słowa te umieściłem na tradycyjnym obrazku prymicyjnym w roku 1971. Bardzo pragnąłem pożegnać umiłowanego Ojca Świętego, któremu nie było dane przybyć do Polski. Nie mogłem jednak wyjechać do Rzymu.
Z radością przyjęliśmy informację o wyborze nowego Papieża Jana Pawła I i z wielkim zaskoczeniem wiadomość o jego niespodziewanej śmierci. Wraz z kolegą ks. Tadeuszem Fitychem z Wrocławia zdecydowaliśmy, że z Genewy pojedziemy do Rzymu, by zobaczyć, jak przebiega wybór Papieża. Rozstaliśmy się na dworcu kolejowym Termini, nie przewidując, czego będziemy świadkami w Rzymie. Zamieszkałem, jak zawsze, w Instytucie Księży Misjonarzy św. Wincentego ? Paulo w pobliżu Watykanu. Tam zamieszkiwał ks. kard. Oddi i tam mieściła się ambasada Peru przy Stolicy Apostolskiej.
Podczas kolacji, jeszcze przed konklawe, padały pytania, czy Polacy chcieliby, żeby Papieżem został ks. kard. Stefan Wyszyński? W tamtym czasie raczej przepraszaliśmy za to, że istniejemy, więc cóż można było odpowiedzieć na takie pytanie? Opowiadaliśmy się za tradycją Kościoła i byliśmy przekonani, że Papieżem będzie Włoch. Nikt nie wymieniał nazwiska ks. kard. Karola Wojtyły.

Oczekiwanie
Gdy szedłem na Mszę św. przed konklawe, w sobotę, 14 października, na placu św. Piotra widziałem trzymane przez ludzi tabliczki z nazwiskami: Ursi Papa, Siri Papa, Benelli Papa. A więc trend jest jasny – Papież będzie Włochem.
Po Mszy św. w Bazylice św. Piotra księża kardynałowie udawali się do Kaplicy Sykstyńskiej. Stałem w szeregu z innymi ludźmi. Przesuwały się dostojne postacie, z których jedna będzie Papieżem. Ale kto to będzie? Widziałem ks. kard. Karola Wojtyłę. Spojrzał na mnie i obdarzył uśmiechem. Widziałem też ks. kard. Jana Króla z Filadelfii i ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Niczego nie przeczuwałem, choć nie mogę powiedzieć, że gdzieś w duszy nie odzywało się tajemnicze pragnienie. A może Polak? Ale szybko myśl taka odchodziła.
Niedziela nie przyniosła rozstrzygnięcia. Dym nad Kaplicą Sykstyńską był czarny. Kolacja w Leonianum (tak nazywa się Instytut Księży Misjonarzy) upływała w atmosferze oczekiwania, co będzie jutro. Przeniosła się tutaj atmosfera z placu św. Piotra. Komentowano pojawiające się nazwiska kandydatów na tron papieski. Nikt nie mówił o Polaku. Wydawało mi się, że to całkowicie normalne.
W poniedziałek zdecydowałem, by wytrwale czekać. Kupiłem sobie dużą bagietkę, a wodę popijałem z fontanny. Czekałem, bo jakoś czułem, że wieczorem ukaże się już biały dym. Zresztą atmosfera na placu św. Piotra było tak fascynująca, że o odejściu stamtąd nie było mowy. Różnojęzyczna, kolorowa rzesza ludzi, modlących się, radosnych, reprezentujących Kościół powszechny. Wszyscy myślą o jednym – kto ukaże się na balkonie Bazyliki św. Piotra i udzieli błogosławieństwa „Urbi et orbi”.

Habemus papam
Zapada wieczór i oto z komina nad Kaplicą Sykstyńską pojawia się biały dym. Na samym początku nie było pewności, czy to rzeczywiście „fumata bianca”. Już po chwili wszyscy byli pewni. Tak: „Habemus papam”.
Jakiż entuzjazm, śpiewy, radosne okrzyki, modlitwa, wymieszane z aktywnością dziennikarzy, których dziesiątki pojawiły się na placu, prosząc o odpowiedź na jedno pytanie: kto jest nowym Papieżem? Do mnie podszedł dziennikarz z „Gente”. „Kto będzie nowym Papieżem?” – zapytał. Odpowiedziałem „Un uomo santo” – „człowiek święty”. „Dlaczego?” – „Ponieważ Kościół takiego potrzebuje”. „Il nome?” – „nazwisko”. „Nieważne. Ktokolwiek to będzie, będzie świętym człowiekiem”.
Poprosił o moje imię i nazwisko oraz adres, gdzie mieszkam. We wtorek zjawił się u mnie. Wynikiem tego spotkania jest 3-stronicowy wywiad, opublikowany w „Gente” po wyborze nowego Papieża.
Teraz plac św. Piotra zapełnia się ludźmi. Nadciągają tłumnie. Pojawia się wojsko, policja, nowi dziennikarze, masy rzymian. Plac św. Piotra jest wypełniony. Nie znikają tabliczki z nazwiskami kandydatów na Papieża. Przy tabliczkach gromadzą się wierni z diecezji kierowanych przez kandydatów. Bardzo modliłem się w tym momencie za nowego, jeszcze nieznanego Papieża i bardzo pragnąłem, żeby był taki jak Paweł VI.
I oto otwierają się drzwi balkonu Bazyliki św. Piotra. Boże! – co za moment. Jestem tam. Nie mogłem pożegnać Pawła VI, ale teraz powitam podobnego jemu nowego Papieża.
Wszystko dzieje się powoli i dostojnie – a chciałoby się, żeby to była wersja przyśpieszona. Nie. Kościół ma czas. Miejsce centralne zajął ks. kard. Pericle Felici. Nad placem św. Piotra zaległa cisza. „Annuntio vobis gaudium magnum… [oklaski] habemus papam [oklaski]… Reverendissimum ac Eminentissimum Dominum, Dominum… [zawieszony głos] Carolum [- O Boże – myślę – czyżby?] Sanctae Ecclesiae Catholicae Cardinalem… [zawieszony głos] Wojtyła”.
Zamarłem. Czułem, jak ziemia się pode mną zapada. Nie wiem, co robić. Śpiewać? Klaskać? Klęknąć i modlić się? Cisza. Ktoś z daleka krzyknął: „nessuno” – nieznany. Za mną stały dwie starsze Włoszki. Jedna z nich powiedziała: „Papa nero” – czarny Papież. „Come si capiscerá questo papa?” (Jak będziemy rozumieć tego Papieża?). I wtedy się obudziłem. Obróciłem się w ich kierunku i wyjaśniłem: „Nie, to nie jest czarny Papież. To Polak, kardynał z Krakowa. Znam go”. Jedna z nich rzuciła się na mnie i zaczęła mnie całować. Przepadło – powiedziałem. W takiej chwili niech i tak będzie.

Z dalekiego kraju
Teraz już cały plac św. Piotra wrzał w uniesieniu. Zamknęły się drzwi na balkonie Bazyliki św. Piotra. Czekamy. Śpiewy, modlitwa, Polacy gromadzą się tam, gdzie pojawiła się polska flaga lub gdzie modlono się po polsku. Nie zapomnę tej atmosfery. Ponad pół godziny niezwykłego oczekiwania. Wiem, na kogo czekamy. Na kogo czeka świat. Ale myślę o Polsce. Co z Polską? Jak się to wszystko potoczy? Ale przecież Pan Bóg wie lepiej. Skoro tak zrządził, to tak ma być. Myślę też, że to właśnie będzie Papież podobny do Pawła VI. Kościół jest w pewnych rękach. Muszę się przyznać, że myślałem w tym momencie o rekolekcjach ks. kard. Karola Wojtyły, które wygłosił w 1976 r. dla Pawła VI, a zatytułował je: „Znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Doświadczenie z Polski kazało myśleć o sprzeciwie, który i tak już trwał.
Przyszedł wyczekiwany moment. Otwierają się znów drzwi balkonowe. Już widzę Papieża. Tak, to on, ubrany w białą sutannę, otwarte dłonie, uśmiech, nawiązanie kontaktu z tłumem i… pierwsze słowa: „Sia lodato Gesú Christo!”. „Si capisce papa” – rozumiemy Papieża – mówią Włoszki stojące za mną. Ale myślały, że to tylko tyle. Nie. Papież płynnie po włosku wygłasza swoje pierwsze przemówienie. Nawiązuje do śmierci Papieża Jana Pawła I, do niezwykłego wyboru Papieża z kraju dalekiego, dalekiego, ale jakże bliskiego przez wspólnotę wiary i tradycji. Zwraca się do Najświętszej Dziewicy „Madonna Santissima” – i tu oklaskom nie było końca. Madonna Santissima – Najświętsza Dziewica – to słowa klucze dla Włochów. Sympatycznie się też pomylił w waszym, naszym języku włoskim, udzielił błogosławieństwa „Urbi et orbi” i w duchu zawierzenia rozpoczął swój pontyfikat.
Odszedł po chwili, w sposób sobie właściwy. Od początku widział i słyszał ludzi, którzy go pokochali od pierwszej chwili i on ogarnął ich swoim szerokim sercem.
Jakże inna była kolacja w Leonianum tego wieczoru. Dużo mogłem powiedzieć pytającym. Odczułem też ogromne otwarcie na nowe, które rozpoczęło swoją wędrówkę przez świat.
A dziennikarz „Gente” odnalazł mnie pod adresem, który mu podałem. We wtorek, 17 października, przeprowadził ze mną wywiad.
Ponieważ sporo wiedziałem o ks. kard. Karolu Wojtyle, starałem się odpowiedzieć na dziennikarskie pytania, dociekliwe pytania o człowieka, który od pierwszych słów okazał się skałą, na której będzie dalej budowany Kościół.
Po tych wszystkich pytaniach postanowiłem zapytać doświadczonego, mądrego dziennikarza z Włoch. Pytanie brzmiało: „A co dla Pana oznacza ten nowy pontyfikat?”.
Usłyszałem szokującą odpowiedź: „Zaczyna się rozpad komunizmu”. Okazało się, że 60-letni dziennikarz widział daleko do przodu. Ja jeszcze tego nie czułem. Na razie bałem się o to, jak po powrocie do Polski wytłumaczę się z faktu, że mając paszport ważny na jeden konkretny kraj, do którego się udawałem (na Szwajcarię), pojechałem do Włoch.
Powinienem mieć w takim przypadku paszport „na wsie strany mira” (na wszystkie kraje świata). Ale takiego paszportu nie otrzymałem. W tej sytuacji słyszę, że komunizm zaczyna się walić. Odpowiedź dziennikarza włoskiego ciągle brzmi w moich uszach. Ale pewnie ani on, ani nikt wtedy nie przewidywał, że stanie się tak wiele pod wpływem jednego człowieka, który wierzy i kocha, że odbędzie on ponad 100 podróży apostolskich, poruszy wszystkie najważniejsze problemy świata w encyklikach i innych dokumentach papieskich, że uformuje się – czy ktoś to akceptuje, czy nie – pokolenie Jana Pawła II i że odejście Papieża stanie się natchnieniem dla wielu ludzi, że powstaną wspaniałe filmy o Papieżu i wielkie dzieła jak Fundacja Jana Pawła II, Fundacja Dzieło Trzeciego Tysiąclecia, że jego imieniem będą nazywane uniwersytety, szkoły, szpitale i że tłumy na placu św. Piotra będą wołały „Santo subito”, gdy ujrzą zamykaną wiatrem księgę Ewangelii ułożoną na trumnie.
Bogu dziękuję za świętość Papieża, bo to jest to, co pozostanie już na wszystkie wieki dziejów Kościoła i będzie natchnieniem dla następnych pokoleń.
Ciekawy był rok 1978. Równie ciekawy był rok 2005, gdy po odejściu Jana Pawła II do Domu Ojca miejsce Papieża Polaka zajął Benedykt XVI, dla którego Bóg jest miłością. Z tą prawdą idzie on w świat przez szeroko otwarte drzwi; otwarte przez Jana Pawła II.

ks. prof. Tadeusz Zasępa, KUL
drukuj