Delewarowanie będzie bolesne

Gdy analizujemy konieczne działania sanacyjne w finansach na świecie,
musimy zdawać sobie sprawę z nierównowagi istniejącej w światowej gospodarce.
Kluczowy jest wysoki poziom zadłużenia. Może i byłby on racjonalny w okresie
oczekiwań wzrostowych, gdy – z powodu optymistycznych perspektyw mających
odbicie w cenach aktywów – wszystkim wydawało się, że są bogaci, ale gdy te
oczekiwania prysły, okazało się, że zarówno poszczególni ludzie, jak i całe
społeczeństwa – wszyscy są nadmiernie zadłużeni. Nie tylko państwa, ale i
systemy emerytalno-zdrowotne, które są nadmiernie obciążone zobowiązaniami
względem starzejących się społeczeństw.

Na nierównowagę na rynku kapitałowym nakłada się nierównowaga globalna
polegająca na olbrzymiej realokacji produkcji, która przesunęła się z krajów
wysoko rozwiniętych na nowe olbrzymie rynki Chin i Indii. W tych krajach
produkty można wytwarzać znacznie taniej, co – wobec dopuszczenia do utworzenia
rynku światowego – musi skutkować załamaniem dochodów z pracy w krajach Europy i
Ameryki Północnej.
Strefa euro nie jest optymalnym obszarem walutowym. Nie staniemy się Stanami
Zjednoczonymi Europy, ponieważ z fiskalnego punktu widzenia oznaczałoby to
przeniesienie dużej kwoty redystrybucyjnej do centrali, a z drugiej strony na
państwach pozostałby obowiązek spłacenia długu. To, co nam grozi, składa się z
dwóch elementów. Jeśli nastąpi proces delewarowania [zmniejszania zadłużenia –
przyp. red.] peryferyjnych gospodarek, to będzie proces bardzo bolesny. Widzimy
to już w Grecji. Niby uzyskała pomoc międzynarodową, a ma 6-procentowy spadek
PKB i 10 proc. deficytu. Jeśli spojrzymy na to, co czeka w następnym roku
Włochy, to może się okazać, że proces związany ze zbyt dużym zadłużeniem nadal
będzie się rozwijał, będą narastały też konflikty wewnętrzne. Niemcy stały się
zakładnikami własnego sukcesu. Z jednej strony euro przyczyniło się do
skokowego, bo na skalę 80 mld euro, przyrostu nadwyżki handlowej i przyrostu ich
pozycji majątkowej w wysokości 40 proc. PKB, i Niemcy tych środków nie chcą
stracić, z drugiej strony zaś – są paradoksalnie beneficjentami zamieszania, gdy
chodzi o koszty obsługi długu. Jeśli ktoś chce inwestować w euro, to inwestuje w
bundy [niemieckie obligacje państwowe – przyp. red.], co powoduje, że mają one
rekordowo niskie rentowności, a więc koszt obsługi niemieckiego długu bardzo
maleje. Dlatego to, co dominuje obecnie w polityce niemieckiej, to dążenie, aby
kraje dłużnicze spłaciły długi. Jeśli jednak te kraje zaczną się delewarować,
wystąpią problemy społeczne. Włochy – z samego powodu niestabilności na rynku
kapitałowym, które uspokoić może tylko wprowadzenie euroobligacji i masowe
interwencje ECB, na co nie chcą się zgodzić Niemcy – muszą płacić za swoje
obligacje o 6 proc. PKB więcej od Niemiec, a ponadto ich koszty kapitału dla
przedsiębiorstw są o 3 pkt procentowe wyższe. Delewarowanie gospodarki
oznaczałoby dla nich dziesięciolecia stagnacji.
Bez powrotu do zdefiniowania tego, co jest optymalnym obszarem walutowym, i
zgody na powrót do walut narodowych, przy zgodzie na spłatę zobowiązań w walucie
lokalnej – nie ma możliwości wyjścia z kryzysu w Europie. Przy czym sanacji nie
należy szukać w nowych pakietach "pomocowych" typu "quantitative easing", o
których pisze "Financial Times" w artykule "Call for QE to stave off euro
deflation", lecz w przywróceniu bankierom możliwości odpowiadania za błędy,
które popełniają. Ostatnie działania antykryzysowe pogłębiają jedynie zarówno
chorobę państw, jak i największych instytucji bankowych, tworząc z nich piramidy
finansowe, które są w stanie funkcjonować jedynie wtedy, gdy zapewniony jest
dopływ gotówki większy niż jej odpływ. Naraża to kluczowe organizacje
gospodarcze na dewastującą "pokusę nadużycia".
Sytuacja się bardzo zapętla. Jeśli zabraknie odpowiedzialnego podejścia ze
strony głównych beneficjentów światowego systemu, zwłaszcza Niemiec, to sytuacja
będzie się pogarszała. A w Polsce, jeśli nie dostrzeżemy konsekwencji likwidacji
Narodu z powodu braku polityki prorodzinnej, to może się okazać, że po
piłkarskiej fieście roku 2012 zostaną nam jedynie wielomiliardowe długi i
konieczność pokrywania comiesięcznych kosztów nikomu niepotrzebnych aren.

 

Dr Cezary Mech były wiceminister finansów
 

Sondę opracowała Małgorzata Goss.

drukuj