Celebracja żyrandoli

Z dr. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim z Uniwersytetu Łódzkiego,
ekspertem frakcji Europejskiej Partii Ludowej – Chrześcijańskich Demokratów (EPL
– ED) w Parlamencie Europejskim, odpowiedzialnym za monitorowanie polityki
wschodniej UE w latach 2005-2006, rozmawia Marta Ziarnik

Oficjalne podsumowanie polskiej prezydencji w Unii Europejskiej
odbyło się kilka dni temu. Premier Tusk podkreślał, że pomimo kryzysu spisał się
znakomicie. Ale padł układ stowarzyszeniowy z Ukrainą, podpisanie traktatu
akcesyjnego z Chorwacją nie odbyło się w Warszawie, lecz w Brukseli, a minister
Jacek Rostowski został wyproszony z posiedzenia na temat przyszłości strefy
euro.

– Prezydencja od czasu wejścia w życie traktatu lizbońskiego ma znaczenie
administracyjno-ornamentacyjne, tzn. z jednej strony nakłada na pełniące ją
państwo obowiązki związane z logistyką spotkań rozmaitych gremiów decyzyjnych UE
różnego szczebla (przejazdy, hotele, bankiety, obsługa konferencji itd.), z
drugiej zaś jest okazją do propagandowej promocji sprawującego ją kraju. Rząd PO
– PSL, który popierał traktat lizboński, zmniejszający znaczenie prezydencji,
jednocześnie wobec własnej opinii publicznej odgrywał przedstawienie pod tytułem
"Polska przewodzi Europie". Ma więc teraz kłopot ze wskazaniem praktycznych,
pozytywnych dla państwa polskiego skutków tego "przewodzenia". Trudno mieć
pretensję, że ich nie ma, można ją jednak mieć o to, że rozniecano takie
nadzieje i usiłowano grać propagandowo tą kartą, wprowadzając w błąd naszych
obywateli. To Herman Van Rompuy, a nie premier Tusk przewodził Radzie
Europejskiej, a Radzie UE w składzie ministrów spraw zagranicznych
przewodniczyła Catherin Ashton, a nie Radosław Sikorski. Rząd zaś przed
prezydencją tworzył wrażenie, że będzie ona taka, jakby traktat lizboński
jeszcze nie obowiązywał.

Podpisanie umowy stowarzyszeniowej UE z Ukrainą leżało poza zasięgiem
możliwości oddziaływania Polski, i to zarówno z uwagi na postępowanie rządu
ukraińskiego (uwięzienie Tymoszenko), jak i brak woli politycznej w UE.
Zwolniłbym więc rząd z tego zarzutu. Podpisanie traktatu akcesyjnego Chorwacji w
Brukseli, a nie w Warszawie jest oczywiście stratą wizerunkową – manifestacją
znikomego znaczenia Polski w UE. Jest jednak objawem tej sytuacji, a nie jej
przyczyną. Najistotniejsza jest zatem trzecia część pani pytania.

W konkretach najważniejszym zadaniem polskiej prezydencji w warunkach
nieustabilizowanego jeszcze politycznego obyczaju odnośnie do roli prezydencji w
systemie lizbońskim i w sytuacji kryzysu Unii, związanego z groźbą załamania się
strefy euro, było przeciwdziałanie wykształceniu się nieformalnego dyrektoriatu
europejskiego z Niemcami i Francją w roli rozgrywających i tzw. grupą
frankfurcką (kanclerz RFN Angela Merkel, prezydent Francji Nicolas Sarkozy,
Jean-Claude Juncker, szef eurogrupy, prezes Europejskiego Banku Centralnego
Mario Draghi, przewodniczący Rady Europejskiej, wysoka przedstawiciel ds.
polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, szefowa MFW Christine Lagarde, José
Manuel Barroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, Herman Van Rompuy,
przewodniczący Rady Europejskiej, prezes EBC, i Olli Rehn, komisarz UE ds.
gospodarczych i walutowych) – pozatraktatowym ciałem decyzyjnym. Przyjęcie
pozatraktatowej procedury podejmowania decyzji strategicznych w UE w sposób
oczywisty marginalizuje Polskę niereprezentowaną w tych nieformalnych gremiach.
Momentem rozstrzygającym był ostatni szczyt UE w Brukseli, gdzie Polska uznała
prawomocność tak podejmowanych decyzji i je poparła. Warto zauważyć, że tak
czyniąc, wyizolowała się z regionu. Czechy, Węgry i Szwecja – nasi sąsiedzi,
zajęli bardziej powściągliwe stanowisko.

Premier złożył deklaracje partycypowania w gigantycznych kosztach
ratowania strefy euro.

– Decyzja ta ma dwa wymiary – finansowy i polityczny. Zacznijmy od
politycznego, będzie to bowiem kontynuacja wątku z poprzedniego pytania. To
Warszawa decyduje o istnieniu lub nie potencjału Europy Środkowej, o który warto
zabiegać. Bez Polski nasz region nie istnieje jako istotny podmiot w toczącej
się grze. Z Rzeczpospolitą tworzy zaś ośrodek siły, z którym trzeba się liczyć.
Należało więc choćby potargować się o polskie poparcie. Program minimum to
"sprzedać" je drogo. Tymczasem oddano je za darmo i bez uzyskania czegokolwiek w
zamian. Już wiemy, że mimo tego gestu Polska nie będzie reprezentowana w ciałach
decyzyjnych strefy euro, do której nie należy. Oddamy zatem nasze środki, nie
mając wpływu na sposób ich wykorzystania. Można zaś było porozumieć się z
sąsiadami i z Brytyjczykami i zażądać głosu stanowiącego w zamian za poparcie. I
to głosu dla wszystkich wykluczonych, a nie dla Polski i Wielkiej Brytanii.
Brytyjczycy poradzą sobie sami, ale my bez współpracy z mniejszymi sąsiadami
będziemy jedynie wyizolowanym państwem średniej wielkości w gronie mocarstw. Po
co Czechy czy Węgry miałyby konsultować się z Polską, jeśli ta zawsze poprze
Niemcy i Francję. W tej sytuacji rozmawiać trzeba z Berlinem i Paryżem, a nie z
Warszawą. Taki jest skutek polityczny gestu Tuska.

Wymiar finansowy to odrębna sprawa. Pozostaje faktem, że załamanie się strefy
euro odbiłoby się niekorzystnie na gospodarce polskiej i nie jest tak, że skoro
do niej nie należymy, to nic nas nie obchodzi, co z nią będzie. Wszak to na ten
obszar kieruje się gros polskiego eksportu. Niemniej jednak "bliższa ciału
koszula". Ewentualny wkład Polski, jak wykazano wyżej, nie daje nam korzyści
politycznych, a nie jest w stanie wpłynąć na los strefy euro. Zmniejsza
natomiast zdolność obrony stabilności waluty polskiej przed atakami
spekulacyjnymi, a wręcz je prowokuje, osłabiając rezerwy walutowe gromadzone
właśnie w celu ich użycia w razie konieczności przeciwdziałania tego typu
atakom. Zasoby Polski rzucane są więc na szalę tam, gdzie dla rozstrzygnięcia
gry nie mają znaczenia, i zmniejszane na kierunku, gdzie stanowią instrument
decydujący o powodzeniu bądź fiasku ewentualnej akcji polskiej.

Prezydent Komorowski wśród największych sukcesów polskiej prezydencji
wymienił ostateczne przyjęcie tzw. sześciopaku wzmacniającego dyscyplinę
finansową w UE, podkreślając, iż jest to "polski sukces".

– Sześciopak dotyczy mechanizmu dyscyplinowania budżetowego państw strefy
euro, a zatem jego przyjęcie nie zależało od Polski, lecz od krajów tejże
strefy. Polska asystowała mu "administracyjnie" z racji pełnionej prezydencji,
ale trudno uznać to za sukces polityczny. Problemem jest zresztą nie tyle
dyscyplinowanie małych państw, ile mocarstw. To zaś pozostaje nadal
problematyczne.

Kończąc prezydencję, minister Dowgielewicz poradził Duńczykom, by
"nie pękali" podczas negocjacji nowego, wieloletniego budżetu UE.

– Nie słyszałem tej wypowiedzi. Jeśli rzeczywiście minister Dowgielewicz użył
tego kolokwialnego wyrażenia, to dał tym świadectwo pewnej nieporadności
językowej w sytuacjach oficjalnego reprezentowania państwa polskiego. Wszystko
ma swoje miejsce i swój czas. Taki styl jest jak najbardziej dopuszczalny na
boisku piłkarskim. W dyplomacji wymaga się jednak nieco więcej.

Prezydencja kosztowała nas prawie 380 mln złotych. Czy te pieniądze
zostały w sposób odpowiedni rozdysponowane, by zareklamować Polskę w UE?

– Nie ma polityki, która nic nie kosztuje. To nie jest w skali państwa suma
znacząca. Ma bardziej wymiar moralny w sytuacji, gdy wzywa się obywateli do
zaciskania pasa – np. w odniesieniu do zmiany listy leków refundowanych. Pewnie
i tak byśmy wydali zbliżoną sumę. Prezydencję powinniśmy zatem rozliczać za jej
skutki polityczne, a nie administracyjne koszty finansowe. Te bowiem nie były
istotne. Głównym wyzwaniem, jakie stało przed Polską w okresie jej prezydencji,
była groźba marginalizacji znaczenia naszego kraju w UE poprzez umocnienie
dyrektoriatu francusko-niemieckiego i zmniejszenie roli ciał i procedur
traktatowych UE, w których Polska jest reprezentowana, i w oparciu o które
powinna działać. Te grę przegraliśmy, na domiar złego występując w niej po
niewłaściwej stronie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj