[Nasz Dziennik] A. Pawlik-Regulska: Przedmiot „edukacja zdrowotna” jest elementem większej układanki, którą jest cały zestaw propozycji MEN mający na celu ukształtowanie młodego człowieka według lewicowego wzorca
Przedmiot „edukacja zdrowotna” jest elementem większej układanki, którą jest cały zestaw propozycji MEN mający na celu ukształtowanie młodego człowieka według lewicowego wzorca. Musimy sobie uświadomić, że mamy dziś do czynienia z forsowaniem lewicowego spojrzenia na człowieka. Oczywiście, to wszystko jest przedstawiane jako model liberalny, nowoczesny, demokratyczny. W rzeczywistości ten model ewidentnie godzi w prawa rodziców – i to na bardzo wielu płaszczyznach. Przypomnijmy, że „edukacja zdrowotna” tylko chwilowo jest przedmiotem nieobligatoryjnym. Istnieje prawdopodobieństwo, że już za rok będzie obowiązek uczestniczenia dzieci w zajęciach – mówiła Agnieszka Pawlik-Regulska z Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły (KROPS) w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”.
Urszula Wróbel: Już od dłuższego czasu przypominamy, że 25 września mija termin wypisywania dzieci z przedmiotu „edukacja zdrowotna”. To ważne, żeby nie przegapić tej daty, tym bardziej że Barbara Nowacka ruszyła z kolejną ofensywą, tym razem w internecie, której celem jest omamienie rodziców „zaletami” przedmiotu.
Agnieszka Pawlik-Regulska: Pamiętajmy, że przedmiot „edukacja zdrowotna” jest elementem większej układanki, którą jest cały zestaw propozycji MEN mający na celu ukształtowanie młodego człowieka według lewicowego wzorca. Musimy sobie uświadomić, że mamy dziś do czynienia z forsowaniem lewicowego spojrzenia na człowieka. Oczywiście, to wszystko jest przedstawiane jako model liberalny, nowoczesny, demokratyczny. W rzeczywistości ten model ewidentnie godzi w prawa rodziców – i to na bardzo wielu płaszczyznach. Przypomnijmy, że „edukacja zdrowotna” tylko chwilowo jest przedmiotem nieobligatoryjnym. Istnieje prawdopodobieństwo, że już za rok będzie obowiązek uczestniczenia dzieci w zajęciach. A już dziś lewica napiera ze swoją propagandą po to, aby przekonać rodziców, a wręcz ich omamić, zmanipulować, że treści zawarte w „edukacji zdrowotnej” są bardzo potrzebne, że bez nich nasze dzieci zostaną poszkodowane, nie dostaną pomocy. Ich argumentacja i narracja opiera się m.in. na kłamstwie, że jeżeli nie wyślemy dzieci na zajęcia, to zabierzemy im możliwość uzyskania pomocy związanej z niską kondycją psychiczną. To wierutne kłamstwo i manipulacja. Udowadnialiśmy to nieraz, że wszystkie te treści są zawarte w innych przedmiotach i że dzieci mogą otrzymać pomoc.
Ważne jest również to, o czym MEN nie mówi w swoich przekazach.
Nie mówi się o tym, że „edukacja zdrowotna” spowoduje, iż zupełnie inaczej będą kształtowane dzieci w kwestii świadomości własnego ciała, własnej płci, tego, czym jest związek z drugim człowiekiem, bo przecież związek małżeński już nie będzie formą preferowaną. Będzie nim za to związek, który powstaje na zasadzie „świadomej zgody” do podjęcia współżycia. Nie ma tam kształtowania mądrego, odpowiedzialnego przyszłego rodzica. Nie ma pokazywania, że dziecko, rodzina to wartości, które należy kształtować, by stać się odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, odpowiedzialnym również za przyszłe pokolenia Polaków. Ten przedmiot nie uczy, że należy panować nad swoim popędem, tylko że należy za nim pójść i robić to, co on dyktuje. To bardzo niebezpieczne. Na naszej stronie www.takdlaedukacji.pl jest zebranych wiele materiałów na temat „edukacji zdrowotnej”. Prosimy, zajrzyjcie Państwo na naszą stronę i sami oceńcie stopień zagrożenia, jaki niesie za sobą ten przedmiot. Jestem przekonana, że treści, jakie znajdują się w programie nauczania „edukacji zdrowotnej”, doprowadzą do takiej sytuacji, że młodzi ludzie zostaną sprowadzeni na ścieżkę nihilizmu i konsumpcjonizmu w podejściu do relacji z drugim człowiekiem.
Kluczowe słowo „odpowiedzialność” jest albo pominięte, albo rozumiane w sposób opaczny.
I to wszystko jest połączone z różnymi innymi działaniami rządu, a zwłaszcza Ministerstwa Edukacji Narodowej i Ministerstwa Zdrowia. Warto tu przypomnieć o projekcie nowelizacji ustawy o prawach pacjenta, wedle którego trzynastolatkowie sami – za plecami rodziców – mogliby pójść do psychologa, psychoterapeuty. I tutaj ważna uwaga: ten projekt był połączony z nowymi zapisami WHO, czyli zmienioną klasyfikacją chorób ICD-11, która jest właśnie implementowana do polskiego prawa. W myśl tych zmian znika zapis o płci biologicznej, a pojawia się płeć gender, czyli coś zupełnie płynnego, dowolnego. Dlatego ten przepis był tak bardzo niebezpieczny. Przecież już na pierwszym spotkaniu z jakimś niesprawdzonym specjalistą dziecko może usłyszeć pytanie o chęć zmiany płci. Niestety, takie sytuacje się zdarzają.
Nie mam żadnych wątpliwości, że te rozwiązania – zarówno niepodpisany przez Andrzeja Dudę projekt, jak i „edukacja zdrowotna” – są obliczone na ustawianie dzieci przeciwko rodzicom, na rozbijanie rodzin. W momencie kiedy nowy przedmiot stanie się obligatoryjny, proces odrywania dzieci od rodziców przyspieszy. I dlatego teraz jest tak wielka walka o to, żeby rodzice wypisali dzieci z „edukacji zdrowotnej”.
Ministerstwo zapewne liczy na to, że rodzice w ferworze różnych zajęć na początku września mogą o tym zapomnieć.
Zdecydowanie tak. Sam fakt, że trzeba wypisać dziecko z przedmiotu nieobowiązkowego, jest bardzo nie w porządku. Jest to obliczone na to, aby jak najwięcej dzieci uczestniczyło w tych zajęciach. Ten mechanizm świadczy o tym, że ministerstwu nie jest obojętne, ile dzieci będzie chodziło na „edukację zdrowotną”. Obawiam się, że jeśli duża liczba rodziców przegapi datę wypisania dziecka z tego przedmiotu, to potem MEN może wykorzystywać ten fakt i chwalić się olbrzymim zainteresowaniem społecznym, jeśli chodzi o „edukację zdrowotną”. Dlatego zachęcamy Państwa do rozmów o tym z innymi rodzicami i do zapoznawania się z informacjami przygotowanymi przez ekspertów z KROPS. Udostępnijmy te materiały w internecie. Pokażmy, że rodzice mają tu coś do powiedzenia, są świadomi i walczą o to, by dzieci nie zostały zdeprawowane.
Dlaczego tak ważne jest, żeby nie tylko nasze dzieci nie uczestniczyły w tych zajęciach, ale także, by nie uczestniczyły w nich ich koledzy?
Już podczas ogłoszonej pandemii doświadczyliśmy bardzo mocno tego, co to znaczy, jeżeli w całym środowisku szkolnym jedna osoba lub niewiele osób ma odmienne zdanie. Wiąże się to z ostracyzmem, z postrzeganiem nas, którzy mamy inne zdanie, jako osoby gorsze, jako czarne owce w społeczności. Jeżeli nie chcemy, by spotkało to nasze dzieci, musimy zadbać o to, żeby nie jedna osoba z klasy nie chodziła na „edukację zdrowotną”, ale by większość klasy nie uczęszczała na te zajęcia. Chodzi o to, aby dziecko nie czuło się osamotnione, nie czuło się kimś gorszym, by nie czuło się wyrzucone na margines, żeby nie było oceniane przez innych, krytykowane. Wiemy, że lewica forsuje narrację o tych, którzy zrezygnują z „edukacji zdrowotnej”, jako o jakimś średniowieczu, ciemnogrodzie. Jest to walka o komfort życia naszego dziecka w społeczności szkolnej. Ważne, aby nasze dziecko widziało, że nie jest jedyne, które nie uczestniczy w tych zajęciach, ale że jest grupa kolegów, koleżanek, przyjaciół, których rodzice myślą podobnie. Poza tym pamiętajmy, że nasze dzieci zawierają znajomości, przyjaźnie. Dobrze, aby wchodziły w społeczności ludzi podobnie ukształtowanych moralnie.
Słuszne są obawy, że dyrektorzy szkół będą namawiać rodziców do tego, aby nie wypisywali dzieci z „edukacji zdrowotnej”? Czy rodzice powinni się przygotować, że będzie stosowany wobec nich szantaż emocjonalny dotyczący „edukacji zdrowotnej”?
Niestety, rzeczywistość szkolna jest podyktowana pewnymi uwarunkowaniami finansowo-kadrowymi. I może być tak, że rodzice będą słyszeli, że jeśli nie będzie odpowiedniej liczby uczestników zajęć z „edukacji zdrowotnej”, to nauczyciel straci pracę, nie będzie mógł utrzymać swojej rodziny. Myślę, że bardzo dużo zależy od świadomości dyrektora. Czy będzie miał wiedzę, co kryje się za programem „edukacji zdrowotnej”. Dlatego zachęcam Państwa: umówcie się na rozmowę z dyrektorem szkoły czy z nauczycielami. Wiem, że takie rozmowy były przeprowadzane już w czerwcu. Sama również w nich uczestniczyłam. I wiem, że wielokrotnie po takich spotkaniach dyrektorom otwierają się oczy. To dotyczy także rozmów w szkołach katolickich. Przecież były takie opinie, że w szkołach katolickich „edukacja zdrowotna” nie musi być groźna, ponieważ niebezpieczne treści będzie się pomijać. To tak nie działa. Kiedy pokazuje się dyrektorom, nauczycielom cały kontekst, czyli to, w jaki sposób wszystko łączy się ze sobą, jaka jest to machina neomarksistowskiej rewolucji w szkole, wszystko staje się jasne. Dlatego jeszcze raz zachęcam: skorzystajcie Państwo z materiałów. Można pobrać ulotki z naszych stron internetowych. Można również do nas napisać i zaprosić eksperta do szkoły (koalicjars@nauczycieledlawolności.pl lub [email protected]. Przyjedziemy i przedstawimy wszystkie argumenty.
Ministerstwo przeznaczyło duże środki finansowe na to, aby przekaz był bardzo ekspansywny. My takich środków nie mamy. Mamy za to nasze rodzicielskie serca. To jest nasz kapitał i to jest nasze zaangażowanie.
Dziękuję za rozmowę.
Urszula Wróbel/„Nasz Dziennik”



