fot. PAP/Rafał Guz

P. Ł. Andrzejewski dla „Naszego Dziennika”: Potrzebujemy gruntownej reformy ustrojowej, która będzie nie kosmetyczną korektą, ale realnym zabezpieczeniem państwa przed autorytarnymi zapędami jakiejkolwiek władzy

Mamy dziś do czynienia z brutalnym przejmowaniem instytucji państwowych przez koalicję sprawującą władzę – i to w wymiarze nie tylko symbolicznym czy retorycznym, ale wręcz fizycznym. Obserwujemy przemoc instytucjonalną, polegającą na tym, że organy władzy publicznej coraz częściej działają poza ramami prawa, ignorując Konstytucję, której zapisy powinny być dla nich fundamentem. To jest porzucenie podstawowej zasady państwa prawa – zasady legalizmu. W efekcie prawa i wolności obywateli są zagrożone w sposób bezpośredni – zwłaszcza tych, którzy nie wpisują się w aktualną linię polityczną obozu rządzącego. To nie jest spór o interpretację przepisów, tylko to jawne ich łamanie. W realiach Konstytucji 3 maja taki stan rzeczy byłby nie do pomyślenia właśnie dlatego, że ówczesne elity polityczne umiały postawić granicę władzy królewskiej. Dzisiejszy kryzys konstytucyjny domaga się odważnej reakcji. Potrzebujemy gruntownej reformy ustrojowej, która będzie nie kosmetyczną korektą, ale realnym zabezpieczeniem państwa przed autorytarnymi zapędami jakiejkolwiek władzy – niezależnie od tego, kto ją sprawuje – mówił w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” sędzia Piotr Łukasz Andrzejewski, wiceprzewodniczący Trybunału Stanu.

Rafał Stefaniuk: Konstytucja 3 Maja – pierwsza w Europie, druga na świecie. Powstała w momencie dramatycznym, kiedy państwo chwiało się pod naporem zdrad, intryg i sąsiednich potęg. Co takiego jest w polskim duchu, że to właśnie my, jako pierwsi na kontynencie, wybraliśmy drogę konstytucyjnego ładu i daliśmy światu nowoczesny wzorzec państwa prawa?

Piotr Łukasz Andrzejewski: Odpowiedź leży w specyfice naszej tradycji ustrojowej. Polska była nie monarchią absolutną, lecz wspólnotą opartą na serii umów społecznych zawieranych między wolnymi obywatelami, czyli szlachtą, a sprawującymi władzę. To był fenomen: rządzący musieli liczyć się z warunkami narzuconymi przez tych, których reprezentowali. I to właśnie z tej kultury politycznej wyrasta Konstytucja 3 Maja – akt, który był nie tylko zapisem ambicji elit, ale też wyrazem głęboko zakorzenionej idei, że władza ma granice, a państwo nie może istnieć bez prawa i odpowiedzialności. Ten duch – duch wspólnoty i kontroli nad rządzącymi – został wówczas przelany na papier w formie, która wciąż zadziwia precyzją. Mamy tam klasyczny trójpodział władzy: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. A przecież to dopiero późniejsze wydarzenia w Europie i Ameryce uczyniły z tej zasady kanon.

Tymczasem my już wtedy uznaliśmy, że żadna władza nie może być nieograniczona?

Zamiast monarchy absolutnego – król dziedziczny. Sejm jako reprezentacja Narodu. Zamiast arbitralnych decyzji – rząd jako „straż praw”. A sądownictwo? Przypomnijmy: było to nie jedno ujednolicone ciało, ale lokalne sądy, ziemskie, miejskie, włościańskie, obsadzane kadencyjnie przez wspólnoty, którym miały służyć. To była realna kontrola społeczna, o jakiej współczesne demokracje często tylko marzą. Jeśli dziś podstawimy w miejsce ówczesnego stanu szlacheckiego każdego obywatela, niezależnie od pochodzenia czy statusu, otrzymamy niezwykle nowoczesny model. System, który przy wszystkich swoich archaizmach wciąż może stanowić inspirację: jak tworzyć państwo prawa, które nie tylko rządzi, ale też służy.

Konstytucja 3 Maja to nie relikt. To wciąż żywe przypomnienie, że wolność i odpowiedzialność muszą iść w parze. Że Naród suwerenny to nie ten, który najgłośniej krzyczy, ale ten, który umie sam siebie ograniczyć – dla dobra wspólnego. Panie Sędzio, skoro możemy poszczycić się tak silną tradycją konstytucyjną – od Konstytucji 3 maja przez okres II RP aż po Konstytucję z 1997 roku – to czy nie jest poważnym kryzysem fakt, że dziś jej zapisy są systematycznie i ostentacyjnie łamane przez rządzących?

To nie tylko poważny problem, to sytuacja alarmująca. Mamy dziś do czynienia z brutalnym przejmowaniem instytucji państwowych przez koalicję sprawującą władzę – i to w wymiarze nie tylko symbolicznym czy retorycznym, ale wręcz fizycznym. Obserwujemy przemoc instytucjonalną, polegającą na tym, że organy władzy publicznej coraz częściej działają poza ramami prawa, ignorując Konstytucję, której zapisy powinny być dla nich fundamentem. To jest porzucenie podstawowej zasady państwa prawa – zasady legalizmu. W efekcie prawa i wolności obywateli są zagrożone w sposób bezpośredni – zwłaszcza tych, którzy nie wpisują się w aktualną linię polityczną obozu rządzącego. To nie jest spór o interpretację przepisów, tylko to jawne ich łamanie. W realiach Konstytucji 3 maja taki stan rzeczy byłby nie do pomyślenia właśnie dlatego, że ówczesne elity polityczne umiały postawić granicę władzy królewskiej. Dzisiejszy kryzys konstytucyjny domaga się odważnej reakcji. Potrzebujemy gruntownej reformy ustrojowej, która będzie nie kosmetyczną korektą, ale realnym zabezpieczeniem państwa przed autorytarnymi zapędami jakiejkolwiek władzy – niezależnie od tego, kto ją sprawuje.

Chodzi o odbudowanie systemu hamulców i równowagi, który przestaje dziś funkcjonować?

Historia zna na to recepty. W dawnej Rzeczypospolitej szlachta wywalczyła sobie realny wpływ na rządy. Sejm nie był maszynką do głosowania – posłowie nie przychodzili tam inaczej jak tylko z instrukcjami od sejmików ziemskich, a nie od partii politycznych. Reprezentowali nie siebie, lecz wspólnoty, które ich delegowały. I może właśnie do takiego modelu – opartego na odpowiedzialności, reprezentacji i realnej kontroli wspólnoty lokalnej nad władzą centralną – powinniśmy dziś wrócić. Bez tego demokracja staje się jedynie szyldem bez pokrycia. Poseł, jako reprezentant Narodu, bez zobowiązań wobec lokalnej wspólnoty, która go powołuje, szybuje jak balon zerwany z uwięzi. Jego partyjny woluntaryzm koryguje jedynie Trybunał Konstytucyjny, o ile jest mu posłuszny.

Dotychczasowa formuła Trybunału Konstytucyjnego się po prostu wyczerpała?

Trybunał Konstytucyjny w formie, w jakiej został powołany w XX wieku, miał być bezstronnym i niezależnym strażnikiem integralności systemu prawa podporządkowanego Konstytucji. Miał dbać o to, by normy prawne były komplementarne, spójne i niesprzeczne, a organy państwa działały w zgodzie z zasadą legalizmu. Problem w tym, że ta funkcja została brutalnie wypaczona. Władza, która miała być ograniczana przez prawo, sama zaczęła to prawo naginać, ignorować, a w niektórych przypadkach wręcz gwałcić. Mamy dziś do czynienia z przemocą instytucjonalną, a niekiedy także fizyczną, prowadzoną rękami państwa wobec obywatela. To nie wyjątki, lecz praktyka. Tymczasem Konstytucja z 1997 roku, choć tworzona w kompromisie i złożona z różnych tradycji prawnych – zarówno liberalnych, republikańskich, jak i solidarnościowych – zawiera szereg fundamentalnych zasad, które powinny być nienaruszalne.

A więc jakie?

Po pierwsze, zwierzchnictwo Narodu. To nie rząd, nie parlament, nie prezydent, lecz Naród jest suwerenem. Po drugie, legalizm – czyli obowiązek działania władz publicznych wyłącznie na podstawie i w granicach prawa. To nie jest sugestia, to twardy nakaz konstytucyjny. A po trzecie, niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Artykuł 178 Konstytucji mówi wyraźnie: sędzia nie może być członkiem partii, nie może działać w interesie żadnej grupy, nie może podlegać żadnemu lobby lokalnemu czy środowiskowemu. Ma kierować się wyłącznie sumieniem i literą prawa. I to nie jest pobożne życzenie – to jest rdzeń sprawiedliwości.

Wpływa też na nas prawo międzynarodowe.

Nie zapominajmy o art. 9 Konstytucji, który nakazuje przestrzeganie WIĄŻĄCEGO prawa międzynarodowego tylko w takim zakresie, w jakim Polska sama uznała jego obowiązywanie i w jakim nie narusza ono nadrzędności Konstytucji. Traktaty, orzeczenia międzynarodowe, unijne regulacje, owszem, mają moc wiążącą, ale nie większą niż normy Konstytucji RP. Taka hierarchia nie może być korygowana przez polityków – to fundament suwerenności państwa. Sądy konstytucyjne innych państw, członków UE, orzekają o nienaruszalności przez orzecznictwo organów UE ich norm konstytucyjnych. Problem polega na tym, że dziś ta hierarchia w Polsce jest notorycznie odwracana. Trybunał zamiast stać na straży Konstytucji, musi odpierać ataki polityków na samo swoje istnienie. To nie tylko wypaczenie idei sądownictwa konstytucyjnego – to jawne zagrożenie dla ustrojowego bezpieczeństwa Polski. Nie możemy udawać, że wszystko jest w porządku. Nie możemy akceptować sytuacji, że prawo będzie znaczyć tylko tyle, ile zechce uznać aktualna władza.

Jak w takim razie zmusić decydentów do przestrzegania Konstytucji? Bo przecież cały sens systemu ustrojowego opiera się na milczącym porozumieniu: że wszyscy – bez wyjątku – działamy według tych samych reguł, akceptujemy zapisy Ustawy Zasadniczej, nawet gdy uważamy inaczej. Dziś wygląda na to, że rząd trzyma w garści cały aparat represji, a obywatele zostali sprowadzeni do roli nawet nie widzów, ale marionetek, które muszą się poruszać tak, jak chce tego aparat państwowy.

Rządzący dysponują dziś podporządkowanymi sobie organami ścigania, strukturami przymusu, a także fragmentami wymiaru sprawiedliwości, które zamiast stać na straży prawa, działają wbrew niemu. To nie jest już kwestia politycznych sporów. To realne zagrożenie dla porządku konstytucyjnego. Dlatego właśnie zostało wszczęte postępowanie w sprawie podejrzenia dokonania zamachu stanu. Mówimy o władzy, która, działając poza ramami prawa, wykorzystuje aparat państwowy dla własnych interesów, łamiąc zasady legalizmu, działając z pogwałceniem zakresu swojego mandatu konstytucyjnego i bez poszanowania obywatelskich praw. Ta operacja nie jest wyłącznie wewnętrzną rozgrywką. Jest inspirowana także z zewnątrz. Mamy do czynienia z interesem geopolitycznym, w którym Polska – jako państwo silne, niepokorne i potencjalnie konkurencyjne – jest postrzegana jako zagrożenie dla dominacji niemieckiej w Unii Europejskiej. Pod hasłami wspólnoty europejskiej ukrywają się interesy narodowe niektórych państw członkowskich, które posługują się instrumentalnie Europą. Pod pozorem ochrony wartości chodzi o kontrolę, jaka ma być Polska i czyja. To projekt polityczny, który próbuje wykorzystać osłabienie jednych, a wasalizm drugich dla spacyfikowania naszej samorządności i jej podporządkowania unijnemu imperium. Stąd walka o to, czy Konstytucja ma większe znaczenie niż unijny dyktat. Bo jeśli nie znajdziemy w sobie siły jako społeczeństwo, by wymusić jej przestrzeganie, to nie będzie żadnych reguł. Zostaną tylko siła, strach, zewnętrzny dyktat i protesty.

Czy w nowej Konstytucji – a jest Pan przecież orędownikiem idei IV Rzeczypospolitej – da się wprowadzić takie mechanizmy, które skutecznie zmuszą władzę sądowniczą i wykonawczą do literalnego przestrzegania prawa, bez pokusy jego naginania, nadinterpretowania czy wręcz wypaczania wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi?

Temu celowi powinny służyć zarówno istniejące już zapisy konstytucyjne, choćby te dotyczące kompetencji Trybunału Konstytucyjnego, Trybunału Stanu czy Prezydenta, jak i przyszłe rozwiązania ustrojowe. Przypomnę: Prezydent nie jest figurantem. To głowa państwa, która zgodnie z Konstytucją ma obowiązek nie tylko dbać o nienaruszalność granic, ale przede wszystkim „czuwać nad przestrzeganiem Ustawy Zasadniczej przez wszystkie organy władzy publicznej oraz stać na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa”. Niestety, instrumenty przewidziane w obecnym systemie prawa są zbyt słabe, zbyt rozproszone i łatwe do obejścia przez zdeterminowaną ich negowaniem władzę.

Właśnie dlatego nie unikniemy głębokich zmian ustrojowych?

Obecna Konstytucja tworzy dość nieczytelny układ: władzę wykonawczą sprawuje nie tylko Rada Ministrów, ale i Prezydent. Taka konstrukcja w praktyce powoduje chaos kompetencyjny. Prezydent i premier działają w założeniu wspólnie, ale w praktyce każdy może pójść w zupełnie inną stronę. A co gorsza – i to trzeba powiedzieć wprost – jeśli osoby piastujące najwyższe urzędy w państwie, z premierem, marszałkami Sejmu i Senatu włącznie, wejdą w patologiczny układ, tworząc zorganizowaną grupę interesu, z włączeniem części władzy sądowniczej, to możemy mieć do czynienia z próbą zamachu stanu. Tak – zamachu stanu, bo jeśli elity władzy celowo i z premedytacją łamią Konstytucję, działają poza prawem i wykorzystują aparat państwowy dla realizacji partykularnych celów, służebnych zagranicznym strukturom, to przekraczają granicę, za którą kończy się legalizm, a zaczyna bezprawie.

Dlatego IV Rzeczpospolita nie może być tylko hasłem wywoławczym. Potrzebujemy nowej Konstytucji, która nie tylko pięknie brzmi, ale też daje realne narzędzia obrony obywateli przed zawłaszczeniem państwa przez jakąkolwiek władzę – wykonawczą, sądowniczą czy ustawodawczą. Nie może być już miejsca na pozorowanie państwa prawa. Potrzebujemy ustroju funkcjonującego legalnie, w dobrej wierze, bez mistyfikacji. Czy w nowej Konstytucji powinniśmy na nowo przemyśleć relacje Polski z organizacjami międzynarodowymi?

Zdecydowanie tak. Chodzi tu nie o kosmetyczną korektę czy uzupełnienie jednego artykułu, ale o gruntowną przebudowę filozofii ustrojowej państwa w relacji do struktur międzynarodowych, zwłaszcza Unii Europejskiej. Dziś Konstytucja w zbyt ogólnikowy sposób mówi, że Polska może przekazać organizacji międzynarodowej niektóre kompetencje organów władzy państwowej. „Niektóre” – ale jakie? Skoro nie wiadomo które, to de facto może chodzić o wszystkie. I właśnie to rozmycie granic sprawia, że z roku na rok coraz więcej realnej władzy odpływa z Warszawy do Brukseli. W efekcie mamy do czynienia z nieformalnym, a przez to niekontrolowanym rozszerzaniem się wpływów i działań Unii, co często odbywa się bez zgody suwerena – czyli Narodu, a wyłącznie wolą instytucji zewnętrznych. Trzeba to uporządkować. Nowe przepisy Konstytucji muszą zawierać nie tylko ogólne wskazanie, że możliwe jest przekazanie niektórych kompetencji, ale też jasny katalog tych, które mogą zostać przekazane, oraz tych, które bezwzględnie powinny pozostać wyłączną domeną państwa polskiego.

Czy odnowiona moralnie i prawnie IV Rzeczpospolita powinna opierać się na systemie prezydenckim?

Zdecydowanie tak. Byłem, jestem i pozostaję zwolennikiem systemu prezydenckiego – i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Najbliższy temu, o czym mówię, jest dziś model amerykański, obowiązujący w Stanach Zjednoczonych. To system, w którym głowa państwa jest nie figurantem, lecz rzeczywistym liderem egzekutywy, wyposażonym w realne narzędzia do sprawowania władzy i ponoszącym za nią pełną odpowiedzialność.

Co ciekawe i często niedoceniane, nawet obecna Konstytucja daje Prezydentowi pewne furtki, których nikt dotąd nie potrafił i nie odważył się doprecyzować. Przykład? Artykuł 141 pozwala Prezydentowi zwoływać tzw. Radę Gabinetową, czyli de facto posiedzenie Rady Ministrów pod jego przewodnictwem. To nie jest grzecznościowa formuła, to poważna instytucja ustrojowa. Problem w tym, że ten przepis, zamiast wzmacniać Prezydenta, został okrojony zapisem, który mówi wprost: „Radzie Gabinetowej nie przysługują kompetencje Rady Ministrów”. Uważam, że ten właśnie zapis należy zmienić – i to bez konieczności pisania Konstytucji od nowa. Wystarczy wprowadzić poprawkę, która uzna, że Radzie Gabinetowej przysługują kompetencje Rady Ministrów w zakresie określonym ustawą. W ten sposób Prezydent uzyskałby dodatkowe narzędzia realnego działania w ramach obecnego porządku prawnego – bez burzenia konstrukcji ustrojowej. Nadszedł czas, żeby na poważnie pochylić się nad rozdzieleniem władzy ustawodawczej od wykonawczej?

Dziś nie wystarczy kosmetyczna korekta. Trzeba uczciwie postawić sprawę: konieczne jest zasadnicze rozdzielenie tych dwóch władz. Parlament ma stanowić prawo i reprezentować wolę obywateli, ale posłowie nie powinni jednocześnie być ministrami i pełnić naczelnych funkcji we władzy wykonawczej. Uważam za patologię, że większość sejmowa konstruuje władzę wykonawczą, rząd obsadza go swoimi ludźmi, a potem z tej samej ławy sejmowej decyduje, czy rząd zasługuje na wotum zaufania. To niepoważne rozdzielenie władz, gdy ci sami posłowie są jednocześnie sędziami i oskarżonymi oceniającymi samych siebie – zarówno jako ustawodawców, jak i wykonawców stanowionego prawa. To nie jest drobna wada systemu, to jego fundamentalna skaza. Dziś w Sejmie zasiadają posłowie, którzy pełnią jednocześnie funkcje ministrów, wiceministrów i łączą w swojej osobie władzę ustawodawczą z wykonawczą – a często są to nawet ministrowie bez teki, ich funkcje są tworzone tylko po to, aby dać partii więcej głosów i stanowisk do obsadzenia. Mamy rekordową liczbę etatów ministerialnych – sto kilkadziesiąt! – a wszystko to w imię jednej naczelnej dyrektywy: utrzymania raz zdobytej władzy za wszelką cenę. W takiej konstrukcji o żadnej realnej kontroli nie może być mowy. Władza wykonawcza i ustawodawcza muszą zostać rozdzielone nie tylko funkcjonalnie, ale i personalnie.

Należy również wprowadzić mieszany system wyborczy – tak, aby 55 proc. posłów było wybieranych w wyborach proporcjonalnych, a pozostałe 45 proc. w jednomandatowych okręgach wyborczych. To dałoby szansę zaistnienia w polityce lokalnym liderom, którzy nie są wyłącznie uzależnieni od nominacji partyjnych. Panie Sędzio, jak skutecznie zablokować politykom drogę ucieczki przed odpowiedzialnością karną? Dzisiaj dzieje się to za pomocą immunitetu i chroniących ich mandatów.

Obowiązująca Konstytucja w art. 105 ustęp 3 zawiera furtkę dla tych, którzy uciekają w immunitet parlamentarny dla uniknięcia odpowiedzialności karnej i przed toczącymi się przeciwko nim postępowaniom. Bieg przedawnienia się ich ścigania na czas sprawowania mandatu nie zostaje zawieszony. Może być zawieszony tylko na żądanie Sejmu, do czasu wygaśnięcia mandatu. Nie dostrzegłem ani jednego przypadku, żeby parlament skorzystał z tego narzędzia. Jeśli ktoś popełni przestępstwo, a potem przez dwie kadencje sprawuje mandat parlamentarny, to po jego zakończeniu uniknie odpowiedzialności z racji przedawnienia się ścigania. To jest kpina z równości wobec prawa i obywateli. Ten zapis: „zawieszenie biegu przedawnienia tylko na żądanie Sejmu”, winien być wykreślony z Konstytucji. Zawieszenie biegu przedawnienia powinno następować z mocy samego prawa, automatycznie, bez żadnej politycznej kalkulacji. Dzisiaj to politycy decydują, czy ich kolega ma ponieść odpowiedzialność, czy nie. Stąd zmowa koalicji wspólnego głosowania na osoby stojące w obliczu odpowiedzialności karnej za popełnione czyny.

To dopiero początek zmian?

Trzeba też gruntownie zreformować i rozszerzyć odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu, która dzisiaj jest martwą literą prawa. Jeśli ktoś działał wbrew Konstytucji – niezależnie od tego, kiedy to zrobił – musi mieć świadomość, że prędzej czy później poniesie za to odpowiedzialność. Tylko wtedy urzędnik, parlamentarzysta, minister czy Prezydent dwa razy się zastanowią, zanim podejmą decyzję sprzeczną z bezwzględnym posłuszeństwem normom Konstytucji. Dzisiaj zbyt szeroka jest droga do bezkarności, która w demokracji nie powinna istnieć.

Jaką rolę w nowym systemie edukacyjnym IV Rzeczypospolitej powinni odgrywać rodzice – czy ich głos ma być dodatkiem, czy fundamentem całej konstrukcji?

Zdecydowanie fundamentem. Nasza Konstytucja, choć dziś coraz częściej traktowana jak dokument do swobodnej interpretacji, mówi wprost: to rodzice mają ostatnie słowo w sprawie wychowania i edukacji swoich dzieci. Właśnie ten zapis – tak istotny dla wolności jednostki i tożsamości międzypokoleniowej – jest dziś łamany na naszych oczach przez ideologiczny dyktat, który wdziera się do szkół pod płaszczykiem nowoczesności i otwartości. To nie państwo ma decydować, w jakim duchu wychowywane są dzieci – to jest niezbywalne prawo rodziców.

Podobnie sprawa ma się z małżeństwem. Konstytucja jasno precyzuje, czym ono jest: związkiem kobiety i mężczyzny. Kropka. Nie ma tu miejsca na redefinicje, eksperymenty ani światopoglądowy dyktat. Biologia nie zostawia wątpliwości co do istnienia wyłącznie dwóch płci. Mutacje genetyczne czy zaburzenia hormonalne nie są dowodem na istnienie trzeciej, czwartej czy dziesiątej płci – są po prostu odstępstwem od normy, nie nową normą. Rodzice muszą odzyskać pełnię praw. Szkoła nie może być narzędziem ideologicznego kształtowania świadomości, lecz to miejsce przekazywania wiedzy, rozwijania charakteru i wspierania wartości, które wyrastają z polskiej kultury, tradycji i przekonań domu rodzinnego. Jeżeli IV Rzeczpospolita ma być rzeczywiście nową jakością, to musi zacząć egzekwować podstawy zapisane w Preambule do Konstytucji – a nic nie jest bardziej fundamentalne dla jej realizacji niż wolność wychowania w jej duchu własnych dzieci. Panie Sędzio, czy naprawdę tak trudno było w obowiązującej Konstytucji zawrzeć jasny, niebudzący wątpliwości zapis o ochronie życia ludzkiego od momentu poczęcia?

Mamy w Konstytucji art. 38, który stanowi, że Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia. To przepis ogólny – kierunkowy, wymagający konkretyzacji. Trybunał Konstytucyjny próbował ten zapis uszczegółowić w orzecznictwie, na przykład w kontekście ustawy o planowaniu rodziny. Ale wciąż brakuje jednoznacznego, twardego zakotwiczenia prawnej ochrony życia od momentu poczęcia. Tymczasem już w 1993 roku w ustawie o planowaniu rodziny wpisano bardzo mocne sformułowanie: „Każda istota ludzka ma od chwili poczęcia przyrodzone prawo do życia”. A dalej: „Życie i zdrowie dziecka od chwili jego poczęcia pozostaje pod ochroną prawa”.

To były zapisy odważne, klarowne i moralnie jednoznaczne.

Niestety, zostały one zdemontowane przez środowiska liberalne i postkomunistyczne, które przez lata miały decydujący wpływ na legislację. Dlaczego nie przywrócono jednoznacznych zapisów choćby w Kodeksie cywilnym? Celowo wykreślono z art. 8 par. 2, który mówił, że dziecko poczęte ma również zdolność prawną! Przecież to właśnie tam powinno się znaleźć zdanie, które nie pozostawia złudzeń: „Każda istota ludzka ma od chwili poczęcia przyrodzone prawo do życia”. I nie chodzi tu tylko o etykę – chodzi o prawną konsekwencję konstytucyjnego zapisu. Jeśli polityczna wola nie pozwala na stabilne uregulowanie tej kwestii w ustawach, to należy rozważyć umocowanie tego prawa bezpośrednio w Konstytucji. W dodatku – co również wymaga zmiany – Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, który powinien zostać uzupełniony lub przebudowany tak, aby odzwierciedlał realną ochronę dziecka od poczęcia, nie tylko teoretyczną. Mówiąc brutalnie, państwo, które nie potrafi zagwarantować prawa do życia najsłabszym i najbardziej bezbronnym, koliduje z praworządnością. Bez tego fundamentu cały gmach prawa opiera się na woluntaryzmie interpretacyjnym.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk/„Nasz Dziennik”

drukuj