Philippe de Champaigne, Dobry Pasterz | Fot. Wikipedia

Ks. prof. R. Skrzypczak w „Naszym Dzienniku”: Apostołowie po zmartwychwstaniu Jezusa nie wymyślili doktryny czy systemu teoretycznego, lecz mówili wyłącznie o człowieku z krwi i kości, o tym, co zdziałał i że On wciąż żyje, mimo iż został stracony na krzyżu

Apostołowie po zmartwychwstaniu Jezusa nie wymyślili jakiejś doktryny czy systemu teoretycznego, lecz mówili wyłącznie o człowieku z krwi i kości, o tym, co tamten zdziałał i że On wciąż żyje, mimo iż został stracony na krzyżu. Jakim cudem pozostawiliby swoje małe ojczyzny, swoje rodziny, pracę i dobytek, gdyby miało chodzić jedynie o „zmyślone opowieści”, w dodatku brzmiące w żydowskich uszach jak profanacja. W ich prawdziwym i żywym interesie byłoby raczej milczeć, uciec z Jerozolimy, powrócić do swych łodzi i zająć się czymś pożytecznym. Skoro Chrystus skończył w tak haniebny sposób, wykończony wraz z innymi bandziorami, obłożony klątwą przez najwyższe autorytety, najlepszą rzeczą byłoby – że tak się wyrażę – przerzucić stronicę i rozpocząć nowy rozdział życia. Przecież zdawali sobie sprawę z konsekwencji, na jakie się narażali. Przyglądali się rzezi, jaką sprawiono Jezusowi. Tymczasem byli gotowi zapłacić każdą cenę – w postaci utraty dóbr, więzi uczuciowych, dobrego imienia czy samego nawet życia, za przywilej głoszenia innym wydarzeń związanych z Jezusem – napisał ks. prof. Robert Skrzypczak, wykładowca teologii dogmatycznej Akademii Katolickiej w Warszawie, w artykule dla „Naszego Dziennika”.

Chrześcijaństwo od ponad dwóch tysięcy lat żyje wydarzeniem zmartwychwstania Chrystusa. Przy wielu okazjach próbuje się interpretować zmartwychwstanie jako rodzaj teologicznego mitu w nowoczesnym, jungowskim rozumieniu. Jakby chodziło o archetyp wewnętrznej przemiany człowieka dokonanej pod wpływem silnej wiary. Tymczasem nie da się przejść obojętnie obok takiej banalizacji tej fundamentalnej chrześcijańskiej wiadomości.

 

Fakt cielesny

Co się wydarzyło w Jerozolimie na trzeci dzień po śmierci Jezusa, co też – jak wyliczają niektórzy – miało nastąpić 9 kwietnia 30 roku o świcie? Jak rozwikłać tę sensacyjną fabułę, która rozegrała się pomiędzy piątkowym wieczorem, gdy zapieczętowano grób, a niedzielnym porankiem, zanim przyszły do grobu kobiety? Ewangelie kompletnie milczą na temat owych trzydziestu kilku godzin, podając jedynie, że Jezus w tamten piątek był naprawdę martwy i że w niedzielny poranek odnaleziono Jego grób otwarty i pusty. Zanotowano jeden zastanawiający szczegół: płótna, które przylegały do ciała Zmarłego, pozostały w dokładnie takim ułożeniu, jakby ciało z nich wyparowało. Ponadto teksty Ewangelii zaświadczają, jakoby Jezus żywy ukazał się potem uczniom i pozwalał im siebie dotykać. W relacjach ewangelistów spotkania te są aż nazbyt cielesne, nazbyt materialne, by miały oznaczać symbolikę czy figurę retoryczną. Jezus postanowił ukazać się po pierwsze kobietom, które w ówczesnym społeczeństwie nie były brane pod uwagę jako wiarygodni świadkowie. Gdyby chodziło o mistyfikację, autorzy opowiadań zadbaliby o scenerię mniej dyskwalifikującą poziom wiarygodności tychże świadków. Celsus, najsłynniejszy pogański polemista z II wieku, wytykał, że „Galilejczycy wierzą w zmartwychwstanie, potwierdzone jedynie przez jakieś histeryczne kobiety”. Ponadto, gdyby chodziło jedynie o wymysły, tak sprawny przeciwnik chrześcijaństwa jak Celsus mógłby obalić całą strukturę nauki pierwotnego Kościoła, wskazując choćby na grób, w którym spoczywają szczątki jego założyciela.

Apostołowie po zmartwychwstaniu Jezusa nie wymyślili jakiejś doktryny czy systemu teoretycznego, lecz mówili wyłącznie o człowieku z krwi i kości, o tym, co tamten zdziałał i że On wciąż żyje, mimo iż został stracony na krzyżu. Jakim cudem pozostawiliby swoje małe ojczyzny, swoje rodziny, pracę i dobytek, gdyby miało chodzić jedynie o „zmyślone opowieści”, w dodatku brzmiące w żydowskich uszach jak profanacja. W ich prawdziwym i żywym interesie byłoby raczej milczeć, uciec z Jerozolimy, powrócić do swych łodzi i zająć się czymś pożytecznym. Skoro Chrystus skończył w tak haniebny sposób, wykończony wraz z innymi bandziorami, obłożony klątwą przez najwyższe autorytety, najlepszą rzeczą byłoby – że tak się wyrażę – przerzucić stronicę i rozpocząć nowy rozdział życia. Przecież zdawali sobie sprawę z konsekwencji, na jakie się narażali. Przyglądali się rzezi, jaką sprawiono Jezusowi. Tymczasem byli gotowi zapłacić każdą cenę – w postaci utraty dóbr, więzi uczuciowych, dobrego imienia czy samego nawet życia, za przywilej głoszenia innym wydarzeń związanych z Jezusem. Dodajmy, że chodzi o wydarzenia, w których niektórzy z nich odegrali – jak choćby Szymon Piotr – nie najbardziej chlubną rolę tchórzy, zdrajców i uciekinierów. Świadczyli o zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią wbrew własnej dobrej reputacji. Gdzie znaleźć mocniejsze dowody wiarygodności tego, co przekazywali?

 

Doskwierająca wątpliwość

Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza z punktu widzenia jednej z największych wątpliwości zasianych przez biblistów XIX i XX wieku w sercach ludzi dotąd cieszących się niezmąconą łaską wiary. Wątpliwość dotyczyła rozgraniczenia wprowadzonego między „Jezusem historii” a „Chrystusem wiary”, gdzie pierwszy miał oznaczać historyczną postać słynnego kaznodziei żydowskiego – do zweryfikowania jej autentyczności nie mamy żadnych dostępnych narzędzi, drugi natomiast jest wytworem nadziei i wyobraźni Jego uczniów, którzy nigdy nie pogodzili się z prozaicznością Jego losu, nadając mu cechy mitycznej, boskiej osobowości. Zmartwychwstanie miało stanowić w tym względzie materializację symbolicznych wysiłków pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej, spragnionej wyrazistej, religijnej ikony, w której można by ulokować wszelkie niespełnione i zawiedzione oczekiwania w stosunku do rzeczywistości. Nie byłoby niczego zasługującego na uwagę w powyższych twierdzeniach, gdyby nie to, że znalazły one i nadal znajdują wyraz w licznych podręcznikach i wypowiedziach w obszarze teologii.

Na podobnej fali podawania w wątpliwość wszystkiego, co mogłoby przyznać chrześcijaństwu walor wydarzenia historycznego, a nie ideologii, przedarły się do powszechnej świadomości zarzuty o „nieautentyczność” Całunu Turyńskiego, czczonego przez wieki przez Kościół jako relikwia Pana Jezusa mająca być płótnem, w który – wedle zwyczajów żydowskich – miało być obwiązane i złożone w grobie ciało Zbawiciela. Słynne badania wykonane 13 października 1988 roku metodą węglową stwierdzały „ponad wszelką wątpliwość”, że święte płótno pochodziło z okresu o wiele późniejszego, mianowicie z przedziału czasowego pomiędzy 1260 a 1390 rokiem. Świat zgodnie odwrócił się plecami do – jak to stwierdzono – „fałszywej średniowiecznej relikwii”. Mało kto wziął wówczas pod uwagę fakt, iż uwielbiana metoda naukowa C14 [datowania radiowęglowego – przyp. red. Naszego Dziennika] miała już na koncie całą serię groteskowych wpadek. Chociażby pewnemu odnalezionemu rogowi wikingów przyznawała datę powstania na rok 2006, a to znowu w przypadku pewnej mumii egipskiej dowodziła różnicy w starości pomiędzy ciałem a opatrunkami o blisko 800-1000 lat. Jak podawało prestiżowe czasopismo „Science”, nawet skorupki niektórych żywych ślimaków przy wykorzystaniu tejże metody uchodziły za mające już 26 tysięcy lat, zaś pewna dopiero co wyłowiona foka miała być już martwa od 1300 lat.

 

Człowiek z Całunu

Co zawiera Całun z Turynu? Przede wszystkim ślady aloesu i mirry używanych w Palestynie za czasów Jezusa dla celów pogrzebowych oraz pyłki należące do około 77 gatunków roślin, z których niektóre są charakterystyczne dla Bliskiego Wschodu. Jednakże najbardziej sugestywny jest związek między wszystkimi rodzajami cierpień przeżytych przez Jezusa podczas Jego Drogi Krzyżowej, a śladami, jakie nosi na swym ciele człowiek z Całunu. Liczbę ran, jakie tam napotykamy, mógł znieść jedynie ktoś o nadzwyczajnej sile moralnej w sobie: sto dwadzieścia razów zadanych rzymskimi pejczami, które rozrywały skórę ciała za każdym razem w trzech miejscach, bolesny odcisk pozostawiony na plecach po niesionym krzyżu, na głowie około pięćdziesięciu ran kłutych po koronie cierniowej, złamany nos, napuchnięte oko, poranione brwi, cztery przekłucia po gwoździach oraz cios włócznią w bok wraz ze śladem wypływającej stamtąd krwi i osocza. Poddany analizie Całun dowiódł, iż zachowana na nim krew należała do mężczyzny o rzadkiej grupie krwi AB, co odpowiada też krwi pochodzącej z cudu eucharystycznego w Lanciano, krwi na Chuście z Oviedo użytej do zasłonięcia ust skazańca, a także Chuście z Manopello, która prawdopodobnie była położona na twarzy zmarłego Jezusa. Ponadto wiadomo, że ciało człowieka z Całunu było odwodnione.

Medyczne studia dowiodły, że ciało owinięte w Całun na pewno należało do człowieka pozbawionego życia poprzez ukrzyżowanie. Poza tym nie pozostało tam dłużej niż czterdzieści godzin, na co wskazuje brak jakichkolwiek oznak rozkładu. Ponad wszelką wątpliwość dowiedziono, że nie zaistniał żaden ruch ciała w stosunku do płócien. Brak śladów rozszarpanych ran czy strupów sugeruje inny sposób zniknięcia ciała spośród zwojów materiału. Grupa uczonych włoskich próbowała uzyskać podobny efekt co na Całunie – w laboratoriach Frascati. Wynik podobny do tamtego przyniosło użycie potężnej ekscymerowej lampy laserowej, co jedynie potwierdza tezę o tym, iż Całun w aktualnym kształcie powstał w wyniku wydobycia się z wewnątrz ogromnej energii świetlnej. W oparciu o powyższe dane możemy sobie wyobrazić, jak mógł wyglądać moment zmartwychwstania Chrystusa. Otóż po blisko 36 godzinach po śmierci ciało Jezusa nagle wyzwoliło z siebie nieznaną energię, która przeniknęła otulające Go płótna Całunu. Bez wykonania jakiegokolwiek ruchu płótno zwiotczało, jakby jego zawartość wyparowała ze środka. Powyższe uwagi nie pozostawiają żadnych wątpliwości: człowiek, który był owinięty w płótno z Turynu, zmartwychwstał. Nie chodziło o żadne ożywienie zmarłego, bowiem ciało Jezusa, mimo iż pozostało przy swoim dawnym wyglądzie, nosiło w sobie inne, nowe właściwości fizyczne, choćby te, które pozwoliły mu przeniknąć warstwy materiału. Potwierdzają ów efekt Ewangelie, opowiadając o tym, iż Jezus po zmartwychwstaniu był przez innych rozpoznawany, pokazywał ślady męki i ukrzyżowania, a równocześnie wchodził do pomieszczeń pomimo zamkniętych drzwi oraz pojawiał się i znikał bez zachowania reguł czasoprzestrzennych. Jeśli ktoś nadal miałby ochotę upierać się przy hipotezie o średniowiecznym pochodzeniu Całunu Turyńskiego, winien zadać sobie trud wykazania, kim był ów człowiek, który został ukrzyżowany w epoce, w której od wieków nie stosowano już tego typu egzekucji i który wedle wszelkich wskazówek pozostawionych na płótnie – zmartwychwstał. Powinien też wytłumaczyć, jak to się stało, iż o takim wydarzeniu nikt w tamtej epoce nawet nie wspomniał ani niczego nie zanotował. I dlaczego ten ktoś, po powstaniu z martwych, zniknął, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów ani świadectw. Okazuje się, iż jedynym świadectwem o zaistnieniu faktu zmartwychwstania w dziejach ludzkości są Ewangelie.

 

Żywy i działający

Warto na chwilę powrócić do intrygującego zapisu w Ewangelii św. Jana mówiącego o tym, że kiedy apostołowie weszli do wnętrza grobu Jezusa w dniu zmartwychwstania, Jan – jak relacjonuje tekst – „ujrzał i uwierzył” (J 20,8). Co ujrzał i w co uwierzył, skoro jeszcze nikt nie widział żywego Jezusa? Maria Magdalena powtarzała jedynie: „Zabrano ciało Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Wydaje się, że to, co zauważyli apostołowie po wejściu do pustego grobowca, od razu kazało im myśleć o tym, co mogło się zdarzyć. Francesco Spadafora próbował znaleźć wyjaśnienie takiego opisu pierwszego wrażenia świadków zmartwychwstania, analizując tekst grecki Ewangelii Janowej. Tekst grecki pomaga bowiem lepiej zrozumieć, że „chusta spoczywała w tej samej pozycji, w jakiej została zawinięta tamtego piątkowego wieczoru wokół głowy Zbawiciela. Podobnie i opaski (to othònia – opaski i prześcieradło), użyte do opasania zwłok (J 19,40, jak było w zwyczaju żydowskim, zob.: wskrzeszenie Łazarza, J 11,44, aby prześcieradło ściśle przylegało do ciała, od stóp ku ramionom), pozostawały w tej samej pozycji, w jakiej apostoł je widział w chwili pogrzebu. Tyle tylko, że nie opasywały już nikogo. Opaski i całun spoczywały (gr. kéimena), jakby ciało Chrystusa się ulotniło”. Tak opisywał swe doświadczenia św. Jan, nie przypuszczając nawet, że przeprowadzone dwa tysiące lat później badania naukowe dojdą do tych samych konstatacji.

Kościół jednakże głosi nie tylko to, że dwa tysiące lat temu Jezus zmartwychwstał. Jeśli zmartwychwstanie Jezusa stanowi jedynie fakt z przeszłości, może co najwyżej być potraktowane jako teologiczna ciekawostka niemająca nic wspólnego z życiem dzisiejszego człowieka. Tymczasem Kościół nie głosi wydarzeń z przeszłości, ale głosi i dowodzi Jezusa żywego i działającego dzisiaj. Nawet gdyby zamontowano wówczas w grobie Zbawiciela telekamery, tak iż moglibyśmy obejrzeć zapis całego zajścia i nosić w sobie wizualną pewność tego, co wtedy zaszło w Jerozolimie, w jaki sposób owa „wiedza” miałaby wpłynąć na jakość życia ludzi XXI wieku?

Piękne świadectwo na ten temat pozostawił nam biskup z IV wieku, św. Atanazy: „Wcześniej, zanim przyszedł boski Zbawiciel, wszyscy opłakiwali zmarłych, jakby tamci mieli ulec zatraceniu. Tymczasem odkąd Zbawiciel powstał z martwych w swym ciele, śmierć przestała straszyć i ci wszyscy, co wierzą w Chrystusa, przechodzą obok niej obojętnie, jakby nie miała żadnego znaczenia, i wolą raczej umrzeć, aniżeli wyrzec się wiary w Chrystusa… I jeśli komuś nie wystarcza ten przejaw zmartwychwstania, niech uwierzy w moje słowa w oparciu o to, co się dzieje na jego oczach. Jeśli Zbawiciel spełnia tak wielkie dzieła wśród ludzi, jeśli każdego dnia i w każdym zakątku ziemi przekonuje w niewidoczny sposób tak ogromną liczbę osób, wywodzących się i z Greków, i z barbarzyńców, aby w Niego uwierzyli, można jeszcze wątpić, że Zbawiciel zmartwychwstał i że Chrystus żyje, albo raczej iż On sam jest życiem? Czyż jakiś zmarły jest w stanie poruszyć ludzkie serca do tego stopnia, że wyrzekną się oni swych dawnych nawyków, by przylgnąć do Chrystusa? A zatem, jeśli nie ma dzieł, słusznie, że nie wierzą w to, czego nie widać. Lecz jeśli dzieła wołają i wyraźnie na Niego wskazują, czemu upierają się, by przeczyć tak oczywistemu istnieniu zmartwychwstania? Nawet jeśli oślepli na duszy, niechajże przynajmniej zewnętrznymi zmysłami zauważą niezaprzeczalną moc i boskość Chrystusa” („De incarnatione Verbii”, PG 25, 110-111).

Nie wystarczy nam wierzyć w Boską Osobę, potrzebujemy Jej niejako dotknąć i się Jej uchwycić. W tym celu potrzebujemy odnaleźć ludzi, którzy noszą w sobie „gorączkę życia” i którzy potrafią zarazić nią innych. Spotkali oni Chrystusa i w związku z tym nie popadli ani w dewocję, ani w wyniosłość. Po prostu nauczyli się lepiej żyć i cierpieć, i kochać.

Ks. prof. Robert Skrzypczak/Nasz Dziennik

drukuj