Nie możemy tylko zamiatać torów
Z Henrykiem Grymelem, przewodniczącym Rady Sekcji Krajowej Kolejarzy NSZZ
"Solidarność", rozmawia Anna Ambroziak
Na kolei panuje totalny chaos. Zmiana rozkładu jazdy pociągów pasażerskich
doprowadziła do tego, że ludzie czekają na pociągi, które pokonują trasę kilka
razy dłużej niż zwykle. Co jest tego przyczyną?
– Obecna sytuacja jest wynikiem wieloletnich zaniedbań i niedoinwestowania
kolei. Średnia wieku naszych wagonów i lokomotyw to 30 lat. Trzeba zainwestować
pieniądze, żeby unowocześnić infrastrukturę i tabor. Transport pasażerski jest
transportem publicznym. Obowiązkiem państwa, czy to się komuś podoba, czy nie,
jest do niego dołożyć. Jedna z dyrektyw unijnych mówi jasno: środki przeznaczone
na transport mają być rozłożone w proporcji 40 proc. na kolej, 60 proc. na
drogi. W Polsce te proporcje są rozłożone inaczej, a więc 85 proc. na drogi, a
tylko 15 proc. na kolej. My nie chcemy żadnych nowych pieniędzy, ale zgodnego z
przepisami podziału tych środków, które są. Tymczasem premier Donald Tusk
wymyślił, że najlepsza jest pełna liberalizacja kolei. A przecież kolej to nie
fabryka cukierków. Płacimy podatki, a państwo ma obowiązek dowozić nas do szkół,
do pracy i opracować sprawny system komunikacyjny.
Ministerstwo Infrastruktury wymyśliło sobie tzw. usamorządowienie. Resort
postanowił, że właścicielem PKP Intercity będzie minister infrastruktury, a
Przewozów Regionalnych – marszałkowie województw, którzy nie byli do tego
zupełnie przygotowani. Wtedy zaczęła się tzw. wojna na torach między marszałkami
a ministrem. Nie pomyślano o jednym – że Urząd Transportu Kolejowego powinien
pełnić rolę regulatora, który poukładałby te wszystkie klocki.
Zawsze było tak, że Intercity woziło ludzi między dużymi miastami, a stamtąd do
mniejszych miast rozwoziły ich Przewozy Regionalne. I odwrotnie. Rozkład jazdy
powinien być ułożony kompatybilnie. Obie spółki powinny ze sobą współpracować.
Problem w tym, że marszałkowie nie znają zwykle specyfiki kolei. Oni chcą
udowodnić, że to ich rozwiązania są najlepsze. W rzeczywistości jednak obie
spółki tracą, a najbardziej poszkodowanymi są pasażerowie i pracownicy kolei.
Efektem braku koordynacji rozkładów jazdy jest sytuacja, w której pięć minut
przed przybywającym pociągiem Intercity odjeżdża pociąg Przewozów Regionalnych i
odwrotnie. Pasażer, przyjeżdżający na przykład do Katowic, musi więc czekać
półtorej godziny na następny pociąg. Obie spółki na tym tracą. Tracą na tym i
kolejarze, i pasażerowie.
Przedstawiciele kolejarskiej "Solidarności" spotkali się niedawno z
prezydentem Bronisławem Komorowskim…
– Byliśmy u prezydenta Bronisława Komorowskiego wspólnie z szefami spółek
kolejowych. Pan prezydent obiecał nam pomóc. Do spotkania doszło z inicjatywy
ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka, trwało niecałą godzinę. Na ręce
pana prezydenta złożyliśmy petycję, w której apelujemy, by wymusił na rządzie,
by ten zajął się sprawą kolei kompleksowo.
Co obiecał Wam prezydent Bronisław Komorowski?
– Że pochyli się na problemem i że odpowiedź otrzymamy poprzez jego ministrów.
Deklaracje dość mierne…
– Tyle tylko usłyszeliśmy… Dlatego chcemy doprowadzić do szczytu kolejowego,
podczas którego naszymi sprawami zajmie się premier i członkowie rządu, m.in.
minister finansów. Mamy też nadzieję, że w parlamencie dojdzie do szerokiej i
uczciwej debaty na temat sytuacji kolei. Trzeba podjąć dyskusję nie tylko nad
opłakanym stanem infrastruktury kolejowej, ale też nad poziomem zatrudnienia.
Otóż w ciągu dwóch ostatnich lat zatrudnienie na kolei zmniejszyło się o mniej
więcej 15-20 tysięcy.
A jeśli rozmowy się nie powiodą…? Czy nie wykluczają Państwo kolejnych
protestów?
– Chcielibyśmy tego uniknąć ze względu na pasażerów, którzy już dość się
nacierpieli tej zimy. Ale jeśli nie będziemy mieli wyjścia… Obecnie mogę tylko
zapewnić, że w najbliższym czasie żadnych protestów nie będzie.
Premier Donald Tusk podczas debaty sejmowej twierdził, że nikt nie ma prawa
krytykować ministra Grabarczyka i żądać jego dymisji, bo zarówno w czasach
rządów SLD, jak i PiS sytuacja w PKP była trudna.
– To prawda, tylko że obecna ekipa rządzi już trzy lata, a to chyba
wystarczający czas, aby naprawić przynajmniej największe błędy poprzedników.
Sytuacja kolei jest trudna od lat. Dlatego potrzeba zmian ustawowych, nie
personalnych. Potrzeba właściwej polityki rządu.
Wejście na rynek przewoźnika niemieckiego miało poprawić sytuację, tak
jeszcze w ubiegłym roku deklarował rząd Tuska…
– Deutsche Bahn jest już na rynku i towarowym, i pasażerskim. Tylnymi drzwiami
przewoźnik ten wszedł na polskie tory. A zmian na lepsze nie ma.
Tylnymi drzwiami – to znaczy?
– Najpierw Deutsche Bahn na początku 2009 r. kupił za blisko 1 mld zł PCC –
polskiego kolejowego przewoźnika towarowego i udziały w spółce założonej z
Arrivą. Niemiecki przewoźnik skupił niektóre z polskich spółek kolejowych, w tym
nie tylko PCC, ale też CTL. Po wykupieniu ich udziałów Deutsche Bahn utworzył
grupę DB Schenker Polska. Użyłem zwrotu "tylnymi drzwiami", ponieważ wszystko to
odbyło się w sposób nieco zakamuflowany, by nie było tak, że Niemcy wchodzą
oficjalnie na nasze tory. Kiedyś Donald Tusk mówił, że zrobimy z Polski drugą
Irlandię. Wiemy, w jakiej sytuacji jest ten kraj. Ja nie chcę Irlandii ani nawet
Japonii, jak obiecywał Wałęsa. Ja chcę Polski – miejsca pracy dla polskich
obywateli. Jako szef kolejowej "Solidarności" muszę dbać o miejsca pracy naszych
ludzi. My nie możemy tylko zamiatać torów, żeby ktoś po nich jeździł.
Dziękuję za rozmowę.
