Nie mamy za co żyć
W gminie Wilków siąpiący deszcz już chyba na nikim nie robi wrażenia.
Ziemia, budynki, nawet powietrze, przesiąknięte są wilgocią. Najgorzej jest w
wioskach położonych w pobliżu Wisły. Ludzie mieszkający wśród podtopionych do
dziś chmielników i sadów nie mogą zrozumieć, dlaczego poza walką ze skutkami
żywiołu muszą się borykać z potopem biurokratycznych utrudnień.
Mimo deszczowej pogody w Zastowie Karczmiskim panuje ożywiony ruch. Z przyczepy
ciągnikowej rozdawane są dary żywnościowe Caritas przywiezione właśnie z parafii
w Wilkowie. Ludzie podchodzą spokojnie, bez przepychania czy grymaszenia.
Rozdziela je pani Małgorzata Bielecka. Wszyscy się tu doskonale znają i jedzenie
jest wydzielane według liczebności rodzin.
– Na rodzinę przypadają: około dwóch zgrzewek zupy pomidorowej, trzech puszek
kaszy jęczmiennej, płatki kukurydziane, makaron i paczka ciastek – mówi pani
Małgorzata. – Ludzie muszą się tym ratować, bo nie mają pieniędzy na życie –
dodaje.
Jedną z osób, która przyszła po dary, jest pani Sabina Lasota. Chętnie zaprasza
do swojego domu, żeby pokazać, w jakich warunkach żyją powodzianie.
– Teraz wszyscy wiemy, gdzie jest najniższy teren w naszej wsi, bo u nas i u
dwóch najbliższych sąsiadów najdłużej stała woda – mówi pani Sabina. – Gdy w
innych domach w Zastowie już skuwano tynki, my wciąż nie mogliśmy wejść do
naszych posesji. Woda stała w nich ponad półtora miesiąca.
Na domiar złego już po wypompowaniu i podsuszeniu budynku nawałnica zerwała z
domu państwa Lasotów część pokrycia dachowego nadwerężonego w czasie powodzi.
Woda, tym razem z góry, ponownie zalała dom.
– To była nasza jakby trzecia powódź, ale okazuje się, że nowego dachu nie wolno
sfinansować z pieniędzy przyznanych przez państwo na remont domu po powodzi –
mówi kobieta.
W domu państwa Lasotów wyraźnie czuć nieprzyjemny, wilgotny zaduch, choć cały
czas pracują osuszacze. Wśród mokrych, pozbawionych tynku ścian, po betonowej
posadzce, z której zdarto podłogę, biega mały chłopczyk. Jego starszy brat jest
teraz w szkole.
– Idzie zima, nie wiemy, jak będziemy żyć, gdy przyjdą mrozy. Za 100 tys. zł,
jakie nam przyznano, nie da się przeprowadzić remontu – według wyceny koszt
wyniesie minimum 120 tysięcy. Może dadzą w banku kredyt, choć wątpię, bo
przecież na razie nie mamy z czego spłacać rat – mówi pani Sabina. – Dotąd
żyliśmy z sadu i malin, teraz nie wiem, co z nami będzie – wyznaje.
Kobieta zaznacza, że jest wdzięczna za każdą otrzymaną pomoc, ale jak chyba
wszyscy powodzianie z Zastowa Karczmiskiego uważa, że rząd nie wywiązał się ze
składanych obietnic.
– Dostaliśmy 6 tys. zł za pierwsze zalanie, obiecano nam drugie tyle za drugą
powódź, ale później zredukowano to do 500 zł na osobę. Ostatecznie, choć w
naszym domu jest 6 osób, otrzymaliśmy od państwa tysiąc złotych i 500 zł od
Caritas – wylicza.
– Teraz, choć są jeszcze pieniądze na remont, nie mamy za co żyć. Ratuje nas
trochę pomoc żywnościowa z Caritas i od osób prywatnych – mówi z goryczą pani
Sabina Lasota. – Ale to jest pomoc doraźna, a nam chodzi o nawet minimalne, ale
stałe wsparcie finansowe państwa do czasu, aż odtworzymy produkcję. Za co kupimy
choćby chleb i coś do niego? – zastanawia się pani Sabina.
W gąszczu absurdalnych przepisów
Powodzianie dziękują za wszelką pomoc, ale podają też przykłady pewnych nadużyć.
– Przywieźli farby, jakieś takie "wynalazki" niemieckie, które się do niczego
nie nadają, i tylko mamy problem, co teraz z nimi zrobić. Większość jest zresztą
przeterminowana – mówi pan Henryk Kierasiński, rolnik z Zastowa Karczmiskiego. W
czasie powodzi woda w jego obejściu sięgała 3,5 metra. Obecnie z rodziną mieszka
w przyczepce kempingowej – robi remont i liczy, że zdąży przed zimą wprowadzić
się do domu, w którym jeszcze w piwnicy stoi woda. Z obiecanych 100 tys. zł na
remont domu pan Henryk na razie dostał połowę tej kwoty.
– Żeby tylko dali to, co obiecali, bo przy tej biurokracji można się całkiem
pogubić – obawia się mężczyzna. – Tyle jest tych wymogów, że nie mam
stuprocentowej pewności, iż otrzymam obiecane pieniądze – wyraża swe wątpliwosci.
Henryka Kierasińskiego najbardziej irytują napotykane na każdym kroku
biurokratyczne utrudnienia, a głównie narzucane z góry przez urzędników
kosztorysy dotyczące odtwarzania utraconego majątku. Powodzianie mogą remontować
domy i kupować m.in. podstawowe wyposażenie z przyznanych pieniędzy, jednak nie
wolno im przekroczyć określonej przez urzędników ceny na dany asortyment
towarów.
– Na przykład ustalili, że na regał kuchenny nie mogę wydać więcej niż 1,5 tys.
zł – mówi pan Henryk. – Było już dwóch fachowców z różnych firm i wycenili taki
regał na minimum 4 tysiące. Jeśli zamontuję droższy, nie dostanę nawet tego
półtora tysiąca. Czy to nie jest absurd, że nie mogę dopłacić różnicy z własnej
kieszeni? – pyta mężczyzna. Albo inne ograniczenia: konieczność kupna drzwi nie
droższych niż 300 zł czy kuchni z piekarnikiem w cenie poniżej tysiąca złotych.
– Za taką sumę to można kupić jakieś badziewie, a nie porządną kuchnię, która
będzie służyła przez lata – mówi pan Henryk. – Nie wiem, czy tu nie chodzi o
wypchnięcie na naszą wieś najgorszych produktów zalegających hurtownie, takich,
których już nikt nie chce.
Panu Kierasińskiemu woda zniszczyła 3,5 ha sadu i chmielnik, pozbawiając go
środków do życia. O pomocy państwa w odtworzeniu produkcji rolnej coś słyszał,
ale nie wie, jakie są procedury, i nie złożył jeszcze żadnego wniosku. Na
własnym przykładzie dementuje obietnice lubelskich władz wojewódzkich, że każdy
z rolników-powodzian może znaleźć pracę przy zabezpieczaniu przeciwpowodziowym.
– Zarejestrowałem się w urzędzie pracy, żeby zarobić na chleb. Kazali czekać na
wiadomość, ale już minął miesiąc od rejestracji i pracy nie ma – twierdzi pan
Henryk. – Nie słyszałem, żeby gdzieś w naszych okolicach ruszyły prace
interwencyjne i jacyś rolnicy mogli pracować na swoje utrzymanie – dodaje.
Woda zdrożała o ponad 100 procent
Większość mieszkańców gminy Wilków remontuje już swoje domostwa, ale nie dotyczy
to rodziny pani Małgorzaty Bieleckiej.
– Na razie nie mam nawet decyzji z nadzoru budowlanego i oficjalnie nie wiem,
ile przyznano mi pieniędzy na remont domu – informuje. – Szczęście w
nieszczęściu, że woda zalała mi tylko parter, więc choć w domu straszna wilgoć,
mieszkamy na piętrze – mówi pani Małgorzata.
Jej rodzina utrzymywała się z uprawy chmielu. Na odnowienie zniszczonych
plantacji potrzeba kilku lat. W dodatku zdewastowane zostały urządzenia do
łuskania chmielu i suszarnia.
Choć od powodzi w gminie Wilków minęło już ponad dwa miesiące i dawno
uruchomiono sieć wodociągową, posiadacze studni głębinowych niepodłączeni do tej
sieci – a takich jest tu bardzo wielu – nadal pozbawieni są wody zdatnej do
picia.
– Sanepid dopiero w ubiegłym tygodniu pobrał próbki wody ze studni głębinowych z
połowy wsi Zastów Karczmiski, a na wyniki trzeba czekać dwa tygodnie – tłumaczą
mieszkańcy.
Z powodu braku wody wiele rodzin do dziś żyje w niezwykle uciążliwych warunkach.
– W mojej rodzinie mamy noworodka, boimy się go kąpać w wodzie ze studni. Były
chwile, że czystą wodę trzeba było z konieczności kupować – opowiada Marianna
Włodarczyk.
Jej wnuczek okazał się powodzianinem nieomal od urodzenia.
– W maju córka po cesarce zdążyła tylko przyjechać do domu, jedną noc przespała
i już następnego dnia trzeba było się ewakuować z powodu powodzi. Trafiła do
obcych ludzi w Jeziorzanach, 70 km od domu – opowiada kobieta. – To, co myśmy
przeżyli, jest nie do opowiedzenia… – urywa.
W domu pani Marianny zalane zostały parter i piętro. Mimo to nie opuściła domu,
tylko koczowała na strychu razem z kurami, kotami i psem. Na budynku
gospodarczym Włodarczykowie umieścili trzy świnie. – Mąż zdjął eternit z dachu i
z łódki rzucał im paszę – opowiada.
Remont domu, który półtora miesiąca znajdował się pod wodą, jest daleki od
zakończenia.
– Długo nie wiedziałam, na czym stoję, bo nie można się było dowiedzieć, ile nam
przyznają pieniędzy, co można robić, a czego nie – twierdzi kobieta.
W końcu pani Marianna zdecydowała się na przyjęcie pomocy w wysokości do 100
tys. zł, choć ma świadomość, że nie pokryje to kosztów remontu doszczętnie
zdewastowanego budynku.
– Nie było czasu czekać na te wszystkie ekspertyzy, bo zima idzie, a w domu są
małe dzieci – wyjaśnia.
Dzięki temu można już było wylać posadzki, a teraz montowane jest centralne
ogrzewanie, które też uległo zniszczeniu w czasie powodzi. Na razie rodzina żyje
remontem, nad przyszłością woli się nie zastanawiać.
– Tak naprawdę zostaliśmy bez środków do życia, bo utrzymywaliśmy się z sadu i
chmielu, a wszystko jest do kasacji. Przez 5 lat nie będzie dochodów, z czego
będziemy żyli, nie wiemy – przyznaje bezradnie.
Mieszkańcy Zastowa Karczmiskiego czują się osamotnieni w swoim nieszczęściu,
lekceważeni przez rządzących, niedoinformowani. – Już trzy miesiące żyjemy w tym
bałaganie i nie czujemy opieki i pomocy ze strony państwa – twierdzi pani Halina
Filip. – Po drugiej powodzi dostaliśmy na życie po 2 tys. zł na całą rodzinę.
Było nas sześcioro, ale babcia umarła. Nie wiem, na jaki czas dostaliśmy te
pieniądze, ile miesięcy mamy za to przeżyć. Na chwilę obecną nikt z władz nie
interesuje się nami, dali jakieś pieniądze i uważają, że sprawy nie ma. A
przecież my nie mamy i przez kolejne lata nie będziemy mieli żadnych dochodów –
mówi z płaczem kobieta. – W tym bałaganie już się przykrzy żyć. Na każdym kroku
jakieś drakońskie przepisy przy rozliczaniu się z remontów, nie wiemy, czy
przyjmą nam faktury. Ekip budowlanych trudno się doczekać, bo nabrały zleceń, a
do tego stawki za remonty bardzo poszły w górę – mówi zrozpaczona.
Mieszkańcy Zastowa Karczmiskiego skarżą się, że na ich nieszczęściu żeruje wielu
amatorów wysokich zarobków.
– Mam studnię głębinową, ale w sytuacji, gdy tej wody nie można pić, chciałam
podłączyć nasze gospodarstwo do sieci wodociągowej. Tymczasem się okazało, że o
ile przed powodzią kosztowało to 1700 zł, to teraz cena wzrosła ponad
dwukrotnie, do 3700 złotych, więc zrezygnowałam – wskazuje pani Małgorzata
Bielecka.
Jak zbudować dom za 100 tys. złotych?
Przez obejście państwa Wycisłowskich z Zastawia Polanowskiego szedł główny nurt
powodzi, dewastując oprócz zabudowań również sad i chmielnik, główne źródło
dochodu rodziny. Teraz na podwórzu stoją dwa kontenery mieszkalne, jeden z
gminy, który zostanie wywieziony w październiku, i drugi, znacznie
obszerniejszy, z Caritas, który ma tu zostać do wiosny. Drewniany dom państwa
Wycisłowskich został przez nadzór budowlany przeznaczony do rozbiórki. Jednak
powodzianie nie wiedzą, za co zbudują nowy dom.
– Przecież za 100 tys. zł odszkodowania, które nam przyznano, tego zrobić się
nie da – uważa pani Danuta Wycisłowska.
Jeszcze przed powodzią zbierali materiały na dom, ale powódź zabrała im 2,5 tys.
zgromadzonych pustaków. Mieszkanie i budynki mieli ubezpieczone w PZU na 48 tys.
złotych. Dostali odszkodowanie w wysokości 12 tysięcy. To wszystko za mało na
budowę nowego domu. Na dodatek muszą jeszcze przed zimą na własny koszt
podłączyć wodę do kontenera, w którym będą zimowali. Brak pieniędzy na życie
zmusza ich do sięgania do rezerw przeznaczonych na budowę domu.
– Jak długo można żyć na konserwach – mówi pani Danuta. – Jestem po dwóch
poważnych operacjach jelit, miałam pęknięcie wrzodu, nie wolno mi jeść konserw –
zwierza się.
To nie koniec nieszczęść rodziny Wycisłowskich.
– Syn jest chory na serce, do tego bezrobotny, zarejestrowany w urzędzie pracy,
córka pracowała w sklepie w Wilkowie, który został zalany, więc też nie ma
pracy. Mieszka jeszcze z nami 90-letnia matka mojego męża – wylicza kobieta.
Zimą wszyscy muszą się zmieścić w dwupokojowym kontenerze.
– Ten kontener jest ogrzewany elektrycznością, ale do tej pory nikt nam nie
powiedział, jak będą rozliczane wydatki za prąd. Na pewno zimą te koszty będą
ogromne – martwi się pani Danuta. – Do tego dochodzi ta cała urzędnicza
paranoja, każą nam składać szczegółowe oświadczenia, ile naszych upraw zostało
zatopionych. Przecież tuż obok pękł wał, wiadomo, że wszystko było pod wodą,
więc po co musimy wypełniać te sterty papierów, chodzić po urzędach? – wyraża
swe rozgoryczenie.
Tekst i zdjęcie Adam Kruczek
