Fot. wikipedia

Ks. abp Konrad Krajewski o decyzji Papieża Franciszka

Ks. Arcybiskup Konrad Krajewski: o swoich przeżycia związanych z nominacją, nowej posłudze i wspomnieniu trzech pontyfikatów przy boku Papieży, jako ceremoniarz.

Wypowiedź ks. abp. Konrada Krajewskiego dla Radia Maryja:

Audio MP3
Pobierz

Decyzja Ojca Świętego jako wielkie wyzwanie

Papież Franciszek chce bym pozostawił Biuro Ceremonii Papieskich i zajął się dobroczynnością w Jego imieniu – reprezentował Go w Kościele, jako jałmużnik. Chociaż Ojciec Święty w drodze do Rio, w samolocie, tłumaczył mi na czym ma polegać ta posługa do końca nie wiem jeszcze co ona znaczy. Mówił, że trzeba mieć dużo fantazji Matki Teresy, przede wszystkim kochać biednych i ubogich – tak jak kochał Chrystus. Przypomniałem wtedy Ojcu Świętemu to, co w wigilię Zesłania Ducha Świętego mówił o biednych, jak należy podchodzić do biednych, że kiedy dajemy jałmużnę trzeba im patrzeć w oczy, trzeba ich się dotknąć, trzeba z nimi rozmawiać. Ojciec Święty o tym wszystkim mi przypomniał. Biuro to jest znane jako Biuro Błogosławieństw Papieskich, gdzie ten który przewodniczy urzędowi w imieniu Ojca Świętego podpisuje błogosławieństwa na cały świat. Ojciec Święty mówił, że to jest jedna cząstka i tym może się zajmować ktoś inny, chce natomiast by Go reprezentować jako jałmużnik. Ojciec Święty powiedział, że wyjaśni mi co leży w Jego sercu. Stwierdził, że muszę zacząć myśleć tak jak on, wtedy to biuro będzie właściwie prowadzone i tak być powinno.

Droga od bł. Jana Pawła II do Papieża Franciszka

Trzy pontyfikaty – jeden ceremoniarz

Dojrzewałem podczas każdego z tych pontyfikatów. Byłem zakochany w każdym z tych Papieży. To byli święci ludzie. To są święci ludzie. Każdy na inny sposób. Jan Paweł II pisał „encyklikę cierpienia”. Przyjechałem przed Wielkim Jubileuszem w 1998 roku na Rok Jubileuszowy. Można powiedzieć, że od 2000 roku Ojciec Święty umierał na oczach nas wszystkich – całego świata, ale przede wszystkim ceremoniarzy. Patrzyłem na człowieka, który cierpi i oddaje wszystko Chrystusowi. To cierpienie zmieniało każdego z nas. Zmieniało także mnie. Potem Papież Benedykt XVI – cichy, pokorny, wielki teolog, niespotykany teolog, jakiego nie mieliśmy przez wiele set lat. Nie raz było trudno, nie nadążałem i musiałem w domu czytać homilie drugi raz. Były tak bogate. Homilie mistagogiczne nawiązujące do liturgii, które nas zmieniały, uczyły jak celebrować, jak kochać Kościół, jak rozumieć Kościół. Potem Papież Franciszek, który mówi prosto do serca, mówi tak jak czuje. Można powiedzieć, że każde jego zdanie, każda homilia to jakby ostatnia w jego życiu. Właściwie powinno się jej słuchać na kolanach. Te dni, które spędziłem przy Papieżu Franciszku – szczególnie wyjazd do Rio, czy na Lampeduse pokazały mi obraz niesamowicie głębokiego człowieka, który mówi tylko to, co jest najważniejsze. Nie marnuje czasu, tak jakby wiedział, że nie ma go dużo i mówi rzeczy najistotniejsze, które dotykają serca. Myślę, że każdy z tych Papieży bardzo mnie zmienił. Obym teraz potrafił to wykorzystać i najpierw być świętym, a potem wszystkiego czego się dotknę czynić świętym.

Nauka Papieży wyznacznikiem posługi arcybiskupiej

Tajemnica nominacji

Byłem przy beatyfikacji Matki Teresy. Potem przeczytałem – dzięki panu redaktorowi Tadejowi z Telewizji Polskiej, który mi przesłał wszystkie materiały – jakie mieli informacje zebrane odnośnie Matki Teresy. To wszystko co czytałem o tej Kobiecie – jak ona nie zatrzymywała niczego dla siebie – przypominała mi IV stację Drogi Krzyżowej – jak Chrystus spotyka Matkę Bożą. Chrystus myśli tylko o swojej Matce, która cierpi patrząc na Niego. Matka nie myśli o sobie tylko o Chrystusie – czyli wzajemne przenikanie. Myślę, że od Matki Teresy zaczęło się troszkę nasze inne bycie w Rzymie. Mianowicie wraz z siostrami – Albertynkami, które pracują w Gwardii Szwajcarskiej, czy z siostrami Prezentkami, które pracują w magazynie Ojca Świętego – często wychodziliśmy na uliczki przyległe do Watykanu i zanosiliśmy to, co zostało z mensy, z jadalni, z refektarza Gwardii Szwajcarskiej (tam jest ponad stu mężczyzn), czy to co zostało ze stołu papieskiego. Po prostu pakowaliśmy i roznosiliśmy. Wtedy mi się przypominały słowa Matki Teresy, że kto dotyka się ubogiego – dotyka Chrystusa. My nie jesteśmy pracownikami socjalnymi. Oni są lepsi od nas, oni są zawodowcami. My to czyniliśmy po to, aby dotknąć się Chrystusa i to właśnie na ulicy. Nie wiem kto Ojcu Świętemu o tym powiedział. To pozostanie chyba tajemnicą tej nominacji. Ktoś to Ojcu Świętemu musiał powiedzieć. „Doniósł” – można tak powiedzieć. Ojciec Święty mi mówił, że chciałby bym był jałmużnikiem. Po polsku to słowo chyba nie oddaje do końca znaczenia tej funkcji, ale jest tak rzadko używane, że dobrze iż się teraz pojawiło. Ojciec Święty powiedział, że jest tyle przykładów ludzi, którzy potrafili świadczyć miłosierdzie, żebym się od nich uczył i w tym wszystkim miał dużo fantazji. Myślałem o tym właściwie całą podróż do Rio, bo już wtedy wiedziałem, że Ojciec Święty zechce bym Go reprezentował jako jałmużnik. Stwierdziłem, że mottem  mojego bycia jałmużnikiem powinno być słowo „miłosierdzie” – „misericordia”. Tak jak ks. Mieczysław Mokrzycki – sekretarz dwóch Papieży Jana Pawła II i Benedykta XVI za swoje motto wziął jedno słowo, co się bardzo rzadko spotyka – pokora, której uczył się od dwóch Papieży. Chciałem połączyć Jana Pawła II z Papieżem Franciszkiem. Właśnie dlatego wybrałem zawołanie – „miłosierdzie”, bo to jest drugie imię miłości. W tym zawiera się wszystko.

Pokora drogą do miłosierdzia

Papież dzwoni do Polski i błogosławi

Powinienem płakać, bo jestem niegodny. Wiele osób wie, że jestem niegodny. Jestem niegodny. Powiedziałem to Ojcu Świętemu, że mam „za kołnierzem” bardzo wiele różnych rzeczy i grzechów. Ojciec Święty powiedział: „to idź się wyspowiadaj”!  Oczywiście tak zrobiłem. Byłem ceremoniarzem,  byłem człowiekiem, który ciągle był cichutko, gdzieś  z tyłu, pomagał w celebracjach. Ja się zupełnie w tym realizowałem. Pomagałem w tych celebracjach, gdzie bohaterem zawsze był Chrystus. Papież Go tylko reprezentował. Robiłem to przez 14 lat, a moim mistrzem był arcybiskup Piero Marini, który bardzo kochał Jana Pawła II. Ja się w tym bardzo dobrze czułem. Ani nie szukałem zmian, ani o nich nie myślałem, a tym bardziej o pozostaniu na Watykanie. Kocham Polskę, kocham to miejsce gdzie jestem teraz – w Kosarzyskach, w Beskidzie Sądeckim. Tu mnie zastała nominacja – w górach, pośród miejscowych górali. Zresztą mogę to powiedzieć, myślę że nie będzie naruszeniem jakiejś intymności. Po nominacji pojechaliśmy na Obidzę, na pierogi wraz z góralami i z księdzem Dziadkiem, wtedy zadzwonił Papież. Od razu się przedstawił: „mówi Papież Franciszek”. Wiem, że Ojciec Święty już nieraz dzwonił bezpośrednio do kapłanów. Powiedział do mnie: „słuchaj, jak przyjąłeś moją nominację”? Powiedziałem, że przyjąłem na kolanach, jak mogłem inaczej. „A kto jest z tobą”? – zapytał Papież. Powiedziałem kto jest ze mną. Papież na to: „To podgłoś telefon, to im pobłogosławię”! I pobłogosławił, i powiedział: „do dzieła”! I się wyłączył. Myślę, że pobłogosławił nam wszystkim, to był chyba pierwszy telefon do Polski Papieża Franciszka.

Wypowiedź ks. abp. Konrada Krajewskiego

drukuj